Konfederacja Wina

Michał Bardel / 26.12.2010 13:32

Bez Szwajcarii można żyć. Średniowieczne zamki odnajdziemy przecież w Niemczech, urokliwe renesansowe miasteczka we Włoszech, aromatyczne sery i wina we Francji, a alpejskiego powietrza nawdychamy się w Austrii. Tylko że Szwajcaria, wciśnięta w sam ich środek, ma to wszystko na wyciągnięcie ręki.

Dla miłośników wina, serów, gór i architektury Szwajcaria może być spełnieniem marzeń. Już tygodniowy pobyt w tym kraju, o ile nie wykorzysta się go w całości na kuszące nicnierobienie nad jednym z pięknych jezior alpejskich, pozwala doświadczyć głębokiego zauroczenia. Kilka kęsów appenzellera może nas skutecznie zniechęcić do większości dostępnych w Polsce serów. Starówki tutejszych miasteczek, nietknięte wojenną zawieruchą, każą zapomnieć o nudnych wenecjach i florencjach. Nasza podróż szlakiem wina, serów i pięknych widoków była takim właśnie długim i cudownym pasmem zauroczeń.

Po dwóch stronach Jeziora Bodeńskiego

Bodensee, godny substytut morza w samym środku Europy, dla większości polskich zmotoryzowanych podróżników stanowi naturalną bramę wjazdową do Szwajcarii. Przekraczamy ją, zatrzymując się na dłużej w miasteczku o wyjątkowej urodzie: w niemieckim Meersburgu na północnym brzegu jeziora.

Nad średniowieczną starówką góruje tu śliczny zamek, w którym można się przechadzać po komnatach z VII i VIII wieku. Zaraz obok miłośniczki sterowców mogą odwiedzić muzeum Ferdinanda von Zeppelina, w tym czasie ich mężowie zapewne chętnie zajrzą do muzeum winiarstwa lub sklepu Winnicy Miejskiej w Meersburgu. W porze lunchu warto odwiedzić położoną w najwyższej części górnego miasta Gasthof „Zum Bären” (gospodę „Pod Niedźwiedziem”). Nieprzerwanie od XV wieku podają tam rozkoszne sznycle. Sala restauracyjna jest maleńka – na sześć stolików (latem konieczne może się okazać dzielenie stołu z innymi klientami, co jest tu normą i miłym zwyczajem).

Jeśli dla kogoś sznycel jest za ciężki, w samym środku głównej ulicy dolnego miasta znajdzie otwarte na oścież drzwi Winzerverein Meersburg. Tam za 10 euro spędzi miło czas, popijając miejscowego kernera w towarzystwie sera, oliwek i chleba ze smalcem. Meersburg sąsiaduje z Konstancją – jedynym niemieckim miastem po południowej stronie Jeziora Bodeńskiego. Między tymi miastami co 10 minut kursują promy. Katedra, usytuowana w najwyższym punkcie Konstancji, robi wrażenie chyba bardziej swoim położeniem i masywnością niż urodą. Warto się pod nią znaleźć w samo południe – w dzwony katedralne biją tu przeraźliwie mocno i dostojnie.

Nie sposób też odmówić sobie spaceru po promenadzie portowej, gdzie dumnie eksponuje swe 18-tonowe krągłości Imperia – betonowa ladacznica dłuta Petera Lenka trzymająca w dłoniach, niczym odważniki, papieża i cesarza. A potem warto wsiąść do samochodu i w ciągu kwadransa znaleźć się w przepięknym Stein Am Rhein – maleńkim miasteczku z malowanymi renesansowymi kamienicami, rozlokowanym na lewym brzegu Renu. Jest to chyba najpiękniej zabudowany fragment Renu, złożony niemal z samych zabytków wpisanych na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Szwajcaria północno-wschodnia

Pobliska Szafuza, stolica kantonu, po przyprawiających o zawrót głowy starówkach Meersburga i Stein Am Rhein, może rozczarować. Miłośników spadających z wysoka i pieniących się mas wodnych nie rozczaruje natomiast z pewnością największy w Europie wodospad przełomu Renu, niespełna trzy kilometry na południe od miasta, w Neuhausen. Tam też zaczyna się Szlak Winny Wschodniej Szwajcarii wiodący mniej więcej wzdłuż rzeki Thur aż do Bischofszell i Sankt Gallen.

Jeśli nie spieszy nam się zbytnio, jest to miła alternatywa dla autostrady. Choć atrakcji po drodze wiele nie znajdziemy, szlak powiedzie nas krętymi dróżkami pośród winnic kantonu Thurgau, a w mijanych wioskach tu i ówdzie będziemy mogli skosztować miejscowych blauburgunderów, müller-thurgau’ów i rieslingów.

