Luka do załatania

Wojciech Gogoliński16.04.2018 09:56

Czy kalifornijskie znaczy z Kalifornii?

Ostatnio Amerykanie, przynajmniej ci interesujący się winem, zaczęli z ciekawością przyglądać się krajowym przepisom winiarskim, a to za oceanem rzadkie. Chodzi o to, czy wina spoza Kalifornii, ale wyprodukowane z owoców pochodzących z tego stanu, mogą nosić na etykiecie określenie „Wine of California”. Do tej pory było to możliwe i nikt się tym nie przejmował. Teraz zajęły się tym władze federalne. Ale niespiesznie.

Tak się zbiegło, że w trzech tekstach tego wydania „Czasu Wina” zajmuję się kwestiami różnych apelacji, czyli kontrolowanych (lub chronionych) nazw pochodzenia. W Europie dla wielu to bardzo ważna kwestia, niekiedy tak bardzo, że łączona jest automatycznie z jakością wina. Dla mnie nie ma to aż takiego znaczenia, ale i o tym trzeba pisać.

Dodam od razu, że dla konsumentów, którzy nie dostrzegają różnicy między określeniami „California” a np. „Napa Valley” na etykiecie, nie ma to większego znaczenia. Zdarza się bowiem, iż jakiś wytwórca w gorszym roku musi dokupić owoce spoza Napy i do tego określenia nie jest już uprawniony. Najważniejsza na flaszce jest nazwa producenta, który gwarantuje zawsze wysoką jakość.

Obecne zamieszanie dotyczy wyłącznie sporu pomiędzy winogrodnikami a producentami z różnych stanów. Pierwsi chcą zachowania obecnych zasad, bowiem zapewnia im to szeroki rynek zbytu w całych Stanach. Specjalnie zaś zainteresowani są ci, których pola znajdują się w najcieplejszych obszarach stanu, gdzie mamy do czynienia ze sporą nadprodukcją owoców.

Za zachowaniem status quo są również winiarnie rozrzucone po całym kraju – dla nich bardzo ważne jest to, że mogą używać nazwy „California” czy nawet „Napa Valley” na etykiecie, miast ogólnego „American” lub własnych stanowych nazw. Producenci ci sugerują również, że sprowadzane owoce są tańsze i lepsze od miejscowych, a taka sytuacja daje pracę miejscowym.

Rzecz jasna, innego zdania są wytwórcy z Napy czy Sonomy – ci pragną dokładniej chronić swoją apelację, nacisk kładą na możliwość fałszerstw czy brak kontroli nad importerami owoców. Spór nie jest zażarty, bo takich niekalifornijskich winiarni robiących kalifornijskie wina nie ma zbyt wiele, zaś cała sprawa ujrzała światło dzienne za sprawą jednego producenta spoza stanu, którego podejrzewa się o nadużycia.

Kalifornia ma szczególnie sprzyjające warunki klimatyczne i długo nic tego zmieni, że większość winogron na wino będzie pochodzić z tego stanu. Zaś blisko 95 procent win amerykańskich będzie i tak kalifornijskich. Stany Zjednoczone szczycą się tym, że winorośl uprawia się we wszystkich pięćdziesięciu stanach, ale jakość końcowego produktu nie wszędzie jest taka sama, a już nakłady na jego otrzymanie i wysiłek – zupełnie inne.

Eksport owoców do innych części kraju był jednym z dźwigarów, które zbudowały bogactwo tego stanu. Szczególnie zaś w czasach prohibicji pozwolił winogrodnictwu tego stanu w ogóle przetrwać. Winogrona wysyłano stąd, by domowi winiarze mogli robić drobne legalne ilości wina w Chicago czy Nowym Jorku. Tak czynił ojciec Warrena Winiarskiego, takie postępowanie pozwoliło utrzymać się na powierzchni, a potem zbudować potęgę takim wytwórniom jak choćby E&J Gallo.

Sprawą zajęła się ostatecznie Alcohol and Tobacco Tax and Trade Bureau (TTB), bo w USA nie istnieją władze poszczególnych apelacji. Winiarzy reprezentują związki producenckie jak Napa Valley Vintners Association czy kalifornijski Wine Institute. Sprawą zainteresowało się też kilkudziesięciu senatorów w Kongresie. Wszyscy dali sobie jednak kilka miesięcy do namysłu („Nie pali się” – jak by to ujął Dyzma). Zaś skończy się pewnie na tym, że TTB wyjaśni tylko, czy etykiety dostatecznie dobrze informowały nabywców o pochodzeniu wina. A jeśli uzna, że nie, to być może na etykiecie podawać się będzie miejsce produkcji („American wine”), a na kontretykiecie faktyczne pochodzenie użytych owoców. I szlus.

Europejczyków praktyki amerykańskie mogą szokować, ale chyba nie za bardzo. Jeszcze ćwierć wieku temu Alzacja była jedynym regionem winiarskim Francji (oprócz oczywiście szampanów), która reklamowała się tym, że wszystkie wina AOC muszą być butelkowane na miejscu. Sam zresztą widziałem wówczas w brukselskich supermarketach zielone litrówki z bordoskim winem rozlewane na masową skalę w Belgii.

A tak przy okazji, by pokazać, czym na co dzień zajmuje się TTB, warto zauważyć, że w styczniu obniżyła ona podatki na niektóre wina stołowe. Do tej pory niżej taksowano wyroby o zawartości alkoholu do 14 procent od tych w przedziale 14,1–16 procent. Teraz wobec tych ostatnich podatek obniżono, zrównując go z pierwszymi. Wszyscy wiemy, że od dawna moc sporej części win kalifornijskich, zwłaszcza czerwonych, dobijała do 16 procent, co powodowało, że wielu producentów uciekało się do sztucznej (acz legalnej) dealkoholizacji swoich win. Tym fajnym zabiegiem TTB spowodowała, że wina staną się bardziej naturalne, bo nie sądzę, abyśmy w kieszeniach odczuli tę różnicę. Cóż, szkoda, że nie ma takiej unijnej TTB…

Czas Wina nr 92

Zdjęcia

FB