Ameryka trzyma się krzepko
Mariusz Golak / 12.09.2011 09:02
W ubiegłym roku w Stanach Zjednoczonych wypito najwięcej wina na świecie. Dziwne? Nie, jeśli na konsumpcję wina spojrzy się nie tylko z perspektywy mechanizmów czysto rynkowych, ale również ewoluującej obyczajowości.
Niczym wiosenna jaskółka kilka miesięcy temu wszystkie amerykańskie media, i to zarówno ogólnokrajowe, jak i lokalne, obiegła wiadomość o wielkiej winiarskiej wiktorii. Tym huczniej fetowanej, że odniesionej nad rywalem ze Starego Kontynentu. Okazało się bowiem, że w 2010 roku Amerykanie zdystansowali Francuzów i byli na świecie nacją najchętniej sięgającą po wino. Nieco mniejszymi literami (niczym w umowie bankowej) pisano, że chodzi o ogólną konsumpcję, a nie per capita (bo tu Francja nadal dzierży palmę pierwszeństwa – blisko 50 litrów wina wypijanego rocznie przez konsumentów nad Loarą robi wrażenie, choć to mniej niż jeszcze 2–3 lata temu), ale i tak narodowa duma Amerykanów została mile połechtana.
Jak wynika z raportu opracowanego przez firmę konsultingową Gomberg, Fredrikson & Associates na zlecenie Kalifornijskiego Instytutu Wina – w ubiegłym roku w Stanach Zjednoczonych sprzedano 330 milionów skrzynek wina – o 2 proc. więcej niż w 2009 roku, a wartość sprzedaży detalicznej osiągnęła 30 mld dolarów (więcej o 4 proc. w porównaniu z poprzednim rokiem).
Rośnie od 17 lat
Niezaprzeczalnym faktem jest, że amerykański rynek wina systematycznie rośnie, choć w ostatnich kilkudziesięciu latach przechodził różne koleje losu. Wzrost zapoczątkowany w latach 70. przystopowała długa stagnacja, trwająca aż do połowy ostatniej dekady ubiegłego wieku. Ożywienie, które nastąpiło wówczas wśród amerykańskich konsumentów wina, trwa do dziś (nieprzerwanie od 17 lat), mimo mniej lub bardziej odczuwanych wahań tamtejszej gospodarki.
Jeszcze 40 lat temu na jednego Amerykanina przypadało około 4 litrów wypitego wina. W ubiegłym roku wartość ta wzrosła już trzykrotnie. I wszystko wskazuje na to, że jest to stały oraz trwały trend, a sam rynek sprawia wrażenie wciąż nienasyconego. Co więcej – można odnieść wrażenie, że amerykański rynek winiarski jest znacznie mniej wrażliwy na kryzys gospodarczy od europejskiego, co stanowi kolejny optymistyczny prognostyk dla jego kondycji.
Idzie młodość
Czym należy tłumaczyć rosnącą konsumpcję wina przez Amerykanów? Jak zwykle odpowiedź jest wypadkową kilku różnych czynników.
Warto zacząć od tego, że – mimo wzrostu ogólnej konsumpcji – spadek nastąpił wśród win z wyższej półki oraz pochodzących z importu. Amerykanie dość nieufnie podchodzą do „obcych” trunków, zwłaszcza o europejskim rodowodzie, a mając w swoich sklepach przebogatą ofertę win w bardzo szerokim przedziale cenowym, wybierają przede wszystkim te o najlepszej relacji ceny do jakości.
Zdecydowanie najpopularniejszym segmentem są wina w przedziale od 3 do 5,99 dolarów za butelkę. Zdaniem specjalistów od rynku winiarskiego spadek zainteresowania droższymi winami jest oznaką wciąż nieukształtowanych gustów i sygnałem potrzeby winiarskiej edukacji.
Istotnym katalizatorem winiarskiej koniunktury było wejście w dorosłość pokolenia konsumentów urodzonych w latach 80. (zwanych niekiedy milenijną generacją), hołdujących zupełnie innemu stylowi życia niż ich poprzednicy. Wino stało się nie tylko modne (jako alternatywa dla alkoholi mocnych), ale także zaczęło być wartościowym kompanem potraw (istna herezja w kraju coca-coli), co wcześniej należało do rzadkości na stołach przeciętnych Amerykanów. Obecnie pojawiła się szansa, że nie będzie ono pijane okazyjnie, ale stanie się stałym elementem amerykańskiego stylu życia.
Wzrost popularności wina wśród obecnych 30-latków może w niedalekiej przyszłości sugerować zmiany w strukturze i jakości kupowanych przez Amerykanów win. To właśnie oni są skłonni kupować droższe i bardziej tradycyjne wina. Czy to oznacza, że tak lubiane swego czasu przez Amerykanów wina w kartonowych pudełkach pójdą w odstawkę?
W parze z ewolucją konsumenckiej obyczajowości szły także zakrojone na szeroką skalę działania marketingowe prowadzone nie tylko przez rodzimych producentów, ale też przez instytucje powołane do promocji amerykańskiego winiarstwa, które stały się języczkiem u wagi tych zmian.
Kalifornia rządzi
Amerykanie wciąż skłaniają się ku łatwym winom, a ważnym kryterium wyboru jest ich niewielka wytrawność. Tradycyjnie chętnie piją wina białe i słodkie. Przy tym ponad wszystko cenią sobie produkty rodzimego przemysłu winiarskiego. Nic dziwnego, że trunki pochodzące z Kalifornii stanowiły w ubiegłym roku 61proc. całego wolumenu sprzedaży (o wartości 18,5 mld dolarów). Najchętniej kupowane „obce” wina trafiały do Stanów Zjednoczonych głównie z Argentyny i Nowej Zelandii. Jeśli piszemy o Nowej Zelandii, to w domyśle mamy oczywiście sauvignon blanc (choć coraz bardziej eksportowym towarem staje się tamtejszy pinot noir). Tu zapewne zadziałała moda ostatnich lat. Argentyna oferuje wina bardzo uniwersalne, świetnie nadające się do potraw, i być może to zainspirowało do takich wyborów amerykańskich winomanów.
Jak podaje agencja badawcza Nielsen, najlepiej sprzedającą się w ubiegłym roku odmianą w Stanach Zjednoczonych była chardonnay (2 mld dolarów), na kolejnym zaś miejscu uplasował się cabernet sauvignon (1,2 mld). Przyrost sprzedaży wyniósł odpowiednio 5 i 6 proc. Jeszcze dynamiczniej rosła ubiegłoroczna sprzedaż win ze szczepów pinot noir, riesling i sauvignon blanc (9 proc.).
Co ciekawe, 2010 rok przyniósł aż 10-procentowy wzrost sprzedaży szampanów i win musujących. Może to sugerować, że tego typu trunki przestały być wiązane tylko i wyłączenie z celebracją uroczystości, a zaczęły być włączane do codziennej konsumpcji. O dziwo – we wszystkich podsumowaniach próżno szukać w czołówce zinfandela, którego sława chyba nieco zaczęła blaknąć. A jeszcze dziesięć lat temu było to nie do pomyślenia.
Winiarnie istnieją już w każdym z 50 amerykańskich stanów (nawet na Alasce!). Wydaje się, że w najbliższym czasie ich właściciele będą mieli pełne ręce roboty, bo popularność wina w Ameryce powinna systematycznie rosnąć.
Czas Wina nr 52