Stolica sąsiadującego z Thurgau kantonu Sankt Gallen nie wymaga specjalnej rekomendacji. Zachwyciwszy się beżowymi rokajami barokowej katedry opactwa benedyktyńskiego (polecam to miejsce wszystkim, co na barok kręcą nosem; tu można się z tej przypadłości skutecznie wyleczyć) i nawdychawszy się średniowiecznego kurzu w słynnej bibliotece, gdzie wciąż jeszcze każą wkładać wielkie muzealne kapcie, trzeba koniecznie zadośćuczynić potrzebom ciała i udać się w stronę pobliskiego Appenzell, by skosztować najwspanialszego ze szwajcarskich serów.

Już kilka kilometrów za Sankt Gallen, w maleńkim Stein, zatrzymamy się, by odwiedzić pokazową serowarnię. Przeszklony sufit pozwala tu zajrzeć (zupełnie za darmo) do kotłów, w których miesza się mleko, oraz piwnic, gdzie leżakują masywne kręgi serów, a kto zdąży przed 14, będzie świadkiem kolejnych procesów produkcji.

Góry Gryzonii

Nasza podróż przez wschodnią Szwajcarię wiedzie w górę biegu Renu. Przez spokojne i ostentacyjnie zadowolone z siebie Księstwo Liechtensteinu niczym przez wielkie alpejskie wrota wdzieramy się do szwajcarskiej Gryzonii, mijając miłe i leniwe Chur i robiąc przystanek w najsłynniejszym chyba miasteczku tego regionu – Davos.

Miejscowość ta, poza fascynującym wypiętrzeniem nad poziom morza (1560 m) niewiele oferuje turystom smętnie przechadzającym się obok wiecznie nieczynnych sklepów z obowiązkowymi kijkami w dłoniach, najwyraźniej tęskniącym za zimowym szaleństwem (nordic walking w szwajcarskich kurortach alpejskich jest już niemal obowiązkowym sposobem spędzania wolnego czasu; ustępuje jedynie szalenie popularnemu wśród starszych sportsmenów nordic sitting). Nawet hotel Zauberberg, rzekome sanatorium Berghof, w którym madame Chauchat pożyczała ołówek rozognionemu Castorpowi, nie robi wielkiego wrażenia, tym bardziej że nic a nic nie zgadza się z opisem Tomasza Manna.

Za to pobliskie Monstein! Tam warto spędzić popołudnie! Jest to maleńka górska osada (1620 m n.p.m.), której główną atrakcją jest najwyżej położony w Europie browar. Jego wytworów, niezgorszych zresztą, można kosztować w pobliskiej gospodzie, której szyld głosi dumnie: „Last beerstop before the heaven”. Podają tam znakomite tutejsze surowe wędliny oraz sery, wśród których warto skosztować typowo gryzońskiego pikantnego Bündner Bergkäse.

Z Davos ruszamy na południowy zachód, w stronę najważniejszego winiarskiego regionu Szwajcarii – Valais. Nim tam dotrzemy, odwiedzimy dwa miejsca, które mocniej jeszcze niż wino podnoszą ciśnienie, a to za sprawą zapierających dech w piersiach widoków. Pierwszym jest Arosa (1800 m n.p.m.) – kurort rozpostarty nad dwoma pięknymi jeziorami alpejskimi, skąd warto się wybrać w podróż kolejką górską na pobliski Weisshorn (2653). Resztę dnia można spędzić, schodząc do miasteczka pięknymi szlakami, które zaprowadzą nas między innymi do najwyżej w Europie położonego pola golfowego.

Valais

Całodniowa Arosa Card kosztuje siedem razy mniej niż wyjazd na lodowiec pod Matterhornem (4478 m n.p.m.) z przepełnionego turystami, ale przytulnego Zermatt, które odwiedzamy w następnej kolejności. By tam dojechać, trzeba się wspiąć serpentynami na dwie przełęcze: Oberalp (2046 m n.p.m.) i Furka (2436 m n.p.m.). Przy pierwszej z nich niepozorne jeziorko toczy w dół niewielki strumyk, który w dalszych częściach nazywa się Renem i gdzie latem można obejrzeć całkiem zmrożone krowy. Natomiast koło przełęczy Furka znajduje się groźnie wyglądający i dziś już opuszczony przez Boga i ludzi hotel Furka Blick – ten sam, który James Bond mijał z zawrotną prędkością w poszukiwaniu doktora Goldfingera.

