Blisko, ale bardzo daleko

Wojciech Gogoliński10.07.2017 12:25

Porównywanie dwóch regionów winiarskich to temat niezwykle śliski. Podobnie jak wskazywanie typowości win z jakiegoś regionu, a jeszcze gorzej – kraju. Unikam tego jak ognia, zaliczyłem już bowiem tyle wpadek, że wolę nie ryzykować.

Nowozelandzkie Marlborough i Hawke’s Bay to dwa różne światy. Tylko jakie?

Ostatnio ktoś przy degustacji powiedział mi, że oceniana próbka jest typowo portugalska. Zacząłem więc zachodzić w głowę, jakież to typowe cechy posiadają tamtejsze wina. Smakowałem wiele portugalskich win, ale wiele z nich było tak różnych jak liczba odmian używanych w tym kraju. A weźmy na przykład Burgundię czy Bordeaux. Lub też Langwedocję. Nawet miejscowi nie wiedzą, jak by można opisać lokalne wina w kilku zdaniach. Piłem kupaże bordoskie z Langwedocji i tamtejsze pinoty zrobione przez takich macherów, że pasowałyby do niektórych burgundzkich maisons. Świat wina stał się zbyt przepastny, by definiować go tak konkretnie. Poza tym stał się strasznie duży, a pomysły i wyszkolenie winemakerów nazbyt wielkie. W dodatku wiele zmienia się na naszych oczach.

Nuda?
W Australii jest nudno – to było moje największe zdziwienie podczas pierwszego pobytu. Wszystko jest poukładane i przewidywalne, życie biegnie sennie, bierzesz gazetę do ręki – nuda, nie to co u nas! Telewizja – nuda. Gdy się zapala czerwone światło na przejściu, to ludzie stają, choćby w odległości kilometra nie było samochodu. Agnieszka Wyrobek-Rousseau, która pracowała w Nowej Zelandii, wspominała mi kiedyś, że jest tam podobnie. Najważniejsze wydarzenie dnia to wieczorne spotkania w barze z innymi winemakerami i dyskusje o robieniu wina.
fot. shutterstock / Anton BalazhZ Nową Zelandią jest prawie tak jak z Australią. Człowiek przesiada się w Singapurze po dwudziestogodzinnym locie, czując każdą nitkę fotela właśnie „tam”, gdzie Państwo sądzą. I już wydaje mu się, że przez okno widzi torbiarski kontynent. Nie posiada się ze szczęścia, że jeszcze chwila, chwilka nieledwie, i wreszcie wysiądzie w upragnionym Melbourne i rzuci się penetrować miejscowe winnice. Niestety, asystentka lotu po powrocie do zatankowanego samolotu oświadcza, że przed nami kolejne sześć godzin lotu.
W radości przygotowań do podróży niedokładnie spojrzeliśmy na mapę (tak czynią chyba wszyscy z wyjątkiem tubylców) – ta „właściwa” Australia znajduje się po drugiej stronie olbrzymiego kontynentu. Nowa Zelandia jest jeszcze dalej, to kolejne ze dwa tysiące kilometrów lotu. Tylko astronauci z NASA potrafią z wahadłowców zrobić takie zdjęcie, że widać na nim jednocześnie całą Nową Zelandię i Australię z fragmentem Tasmanii.
Z takiego zdjęcia wyczytać można przede wszystkim coś, czego czasami nie zauważamy. Że Nowa Zelandia to przede wszystkim góry, a przynajmniej terytorium całkowicie pofałdowane. Dla winiarstwa oznacza to głównie jedno – brak możliwości jakiejkolwiek precyzyjnej definicji tożsamości winiarskiej jakiegoś miejsca. W dodatku pofałdowanie terenu powoduje, że mamy do czynienia z nieskończoną liczbą nisz klimatycznych, a pamię-
tajmy, że kraj ten jest najbardziej na południe wysuniętym terytorium winiarskim na półkuli południowej. Więc cieplarnianych luksusów tam nie ma.
Dzieli się na dwie główne wyspy – Północną i Południową, przedzielone Cieśniną Cooka. Jamesa Cooka, nie Thomasa, tego od biur podróży. Sławnemu żeglarzowi, który bywał w Nowej Zelandii (właściwie to odkrył ją ponownie – zrobili to wcześniej Holendrzy, ale o niej zapomnieli), swoją wielką pieśń poświęcił Władimir Wysocki*, słynny rosyjski bard. Jednak nigdy już chyba nie dowiem się, dlaczego śpiewa, że Cooka zjedli Aborygeni, wszak poległ na Hawajach z rąk Polinezyjczyków. A w Nowej Zelandii żyją Maorysi. Ich taniec bojowy to bodaj jedno z najbardziej widowiskowych przedstawień ludowych. Być może dzięki niemu Nowa Zelandia jest potęgą w rugby – zawodnicy tańczą go przed każdym meczem.
Ale nie tylko Wysocki miał problemy z historią – mają je prawdopodobnie wszystkie dzieci na wyspach. Administracyjny podział kraju to mieszanina terytoriów niezależnych, zależnych, częściowo zależnych, dominiów i rejonów stowarzyszonych. Jednak także i to nie ma znaczenia, bo sama Nowa Zelandia jest teoretycznie zależna od Wielkiej Brytanii – premiera wyznacza w imieniu królowej gubernator.

