Bez wody nie ma życia

Bez wydajnego systemu sztucznego nawadniania winnic w Mendozie nie istniałoby winiarstwo. Więcej nawet – nie byłoby w ogóle rolnictwa. A i na tym nie dość – bez kanałów doprowadzających wodę z andyjskich rzek w tej pustynnej krainie w ogóle nie byłoby życia.

Bo Mendoza to w gruncie rzeczy wielka pustynia. Deszcz z wielką łaską pojawia się tutaj w ilościach aptekarskich (mniej niż 200 mm rocznie), a powietrze przez większość roku jest suche jak pieprz (przeciętna wilgotność w skali roku to 55% – dla porównania w Bordeaux wynosi ona 80%). A jednak w obrębie tej pustyni pojawiło się miasto, a na południe i wschód od niego rozległe winogrady.

Inkaskie rubieże
fot. shutterstock / vallefriasMiasto założyli co prawda konkwistadorzy, ale tam, gdzie powstało, z powodzeniem od stuleci uprawiali swoją kukurydzę Indianie z plemienia Huarpów. To im Mendoza zawdzięcza pierwszy potężny i skomplikowany – jak na tamte czasy – system kanałów irygacyjnych. Ich zaawansowanie technologiczne to jedna z przesłanek dla tezy, że Huarpowie pozostawali jednak pod silnym wpływem cywilizacji inkaskiej, sama zaś Mendoza była, być może, jej najdalej na południe wysuniętym przyczółkiem.
Winogrady stworzyli tu oczywiście Hiszpanie – oni także rozwinęli sieć kanałów nawadniających, które doprowadzały (i do dziś doprowadzają) wodę z trzech rzek: Tunuyán (na północy) oraz Diamante i Atuel (okręg San Rafael). Rzecz jasna, rzeki biorą swój początek w Andach – niemal cała woda, jaką toczą, pochodzi z topniejących lodowców. Kanały, dzięki systemowi odpowiedniej kontroli przepływu, dostarczają wodę zarówno domów, jak i do winnic i innych gospodarstw rolnych.

Zalewać czy kropić?
Wciąż jeszcze dominuje w Mendozie tradycyjne, prekolumbijskie nawadnianie zalewowe. Woda, spuszczona we właściwym momencie i pożądanej ilości wypełnia odpowiednio przygotowane kanały, rozlewając się mniej lub bardziej równomiernie między rzędami winorośli. To oczywiście system najprostszy, najtańszy, ale też najmniej doskonały. Zużywa o wiele więcej wody, niż jest w istocie potrzebne roślinom, trudniejsza także staje się kontrola ostatecznego stopnia nawodnienia działki. Zbyt hojne podlewanie winorośli może oczywiście skutkować nadmiernym rozwojem jej części zielonych ze szkodą dla dojrzewania samego owocu. Bywa świetnym sposobem na podniesienie plonów, za cenę jednak znacznie niższej jakości wina.
Odrobina tego, co Anglosasi nazywają water stress, bywa dla rośliny doskonałą mobilizacją: krzew, walcząc o życie, ukorzenia się głębiej, zwiększając swoje szanse na przeżycie zarówno podczas suszy, jak i ewentualnego podtopienia. Jednak i tu należy zachować umiar. Najwydajniejszym sposobem jest zatem nawadnianie celowane i pozostające pod pełną kontrolą winiarza. Ów wynalazek tzw. nawadniania kropelkowego narodził się w latach 60. ubiegłego wieku w Izraelu, skąd szybko wywędrował za ocean. Coraz więcej argentyńskich bodeg, pomimo znacznych kosztów inwestycyjnych, zaczyna przestawiać się na ów o wiele oszczędniejszy w efekcie system.
Nawadnianie kropelkowe wymaga poprowadzenia wzdłuż rzędów winorośli gumowych węży, na których obok każdego krzewu umieszcza się dozownik wody. Dzięki temu można precyzyjnie wymierzać ilość wody, jaka zasila odpowiednie parcele, a tym samym dokładnie regulować siłę wzrostu krzewów, wysokość plonów, nie tracąc przy tym nic z jakości owoców. Co więcej, system irygacji kropelkowej może być wykorzystywany także celem uzupełniania „diety” winorośli o niezbędne minerały, nawóz itp. Jeśli winiarz jest w stanie sam zadecydować o skali nawodnienia i „dokarmienia” swojej winorośli, ciesząc się przy tym stałym i wysokim nasłonecznieniem winnicy, brakiem sprzyjającej chorobom wilgoci oraz typową dla klimatu kontynentalnego wysoką amplitudą dnia i nocy, to właściwie trudno sobie wyobrazić lepsze warunki dla uprawy winorośli. I to jest zdecydowanie wielki plus dla Mendozy.

Woda, głupcze!

Są jednak także pewne minusy. Przy obecnym trendzie za kilka lat populacja Mendozy wraz z obszarem podmiejskim urośnie do dwóch milionów. To oznacza podwojenie liczby mieszkańców metropolii w ciągu zaledwie dekady. Tymczasem w związku z gwałtownymi zmianami klimatycznymi lodowce z roku na rok oddają rzekom coraz mniej wody. Mendoza coraz częściej doświadcza okresów wyczerpującej suszy. Od lat w tutejszych szkołach uczy się dzieci, jak oszczędzać wodę – to jednak może nie wystarczyć. Podobnie jak Izrael, RPA czy Australia główny region winiarski Argentyny będzie się musiał wkrótce zmierzyć z dylematem, który kurek w wielkim systemie odkręcić: ten dostarczający wodę do kranu i sedesu czy ten, którym płynie do winogradu.