Ibbotsonowie od świętej Klary
Wojciech Giebuta / 09.05.2011 13:20
Patrząc dziś na Judy i Neala Ibbotsonów, można odnieść wrażenie, że to starsi państwo, którzy gdzieś tam na końcu świata, w ramach hobby na emeryturze robią sobie wina. Nic bardziej mylnego! To tytani pracy, ludzie, którzy mieli wpływ na rozwój winiarstwa w całym regionie Marlborough.
Wyjeżdżając z niewielkiego miasteczka Blenheim położonego w Marlborough, zauważymy bramkę w niskim ogrodzeniu opatrzoną wizytówką J&N Ibbotson. Jest otwarta i prowadzi do posiadłości o zaburzonych nieco proporcjach. Niewielki rodzinny dom otoczony jest 20-hektarowym ogrodem, którego lwią część zajmuje winnica Doctor’s Creek. To tu, pod oknami Judy i Neala, rodzi się jeden z najlepszych pinot noir w regionie.
Drzewo rośnie szybko, a winorośl nie
Tuż obok domu widać ogromny dąb sprawiający wrażenie, że liczy przynajmniej pół wieku. Neal jednak zapewnia, że drzewo ma niespełna 30 lat, sam je zasadził, gdy kupili tę ziemię. Mało kto wie, ale w Nowej Zelandii wszystkie drzewa rosną dwa razy szybciej. – Niestety, tempo to nie dotyczy winorośli – śmieje się Neal. – W tym przypadku wszystko musi mieć swój czas, a na efekty trzeba trochę poczekać – dodaje.
Swoją pierwszą winnicę zasadzili w 1978 roku. Wraz z kilkoma sąsiadami byli pionierami w regonie nieznanym jeszcze na winiarskiej mapie świata. Zaczynali od dostarczania winogron większym producentom. Jednak od samego początku ich marzeniem było tworzenie win we własnej winiarni. Ostatecznie osiągnęli to w 1994 roku, kiedy po raz pierwszy na rynku pojawiła się marka Saint Clair. Niemal natychmiast wina z Marlborough weszły do nowozelandzkiej czołówki, a co roku obsypywane nagrodami na wszystkich światowych konkursach sauvignon blanc stało się jednym z ważniejszych win z regionu.
Nazwa winnicy została zaczerpnięta od posiadłości należącej do rodziny Sinclair – pionierów, który jako jedni z pierwszych osiedlili się w pobliskim miasteczku. Z czasem nazwa ewoluowała i dziś z angielskiego nazwiska zrobiło się Saint Clair, a święta Klara stała się patronką winiarni. Prowadzone od ponad 30 lat przedsiębiorstwo nadal należy do Ibbotsonów. Ponieważ to firma rodzinna, w pracę zaangażowana jest także trójka ich dzieci. Wraz z grupą enologów tworzą oni niezwykle zgrany i prężnie działający zespół.
Złota młodzież
Właściciele firmy w niewielkim stopniu angażują się dziś w bieżącą pracę wytwórni. Nie zajmuje ich zbierane winogron, sprawdzanie temperatury fermentującego moszczu czy kontrola jakości winogron. Fenomen Ibbotsonów – a może i klucz do ich sukcesu – polega na tym, że najważniejsze funkcje powierzyli młodym, dynamicznym specjalistom.
Panuje tu ściśle przestrzegana hierarchia i podział obowiązków. Jest osoba odpowiedzialna za koordynację pracy wszystkich enologów, a prócz tego główny enolog Matt Thomson – dziś najbardziej utytułowany winiarz na wyspach. Dalej plasują się osoby odpowiedzialne za powstawanie win białych i czerwonych. Wszyscy są pełni entuzjazmu, sypiący szalonymi pomysłami. Jednym z nich był podział jednolitego na pierwszy rzut oka terroir na niewielkie działki – bloki, z których powstają osobne wina.
Właściciele niemal bez namysłu zgodzili się na wydanie sporej sumy na instalację ponad 240 tanków do fermentacji wina, choć przy tej powierzchni winnic wystarczyłaby połowa. Młodzi jednak chcieli sprawdzić, jak smakować będzie wino z każdej, nawet najmniejszej parceli. I udało się. Odkryli, że wprawdzie ukształtowanie terenu i klimat w każdej części winnicy są niemal identyczne, lecz winorośl rośnie na kilku rodzajach gleby. I to właśnie typ podłoża determinuje różnice w smaku poszczególnych win. Po kilku latach prób i doświadczeń wydzielone zostały najlepsze siedliska dla uprawianych tu odmian.
Muzyka w winiarni
Kilka lat temu w wyniku współpracy architektów i enologów wybudowana została nowoczesna winiarnia. Aby maksymalnie skrócić drogę, jaką muszą przebyć winogrona tuż po zbiorze, ulokowano ją w połowie drogi między dolinami Awatere i Wairau, gdzie znajduje się większość winnic należących do firmy.
Na kilkanaście dni przed rozpoczęciem zbiorów winiarnia przygotowuje się do najważniejszych tygodni w roku. Na razie panuje tu atmosfera relaksu, wręcz odpoczynku. Z głośników dobiega intensywna muzyka rockowa. Jest głośno – ale niebawem, gdy przyjadą pierwsze winogrona, będzie dużo głośniej. Pracownicy sprawdzają zawory, pompy i rury, którymi za dwa tygodnie popłynie moszcz, a chwilę później młode tegoroczne wino. Przede wszystkim biały sauvignon, ale także riesling, chardonnay, viognier i wiele innych. Powstają tu także wina czerwone. Nie wszystkie jeszcze są tak słynne i doskonałe, jak białe wychodzące spod ręki Matta. – Ale to tylko kwestia czasu – przekonuje odpowiedzialny za tę część produkcji Kyle Thompson.
Zapytany o to, jak się czuje na z góry przegranej pozycji człowieka od czerwonych win, śmieje się: – No, nie jest aż tak źle. Niewiele ponad 30 lat temu nikomu nie przyszłoby do głowy, że tu w ogóle mogą powstawać dobre wina. Teraz wina z jasnych odmian są słynne na cały świat. Przyjdzie też czas na czerwone. Już mamy coraz większe sukcesy z pinotem i merlotem. Posadziliśmy też inne szczepy, nawet cabernet sauvignon, z którego, przynajmniej na razie, trudno tu zrobić solidne wino – dodaje. – Ale próbować i szukać nie zaszkodzi. Mówimy u nas, że robienie wina jest w gruncie rzeczy łatwe i nie wymaga jakiejś szczególnej umiejętności. Najtrudniej znaleźć odpowiednie siedliska dla każdej odmiany. Reszta to drobiazg – wyjaśnia z uśmiechem.
Marlborough słynnie z najładniejszej jak na tamtejszy klimat pogody. Podobnie – słoneczni i weseli – są Judy i Neal. Swoją pasję i radość udało im się przelać na dzieci i wszystkich współpracowników. To słońce i tę wielką pogodę ducha czuje się również w ich winach.
Wywiad z Mattem Thomsonem znajdziecie na: Po to tu jestem
O Enoturystyce w Nowej Zelandii czytaj na: Złowrogie pomruki Matki Ziemi, a o kuchni nowozelandzkiej na: Uczta w Krainie Kiwi
Czas Wina nr 50