Nic tu nie jest jasne
Nad cieśniną Cooka leży stolica kraju Wellington, na Wyspie Północnej, a na północnych jej kresach rozłożył się region Hawke’s Bay. Jest najstarszym obszarem winiarskim kraju, choć trwają spory – jak niemal wszędzie – o to, czy faktycznie tak jest. Często chodzi po prostu o to, czy za początek uznać zasadzenie pierwszej winorośli lub też wyprodukowanie pierwszego wina w celach komercyjnych. Ale tutaj niewiele to zmienia – Nowa Zelandia jest tak młodym krajem winiarskim, że dla Europejczyka dziesięć lat w jedną stronę czy pięćdziesiąt w drugą nie ma żadnego znaczenia. Można więc założyć, że wszystko zaczęło się półtora wieku temu.
Kieszonkowy region Hawke’s Bay jest dokładnym przykładem tego, o czym wspominałem wcześniej – nic tu nie jest do końca jasne. Jest wszak kilka cech, które ten obszar wyróżniają. Pierwsza to skłonność do sadzenia winnic na niezbyt licznych terenach płaskich, choć stoki na Starym Kontynencie uchodzą za lokalizacje najlepsze. Szczególnie że na owych nizinach poziom wód gruntowych jest bardzo wysoki, co powoduje niezwykły wigor winorośli oraz niebezpieczeństwo chorób pleśniowych, ale – oczywiście – ułatwia mechaniczne zbiory. Matt Thomson, latający nowozelandzki winemaker, a także podpora Saint Clair Family Estate, mówił mi kiedyś obrazowo o klimacie w całym swoim kraju: „U nas, gdzie nie wbijesz kija, zaraz tryska woda”. A o amplitudach temperatury: „Nawet jeśli jest ciepło, kiedy idziesz do kumpla na grilla, lepiej weź kurtkę”.
W Hawke’s Bay są i inne anomalie – są tu obszary, gdzie żwirowe gleby powodują spory stres wodny i niektóre winogrady trzeba nawadniać!
Drugą ciekawą cechą jest fakt, że region słynie z kupaży bordoskich. Właściwie jest takim lokalnym Bordeaux, ale to już dramatyczne uproszczenie. Po prostu miejscowym winiarzom wychodzą takie mieszanki, choć ostatnio sporo się w tych winach zmienia. Jak choćby nadmierne używanie nowych beczek francuskich, co coraz mniej podoba się wrażliwszym konsumentom. Inny przykład – sadzenie malbeka, właśnie do kupaży bordoskich. I to zarówno z sadzonek francuskich, jak i argentyńskich (Mendoza).
Ciekawe jest i to, że najważniejszymi odmianami są tu chardonnay i merlot. To nie jest typowe dla jakiegoś regionu, bo jeśli tak jest, oznacza to, że można tu z sukcesem uprawiać niemal wszystko. Ale dopiero na trzecim miejscu znajduje się sauvignon blanc. Jak myślimy Lenin, w domyśle mamy partię, a jeśli myślimy Nowa Zelandia – to dopowiadamy: sauvignon blanc. Niemniej choć ta fantastyczna odmiana w miejscowym wydaniu jest świetna, to ten „antypodski” styl nieco się przejadł, choć może lepiej powiedzieć – przestał zaskakiwać tak jak kiedyś, ciągle jednak zachowuje swoją jakość.
