Kalifornijskie bąble Manna

Sławomir Sochaj23.08.2017 11:25

Parę miesięcy temu niemiecki rząd postanowił odkupić dom w Los Angeles, w którym w latach 1942–1952 mieszkał Tomasz Mann. Kwota transakcji opiewała na, bagatela, 13,25 mln dolarów.

Wyobraźmy sobie przez chwilę, że polski rząd kupuje dom Czesława Miłosza na Grizzly Peak w Berkeley albo przynajmniej mieszkanie Witolda Gombrowicza w Vence… A teraz przestańmy marzyć i wróćmy do Manna, który ubrany zapewne w jeden ze swoich dwurzędowych garniturów popija kalifornijskie bąbelki. Jaką ma pozę, możemy sobie wyobrazić, patrząc na słynne zdjęcie z wizyty u Fukiera zrobione jakieś 16 lat wcześniej, na którym widzimy go, jak w przeciwieństwie do niektórych polskich literatów trzyma kieliszek nienagannie, za nóżkę.

Jest 11 października 1942 roku. Mann od kilku miesięcy mieszka w swoim luksusowym domu w dzielnicy Pacific Palisades. W okolicznych domach zameldowało się już sporo niemieckich i austriackich emigrantów, sprowadzają się kolejni. Jest wśród nich Alma Maria Mahler-Werfel, niegdyś żona Gustava Mahlera, a obecnie Franza Werfla. Oboje zamieszkali właśnie w jednym z sąsiednich domów i wyprawiają przyjęcie. Wśród gości oprócz Mannów jest między innymi Erich Maria Remarque. Mann notuje w swoim dzienniku: „Ekstrawagancki posiłek, musujący kalifornijski burgund. Tort benedyktyński z kawą”.

Tort benedyktyński z kawą! Może i trwa wojna, może i Wiedeń nie jest już tym samym Wiedniem, ale deser u Werflów musi być wiedeński i kropka. Brakuje tylko wina z Wachau, które dopełniłoby dzieła. Ale wspomniane kalifornijskie bąble też nie mogły być najgorsze, skoro potomek patrycjuszowskiego rodu nazwał je „burgundem”. Wiadomo, że Mann był wielkim fanem burgundów. Znana jest choćby anegdota z czasów, kiedy mieszkał jeszcze w Monachium. Oto w domu Mannów zginęły trzy ulubione burgundy pisarza (gdybyśmy tylko wiedzieli jakie!). Znalazły się niespodziewanie w pokoju niani, która ani myślała przyznać się do kradzieży. Zamiast tego zrobiła Mannowi awanturę, że ten chce jej odebrać ostatnie trzy burgundy otrzymane w spadku po zmarłym bracie. Wyzwała go przy tym od Prusaków, bufonów i wyzyskiwaczy, których piwnice pełne są szampanów. Zdarzenie pewnie nie stałoby się chętnie powtarzaną w rodzinie anegdotą, gdyby niania nie rzuciła się następnie na Manna z pięściami, wybijając mu z głowy chęć dalszego dochodzenia.

Ale czy ten kalifornijski burgund rzeczywiście miał cokolwiek wspólnego z Burgundią? Choćby szczep? O ileż byłoby łatwiej, gdyby pisarze przepisywali etykiety albo przynajmniej pozostawili po sobie ślady w aplikacji Vivino! Bez tego musimy stąpać po grząskim gruncie domysłów. Pierwsze, co przychodzi do głowy, to po prostu kalifornijski odpowiednik crémant de bourgogne. Ale blanc de blancs czy blanc de noirs? Oto jest pytanie! Na pewno będzie ono nurtować autorów winnej biografii Manna, która z całą pewnością kiedyś powstanie.

Niewiele wiemy o wymuszonym spotkaniu Manna z winami kalifornijskimi. Czy poznał zinfandela? Czy miał okazję spróbować cabernet sauvignon z Napa Valley? Jeśli tak, jakie miał o nich zdanie? Jaki miał wówczas dostęp do win europejskich? Czy jego dom, tak jak dzisiaj, porastały wtedy winorośle?

Pewne tropy wskazujące na to, jakie wina chodziły mu wówczas po głowie, możemy znaleźć w jego powieściach. Książką kojarzoną zwykle z okresem kalifornijskiej emigracji jest Doktor Faustus. Wino pojawia się tam parokrotnie. Bohaterowie opróżniają butelki z Palatynatu, Mozeli, Tyrolu oraz Lacjum i trzeba przyznać, że taki zestaw dobrze pasuje do tej arcyniemieckiej powieści.

W wydanej już na emigracji Mannowskiej Lotcie w Weimarze Goethe popija czerwone wino z Włoch (jeśli autor Czarodziejskiej Góry wspomina gdzieś kolor wina, jest to z reguły czerwony). W Stanach powstaje też fenomenalny Wybraniec, który z niezrównanym humorem opowiada mityczną historię papieża Grzegorza. Wino objawia się tu w sposób spektakularny, tryskając z miejskich fontann przy huku sztucznych ogni.

W Kalifornii Mann szlifował swoją ostatnią powieść, Wyznania hochsztaplera Feliksa Krulla, nie mniej fantastyczne i nie mniej zapomniane dzieło dojrzałego pisarza. Oto ojciec głównego bohatera, winiarz z okolic Moguncji, produkuje sekt o pretensjonalnej nazwie Lorley Extra Cuvée. Równie pretensjonalna jest sama butelka, pełna zdobień, oklejona wymyślną etykietą. Niestety samo wino nie potrafi sprostać estetycznym ambicjom twórcy. Interes nie idzie, a Feliks zmuszony jest opuścić dom i rozpocząć pełną przygód wędrówkę. Estetyzm ojca i wino łączące piękną formę z marną zawartością są tu w pewnym sensie prefiguracją losów Feliksa.

Feliks Krull jest najważniejszym i ostatnim rozdziałem grubej księgi tropów winnych pojawiających się w twórczości Manna. Jej pierwsze części zostały zapisane już w młodzieńczych Buddenbrookach, gdzie pojawia się choćby riesling w towarzystwie karpia w maśle. Zaskakująco dużo wina przelewa się także w Śmierci w Wenecji.

Niestety traf chciał, że na literackim wizerunku Manna piętno odcisnął przede wszystkim porter, ulubiony napój Hansa Castorpa i gastronomiczny klucz do zrozumienia lubeckiego pochodzenia pisarza. A przecież sam bohater Czarodziejskiej góry okazuje się świetnym znawcą wina, choćby wtedy kiedy zwraca uwagę na nieodpowiednią temperaturę butelki Château Gruaud-Larose podanej do zupy szparagowej, faszerowanych pomidorów i pieczeni. Szkoda tylko, że Naphta z Settembrinim nie kłócą się o wyższość Bordeaux nad Burgundią…

Czas Wina nr 86

Twój komentarz
FB