Jeśli ktoś nie chce wdrapywać się na lodowiec i znajduje przyjemność w oglądaniu gór z dołu raczej niż z ich wierzchołków, w Zermatt koniecznie powinien podjechać kolejką szynową choćby tylko stację w górę, by przespacerować się pięknymi polanami, przystanek robiąc w jedynej w swoim rodzaju wiosce-skansenie wypełnionej domami z drewna czarnego jak smoła. W tutejszej restauracji „Zum See” warto posilić się świeżą rybą (specjalność zakładu) lub prostym, ale jakże szwajcarskim rösti (rodzaj placka ziemniaczanego wyrabianego we francuskojęzycznej Szwajcarii z ziemniaków gotowanych, natomiast w niemieckojęzycznej z surowych) z bekonem, serem i jajkiem.

Wracając z Zermatt, nie potrafimy oprzeć się pokusie obejrzenia z bliska najwyżej położonej winnicy w Europie (1150 m n.p.m.). Z ruchliwego Visp kierujemy się w stronę Visperterminen, by po kilku minutach dotrzeć do St. Judern Kellerei. Roztacza się stąd piękny widok na strome południowe stoki obsadzone sauvignon blanc, tu nazywane swojskim imieniem „heida” (chyba nie bez przyczyny, bo choć bardzo interesujące, w niewielkim stopniu przypomina francuskiego krewniaka). Stamtąd ruszamy do stolicy południowo-szwajcarskiego winiarstwa – Sion, by odwiedzić słynne Maison Gilliard, gdzie odbywamy fascynującą podróż po winnych smakach Valais – od klasycznych fondant (chasselas) poprzez wspomnianą heidę, johannisberga (sylvaner), zaskakujące petite arvine, szwajcarskie burgundy, czyli dôle, aż po wielce interesujące humagne rouge i wyborne, złotomedalowe cornalin.

Vaud i Frybourg

Przemieszczając się z regionu Valais do Vaud, warto też zjechać na moment z autostrady, by nasycić wzrok zielenią winnic rozciągających się między miasteczkami Bex i Yvorne. Kolejna słynna ścieżka winna czeka nas już nad północnym brzegiem Jeziora Genewskiego. Winnice rozpięte między Saint Saphorin a Lutrą, w miniregionie Lavaux, obsadzone są przede wszystkim miejscowym chasselas i schodzą wprost nad powierzchnię wody.

Kto ma dużo wolnego czasu i co najmniej 70 franków, musi koniecznie w centrum urokliwego Saint Saphorin odwiedzić słynną Auberge de l’Onde. Franki będą potrzebne, by zapłacić za czterodaniowe menu dnia, wolny czas zaś, by zapoznać się z listą win obejmującą – bagatela! – ponad 500 gatunków.

Vaud od północy graniczy z regionem biorącym nazwę od swojej stolicy – najpiękniejszego miasta całej Szwajcarii – Fryburga. Położone nad rzeką oddzielającą wyraźnie Szwajcarię niemieckojęzyczną od frankofońskiej stanowi ono dostrzegalną już na pierwszy rzut oka syntezę francuskiej lekkości i dobrego smaku z niemieckim umiłowaniem porządku i regularności. Paryski Montmartre, gdyby go nieco wyczyścić, podobnie zresztą jak niemiecki Bamberg, gdyby dodać mu więcej życia, mogłyby przypominać właśnie Fryburg. Ze wszystkich odwiedzonych przez nas miast, to jedno z całą pewnością najlepiej nadaje się do życia.

Podróże
w sieci
• www.meersburger.de
(Winzerverein Meersburg)
• www.baeren-meersburg.de
(Gasthof „Zum Bären”)
• www.staatsweingut-meersburg.de
• www.swisstrails.ch
(Szlak Winny Wschodniej Szwajcarii)
• www.appenzeller.ch
(www.schaukaeserei.ch)
• www.biervision-monstein.ch
• www.zumsee.ch
• www.jodernkellerei.ch
• www.gilliard.ch
• www.aubergedelonde.ch
• www.gruyere.com
(www.lamaisondugruyere.ch)
• www.emmentaler.ch
(www.showdairy.ch)

Podróże w sieci:

• www.meersburger.de (Winzerverein Meersburg)

• www.baeren-meersburg.de (Gasthof „Zum Bären”)

• www.staatsweingut-meersburg.de

• www.swisstrails.ch (Szlak Winny Wschodniej Szwajcarii)

• www.appenzeller.ch (www.schaukaeserei.ch)

• www.biervision-monstein.ch

• www.zumsee.ch

• www.jodernkellerei.ch

• www.gilliard.ch

• www.aubergedelonde.ch

• www.gruyere.com (www.lamaisondugruyere.ch)

• www.emmentaler.ch (www.showdairy.ch)

Czas Wina nr 48

Zdjęcia

Twój komentarz