Miasto bez bazarów jest martwe

Piotr Adamczewski / 12.04.2011 09:29

Uwielbiam bazary. Lubię włóczyć się po egzotycznych bazarach na innych kontynentach, jak i w dużych miastach europejskich.

I boleję bardzo nad tym, że w moim kraju bazary są źle traktowane.

Jednym z najwspanialszych bazarów, na który wyrywałem się, ile razy tylko mogłem, było słynne targowisko w Santiago de Chile. A co tam można było spotkać? Almejas, choritos, cholgas, machas, loco – te nazwy brzmią jak najpiękniejsza poezja. I całe to tałatajstwo mieszkające w Pacyfiku codziennie dopływało na ów bazar odwiedzany przez miejscową elitę i turystów. Chowające się przed kucharzami w muszlach małże bywały gotowane w winie z warzywami, pieczone, smażone lub przyrządzane pil-pil,czyli wrzucane do wrzącej oliwy z ostrymi przyprawami. I oczywiście podawane w bazarowych knajpkach.

Równie pięknie brzmią nazwy ryb: congrio, corvina, trucha, sierra, vieja, robalo. I ręczę głową, że wszystkie doskonale smakują. Bez względu na sposób przyrządzania. Nawet na surowo.

Na targu lub w hali rybnej zatrzymanie się przy stoisku z owocami morza powoduje natychmiastową reakcję kupca. W ułamku sekundy leżą przed tobą świeżo otwarte muszle różnych gatunków małży, które wdzięcznie wyginają się i prężą, bo szczypie je sok z wyciśniętej cytryny. Nie ma wyjścia – trzeba skrócić męki stworzenia i połknąć je, rozsmakowując się z każdym kęsem i nową muszlą.

Ten poczęstunek jest bezpłatny. Niemal każdy jednak, zwłaszcza cudzoziemiec, czuje się w obowiązku kupienia czegoś u tak miłego kupca. Może to być wielki łosoś, znacznie mniejszy, choć nie mniej smaczny turbot czy tygrysie krewetki. Można wziąć też na południową przekąskę ceviche, czyli surowe marynowane ryby drobno pokrojone i obficie skropione sokiem cytrynowym, lub narybek węgorza doskonale nadający się na pil-pil. Chyba wszyscy rozumieją, dlaczego tak lubiłem wycieczki na santiagowski targ.

W Warszawie moim ulubionym miejscem zakupów jest Bazar Szembeka. Nie dość, że to historyczne miejsce, to jeszcze towary są tu przedniej jakości, a ceny o jedną trzecią niższe niż po drugiej, bardziej snobistycznej stronie Wisły. Dlatego bardzo mnie martwi to, że dzielnicowe i miejskie władze tylko czyhają, by bazary likwidować. I w miejscu, w którym toczy się prawdziwe życie, wybudować czysty, schludny i nijaki biurowiec lub apartamentowiec.

Dlatego z radością poparłem obywatelską inicjatywę uratowania przed zapędami władz Ochoty Bazaru Banacha. Na tym placu przy ulicy Grójeckiej handel kwitł od zawsze. Swoje stoiska ma tu 700 kupców uszczęśliwiających codziennie 15 tysięcy kupujących, a wartość miesięcznej sprzedaży to około 10 mln zł. To dzień dzisiejszy Bazaru Banacha.

Prawdą też jest, że polski bazar to także bród, smród i bałagan. Ale czy rzeczywiście jedynym rozwiązaniem jest likwidacja targowiska?

W Paryżu, w pobliżu polskiej ambasady leżącej w prestiżowej dzielnicy przy rue St. Dominique, jest bazar, który odwiedzałem, mieszkając w pokojach gościnnych polskiej placówki. Na tym bazarze można było kupić świeże ryby i takież warzywa, sery z różnych stron Francji oraz oliwy z Prowansji. Był ruch i gwar. I pełno odpadków. O godzinie 13 bazar się zwijał. Gdy po lunchu wracałem do Pałacu Talleyranda, na placu nie było śladu po targowisku. Wszystko posprzątane, a na ławeczkach pod platanami siedzieli staruszkowie z gazetami w rękach.

Czy możemy tak samo zrobić w Polsce? Zamiast likwidować targowiska – po prostu je posprzątajmy!

Czas Wina nr 50

Zdjęcia

Twój komentarz