Wreszcie zaskakuje i to, że coraz większą popularnością cieszy się tu… syrah. No tak, więc jednak można uprawiać tu wszystko. Choć być może bierze się to stąd, że największym rynkiem zbytu dla nowozelandzkich win jest sąsiednia Australia. Do tego stopnia, że blisko połowa wypijanych tam białych win pochodzi z… Nowej Zelandii. Wina często robi się po prostu pod klienta. Nawet jeśli tego klienta się nie lubi – oba narody uwielbiają sobie docinać. Nie tak dawno jedna z australijskich gazet napisała, że nowozelandzką armię załatwiłby pierwszy lepszy gang motocyklowy z Sydney. To oczywiście złośliwość, ale prztyczki między sąsiadami to nie tylko tamtejsza codzienność.
Te białe wina na australijskim rynku nie pochodzą raczej z Hawke’s Bay (jest ich za mało), ale największego regionu na wyspie – Marlborough. Ten z kolei leży w najwyższym, wysuniętym na północ punkcie Wyspy Południowej i jak na Nową Zelandię jest ogromny. Do niedawna była to niemal monokultura sauvignon blanc. Jednak najciekawsze jest to, że winiarstwo na dużą skalę pojawiło się tu raptem około pięciu dekad temu! W 1985 roku świat oszalał na punkcie Cloudy Bay – sauvignon blanc, które wytyczyło nowozelandzkie wzorce dla tej odmiany na następne dekady. Przynajmniej tak się wydawało, bo i tu przyszły zmiany. Ten wzorzec to sauvignon blanc z beczki, w Europie słabo znany. O znacznie mniej dosadnych aromatach, gładszy, mniej ostry i ekstraktywniejszy od tych starokontynentowych, zwłaszcza środkowoeuropejskich. I z potencjałem do dojrzewania. Wino to stało się jednym z najbardziej pożądanych w kartach win wszystkich restauracji, choć do najtańszych nie należało. I dalej nie należy.
Kryzys przyszedł w roku 2008, razem z tym ogólnoświatowym. Ceny przestały być konkurencyjne, co wymusiło ich obniżenie i w efekcie wywołało problemy w winiarskim Marlborough. Dalej było jak wyżej – ludzie nie odwrócili się od regionu i sauvignon blanc, ale chcieli też win lżejszych, nieco innych, nie takich od sztancy. Zaczęli rozglądać się też za innymi odmianami. A Nowy Świat ma to do siebie, że nie obowiązują go różne restrykcyjne przepisy apelacyjne czy też zasady wynikające z jakichś tradycji. Szybko zatem pojawiły się lokalne pinoty, a potem i inne odmiany. W tym święcący wielkie triumfy grüner veltliner!
Cóż, Nowa Zelandia zadziwia. I jest to jeden z najbardziej nieprzewidywalnych krajów winiarskich świata. Bo pisząc taki tekst na przykład za dziesięć lat, będę pisał o zupełnie innych zjawiskach.

No dlaczego Aborygeni zjedli Cooka?
Za co – nikt nie wie – milczy nauka,
Mnie się wydaje, że to całkiem prosta sztuka,
Że byli głodni – to zjedli Cooka.


Władimir Wysocki
Za tekstowo.pl

Czas Wina nr 87

Zdjęcia

Twój komentarz
FB