Bardzo aromatyczne południe

Wojciech Gogoliński23.10.2017 09:40

W Południowej Styrii w zasadzie wszystko jest jasne. To dzięki oceanowi, którego nikt tu nie widział od dwóch milionów lat, i do którego Austria od czasu upadku monarchii nie ma dostępu.

To najzimniejszy okręg winiarski w kraju, choć leży najbliżej Włoch. Ale to jednak niemal góry, choć – co jeszcze dziwniejsze – nie było tu wiosennych przymrozków od stu lat, a te trapią co pewien czas austriackich winiarzy w różnych rejonach. Tak było jeszcze dwa lata temu – bo w ostatnich dwóch latach to właśnie przymrozki przerzedziły lokalne winnice w Styrii. I wszyscy się temu dziwią, choć w końcu to jednak góry. Gerhard Wolmuth, jeden z najlepszych austriackich winiarzy, przez mrozy stracił w zeszłym roku równo milion euro. Mówił mi o tym ostatnio już z wielkim spokojem, ale na razie nie uzupełnił winogradów – zastanawia się, co począć. Jeśli chłody będą się powtarzać, trzeba będzie chyba zmienić lokalizację. Innych wielkich też może to czekać – ale kłopot w tym, że południowostyryjskie wina są niepowtarzalne. Nie da się ich robić w Burgenlandzie, gdzie Gerhard ma także część winnic. Choć został winiarzem roku 2001 w Austrii, to takich cudów nikt nie potrafi.

fot. Wojciech GogolińskiA jaki jest tu wpływ oceanu sprzed dwóch milionów lat? Oto taki, że w dolinach zalegają potężne warstwy wapieni, a gleba jest głęboka, piaszczysta i gliniasta. Na górze są kamienie i łupki, bo szczyty i część zboczy wystawały ponad taflę starożytnego oceanu. I dokładnie tam od początku zasiedlania tych terenów sadzono winnice; właśnie po to, by uniknąć przymrozków. A także dlatego, że wietrzny górski klimat gwarantował zdrowie owocom i niemal całkowity brak pleśni. Do tej pory mgły i zimna otulina gromadziły się w dolinach, zbocza były bezpieczne. Teraz sytuacja się wyraźnie komplikuje.

Styria posiada 4,5 tysiąca hektarów winnic, z czego niemal połowa przypada właśnie na jej południową część. Ale co jest typowe dla całego regionu? Bardzo trudno dziś powiedzieć. Niegdyś było to bardzo łatwe. Najważniejszym, właściwie flagowym winem był różowy schilcher (jedno z najkwaśniejszych win na świcie) i ten produkt nasuwał się pierwszy na myśl każdemu, kto interesował się winem w ogóle. Degustacje schilcherów zawsze pozostawiały niezapomniane wrażenie. Oprócz tego Styria (właśnie jej południowa część) kojarzyła się z najbardziej aromatycznymi na świecie sauvignon blanc i gelber muskatellerami. I podobnie kwaśnymi.

Ale rewolucje nie wybierają miejsca. Gdzieś dekadę, może półtora temu, zaczęto robić czerwoną wersję „schilchera”, ba, zaczęto go nawet starzyć w beczce. Coś niesłychanego tutaj! Pojawiły się merloty, cabernety itp. Ale czołówka to nadal dwie wspomniane białe odmiany. Dlatego Gerhard nie chce się przenosić, bo ktoś, kto raz spróbował miejscowych win, wie, że są niepowtarzalne. Pachnące i kwaśne.

Przenosić się nie zamierza także Manfred Tement ani Alois Gross. To symbole winiarskiej Austrii (i Styrii), choć Manfred słynie także z win robionych w innych częściach kraju (np. kultowego czerwonego Arachona w Burgenlandzie w spółce z F.X. Pichlerem). Ale jest on także twarzą Styrii, choćby dlatego, że wymyślił Junkera – styryjskie beaujolais. Kiedyś siadł na przyzbie – jak mi dawno temu opowiadał – i wpadł właśnie na taki typ wina, które sprzedaje się w pierwszych dniach listopada. Robią go dziś niemal wszyscy winiarze w regionie. To też symbol Styrii, choć może nie tak nobliwy jak sauvignon blanc i muskateller.

fot. Archiwum Wojciech GogolińskiMówienie o nobliwości nie mija się wcale z celem, bo też i te wina w ostatnich latach się zmieniły. Kiedyś sauvignon blanc (styryjskie) było potężnie aromatyczne i zawierało sporo kwasów. Kto interesuje się winem, wie, o jakie zapachy się rozchodzi. W każdym razie dla niektórych były one przeszkodą w konsumpcji, a zwłaszcza dobieraniu go do potraw. Podczas ostatniej wizyty w Styrii (a nie byłem tu kilka lat) część z tych win się wyraźnie zmieniła. Część – nie, i najczęściej noszą one dodatkowe określenie na etykietach: „Klassik” lub „Steirische Klassik”. Powstało nawet stowarzyszenie familijnych producentów Steirische Terroir and Klassikweingüter (STK). To przedsięwzięcie prywatne i niektórzy patrzą na nie krzywo, bowiem STK wzięło się za klasyfikowanie – wzorem niemieckim – najlepszych parcel (lagen erste grosse). Patrzą krzywo, bo to nieoficjalna inicjatywa, a Austria ma już (także w Styrii) wytyczone oficjalne riedy (czyli crus), bez wskazywania, który lepszy.

Ale – jak wspomniałem – oprócz klasycznych pojawiło się sporo win w stylu bardziej nowoświatowym. To prawdopodobnie „efekt nowozelandzki” i wina z sauvignon blanc bardziej przypominają łagodniejszy, lekko beczkowy wzór z antypodów. Walkę nowego ze starym widać na przykładzie odmiany chardonnay, czyli morillon, jak się ją tu tradycyjnie nazywa. Ta lokalna nazwa jest niesprzedawalna dla szerszej publiczności, bo nikt jej nie zna. Jednak tradycja zobowiązuje, więc część winiarzy pisze ją etykietach, inni nie, a niektórzy używają obu. Nowością-starością jest natomiast sadzenie rieslinga. Kiedy zaczynałem wizytować Austrię, mało kto się nim tu chwalił, dziś sadzi się wszędzie. I w dodatku winiarze udowadniają, że rósł tu już dwieście lat temu – tak mówią stare księgi.

Natomiast nic się nie zmieniło w sprawie grünera veltlinera. W Styrii go nie było i nie nadal nie ma – to jedyne takie miejsce w Austrii. Zmienia się za to gwałtownie „zasiedlenie” winiarni. Symbole winiarskie pozostają symbolami, i to coraz częściej w sensie dosłownym. Dorobek swojego życia oddają swoim dzieciom, co czasem prowadzi do pokoleniowych konfliktów. Nie są one straszne, ale każde wino potrzebuje mieć swego pojedynczego autora, nie da się go zrobić grupowo, i starsi dobrze o tym wiedzą. Kiedyś sami zmieniali niemal wszystko po ojcach.

Czas Wina nr 89

Zdjęcia

Twój komentarz
FB