Gewürztraminer do ostryg

Sławomir Sochaj04.05.2017 08:50

Literatura i wino – mogłoby się wydawać, że nie ma połączenia bardziej oczywistego. Iluż to fanów wina jest wśród literaturoznawców i fanów literatury wśród winomaniaków!

Mogłoby się wydawać, że wino przelewa się na kartach największych dzieł literackich częściej niż woda. Ale jeśli wniknąć głębiej, okaże się, że to zazwyczaj wino fatalnie niedookreślone, najczęściej białe albo czerwone. Powieściopisarze, z których wielu z taką dbałością trzyma się konkretów i nazw własnych, zawodzą zazwyczaj, jeśli chodzi o odkrycie przed nami etykiety, która towarzyszy posiłkowi, dialogowi albo romantycznej scenie. Pal licho rocznik i szczep! Ale nazwa? Przecież to rzecz absolutnie kluczowa, jakie „czerwone, włoskie wino” pije Goethe w Lotcie w Weimarze! Jak można odmówić nam takiej informacji?
Tak jak ubiorowi w literaturze zdarza się dookreślać bohaterów, a mgle i deszczowi antycypować nadchodzące zdarzenia, tak samo wino może przecież być w literaturze rekwizytem wielce wymownym. W kieliszku kryje się niezmierzony potencjał aluzji i ironii.
Fot. ArchiwumWydaje się, że znacznie lepiej było pod tym względem do XIX stulecia. Od czasów Rabelais’go po Fausta wino dość często gościło w literaturze w roli gastronomicznej dekoracji. Sęk w tym, że zazwyczaj posługiwało się takimi nazwami jak małmazja, alikant albo falernum, które dzisiejszym fanom wina niewiele mówią. To jednak i tak lepiej niż literatura dwudziestowieczna, która odwracając spojrzenie od życia szlachty i zamożnego mieszczaństwa, straciła wino z horyzontu. Niestety. Dwudziestowieczni pisarze w poszukiwaniu coraz mocniejszych wrażeń chętniej zaprzyjaźniali się z absyntem, whisky albo ginem.
Taki wniosek można wysnuć z wydanej niedawno książki Literacki almanach alkoholowy Aleksandra Przybylskiego. Jej autor, na co dzień reporter TVN, we wstępie zastrzega, że jest dyletantem i jak na dyletanta przystało (mówimy tu o dyletancie w klasycznym znaczeniu), jego dzieło dosłownie kipi od erudycji, pasji i humoru. To ciekawe, że właśnie dyletant, a nie filolog pełną gębą, podjął się bodaj jako pierwszy zadania systematyzacji tropów alkoholowych, które żyły dotąd rozproszone w świecie anegdot i felietonów.
Książka pokazuje zanik obecności wina w dwudziestowiecznej literaturze, ale jednocześnie napawa nadzieją, jeśli chodzi o literaturę naszych czasów. Współcześni pisarze coraz chętniej ujawniają przed nami tożsamość win, które popijają ich bohaterowie. Autor oszczędza nam cytatów z cyklu o niejakim Greyu, w którym niespodziewanie gości szacowne pouilly-fumé, ale pokazuje, jak często po wino sięga uważany przez wielu za największego pisarza XXI wieku Michel Houellebecq.
Przybylski przytacza cytat z jego powieści Mapa i terytorium. Oto Houellebecq, który sam uczynił się jej bohaterem, zamawia chablis. Polski kelner przynosi wino, ale niestety ciepłe. W rezultacie na stole pojawia się wino argentyńskie. Nieprzynoszący nam chwały polski akcent przywodzi autora Almanachu do aluzji o polskiej nieufności do schłodzonych alkoholi.
Jeśli wczytać się w Mapę i terytorium, okaże się, że winnych tropów jest w powieści więcej. Znacznie ciekawsza wydaje mi się choćby scena, w której Jed, główny bohater, je z ojcem kolację. Z ojcem – dodajmy – z którym łączy go trudna relacja. Zdenerwowany, zamawia do ostryg gewürztraminera. Po czasie uświadamia sobie, że zrobił błąd. Nie dlatego jednak, że ten szczep nie uchodzi w jego odczuciu za najlepsze połączenie z ostrygami, ale dlatego, że przypomniał sobie, że po białych winach bardziej kręci mu się w głowie. Mamy tu więc niejako powtórzenia wyparcia białego wina, które znamy już z „polskiej” sceny. Różnica jest taka, że tym razem na stół nie wjeżdża ostatecznie argentyński malbec. Stłumiona przez obecność ojca tęsknota do czerwonego wina się nie materializuje.
Wnikliwi czytelnicy Houellebecqa, którzy już analizowali tę scenę od strony gastronomicznej, zwracali uwagę przede wszystkim na nieprzystawalność gewürztraminera i ostryg. Z jakiegoś powodu zakładali, że każda interpretacja tego szczepu musi mieć podwyższony cukier resztkowy. Ale przecież zdarzają się mineralne, ultrawytrawne gewürztraminery i można sobie wyobrazić, że popijanie nimi ostryg niekoniecznie należy do czynności przykrych.
Mnie kusi inna interpretacja, zakładająca ufnie, że Houellebecq liznął nieco ampelografii. Pomyślmy: gewürztraminer jak mało który szczep nadaje się na aluzyjne podkreślenie trudnych relacji pomiędzy ojcem a synem. Swego czasu okazał się prawdziwym koniem rozpłodowym, dając początek tak zasłużonym odmianom jak sauvignon blanc, chenin blanc, silvaner i grüner veltliner. Dla Francuza nie będzie bez znaczenia, że może być też ojcem pinot noir, a fakt, że może być też jego potomstwem, tylko dodaje tajemniczości jego genetycznym podbojom.
Już pobieżny rzut oka na jego najbardziej nobliwych potomków wskazuje, że nasz bohater dokonywał tych podbojów w różnych częściach Europy.
Do tego robił to pod różnymi nazwiskami: raz jako savagnin, innym razem jako traminer lub gewürztraminer. Przez długi czas wydawał się rdzennym Włochem spod Dolomitów, ale teraz wiemy, że pochodzi jednak z francusko-niemieckiego pogranicza.
Ojciec, który wdawał się w romanse z gorliwością i mobilnością marynarza o wielu twarzach, może mieć fatalny wpływ na poczucie tożsamości syna. Do tego ta obco brzmiąca, germańska nazwa, którą posługuje się we Francji! To tylko potęguje poczucie obcości, które musiało prędzej czy później być zagospodarowane przez literaturę.
Czy nie za dużo oczekuję od Houellebecqa? Może sam pisarz po prostu nie pija białych win (wiadomo skądinąd, że lubi czerwone) i wprowadził do tej sceny szczep, za którym szczególnie nie przepada. A może zadecydowała właśnie sama nazwa „gewürztraminer”, obca i długa. Może Houellebecq nie jest wcale takim znawcą win, za jakiego się go uważa? Mogłoby o tym świadczyć to, że napisał jakiś czas temu na twitterze: „I finished my wine and poured myself a third glass”. Wino? Ale jakie? Jaki winomaniak napisałby po prostu, że pije kolejny kieliszek wina? Cóż za fatalne niedookreślenie! Literatura jednak z trudem wychodzi z mroków XX wieku.

Czas Wina nr 85

Zdjęcia

Twój komentarz
FB