Enolog w podróży
Artur Boruta / 01.02.2010 17:57
W jaki sposób status bycia częścią światowego giganta wpływa na pracę winiarni? Czy nie stwarza zagrożenia sytuacja, że właściciel znajduje się w innym kraju, ba, na innym kontynencie, enolog w innym mieście, a wielkie połacie winnic i bodega stoją na odludziu, niejako samopas?
Rozmowa z Victorem Marcantoni – głównym winemakerem w argentyńskich bodegach Pernod Ricard
ARTUR BORUTA: Gdzieś czytałem, że słowo „salta” ma jakieś znaczenie w języku tubylców?
VICTOR MARCANTONI: Tak. Podobno miasto zawdzięcza nazwę słowu „sagta”, pochodzącemu z języka Indian Ajmara, które oznacza „piękna”. Szczerze mówiąc, w naszym lokalnym slangu, a coraz częściej nawet w oficjalnych przekazach jest wiele słów, które przenikają z indiańskich języków guarani czy keczua.
Jeden ze współpracowników zachwycał się Twoim nowym samochodem… Czy ma to jakiś związek z Twoimi częstymi podróżami?
Może zabrzmi to dla was anegdotycznie, ale należę do niewielkiego grona kierowców, którzy samochody zmieniają dość często. Tutaj, w Ameryce Południowej to rzadkość – ludzie jeżdżą po kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat jednym wozem. Dopóki toczy się do przodu – jest OK. W moim przypadku jest inaczej i wiąże się to z charakterem mojej pracy.
Cztery bodegi w czterech różnych miejscach?
Tak. I to jest jak zmora i przygoda jednocześnie. Jestem odpowiedzialny za produkcję win w całej argentyńskiej części firmy Pernod Ricard. Mieszkam na stałe w Mendozie i tam też znajduje się jedna z naszych bodeg. Ale moja rola w tej korporacji jakiś czas temu zmieniła się z enologa twórcy w enologa kontrolera. (śmiech)
Ale jeśli dobrze pamiętam, bodega Etchart jest najbliższa Twojemu sercu?
To prawda. Tutaj zaczęła się moja przygoda z firmą. Ale parę lat temu wróciłem do Mendozy, gdzie wcześniej studiowałem enologię, gdy koncern Pernod Ricard zaproponował mi zmianę stanowiska pracy.
Zmiana właścicieli firmy to pewnie dla Ciebie moment niepokoju?
Bez wątpienia, ale mój charakter nie pozwala mi się długo przejmować takimi sprawami. Moją pasją było wytwarzanie wina i na tym koncentrowałem swoją aktywność. Wyszedłem z optymistycznego założenia, że jeśli jestem dobrym enologiem, moja pozycja w firmie nie musi być zagrożona.
I nie była. Nawet awansowałeś. A czy widzisz duże różnice w zarządzaniu bodegą w czasie, gdy była w rękach rodziny Etchart, i teraz, gdy jest częścią międzynarodowej korporacji?
Pewnie! Teraz mam większą swobodę. (śmiech) To nie jest tak. Obecna struktura firmy rzeczywiście daje więcej swobody, ale tylko w pewnym zakresie. I to raczej w ramach pracy codziennej. Ogólne wyniki firmy są pod czujnym okiem zarządu. Mówiąc krótko, jest inaczej niż za czasów rodzinnej własności Etchartów, gdy kaprysy jednego człowieka mogły zniweczyć wiele pomysłów. Dziś rzeczywiście czuję się cząstką wielkiej machiny, a mój głos ma inne znaczenie niż dawniej. Firma toczy się po dużo stabilniejszych torach wytyczonych do celu, jakim jest posiadanie statusu lidera regionu. I to jest cel, który akceptuję zarówno ja, jak i wspaniały niewątpliwie zespół, któremu przewodzę.
Wywiad jest fragmentem długich rozmów, jakie przeprowadziliśmy w trakcie wspólnego odwiedzania wielu miejsc w północno - zachodniej Argentynie. Zachęcam do osobistego spotkania z Victorem Marcantoni, który będzie jednym z gości salonu degustacyjnego w maju 2010 roku.
Victor Marcantoni
Enolog, współtwórca wielu znanych win powstających w grupie winiarni należących do Pernod Ricard Argentina. Mimo ponadnarodowego charakteru firmy matki życie Victora nierozerwalnie związane jest markami win Etchart, Colón, Graffigna. Tak jak z własnymi dziećmi…
Czas Wina nr 43

