Moja prywatna teoria względności

Piotr Adamczewski / 30.12.2011 10:03

Tanie to czy drogie wino? Przepłaciłem tym razem za kolację, czy wydałem tyle, ile należało?

A ten ocet balsamiczny przywieziony w prezencie to już rozrzutność, czy może wydatek jeszcze dopuszczalny? Trudno odpowiedzieć na tak sformułowane pytania. A często na to samo pytanie znajduję dwie całkowicie różne odpowiedzi i obie uznaję, po zastanowieniu, za całkiem prawidłowe. Ale jak to możliwe…?

Niedawno byłem z żoną w Nicei w renomowanej restauracji Grand Balcon. Zjedliśmy tam pyszny lunch. Najpierw grzanki z tapenadą, czyli gruboziarnistym musem z oliwek, które pozwoliły spokojnie zagłębić się w lekturę menu i równocześnie zaostrzyć apetyt. Potem na stole pojawiły się przegrzebki z truflami i kartofelkami inkrustowanymi okruszynami tych cudownych grzybów oraz proste risotto z czarnymi truflami. Do tego butelka pouilly-fuisse. Oczywiście woda mineralna, kawa. Całość kosztowała 120 euro. Uznałem tę cenę za wygórowaną, choć nie żałowałem wydatku, bo posiłek był przedni.

W parę chwil później zmieniłem zdanie. Żałowałem, i to bardzo, że nie zamówiłem znacznie droższych dań, nie rozpocząłem obiadu od najdroższego, jaki był w karcie, szampana lub nie zakończyłem wszystkiego koniakiem z najlepszego rocznika. Po wyjściu z restauracji bowiem znaleźliśmy się na nicejskim dworcu kolejowym, skąd wyruszyliśmy pociągiem do wakacyjnego domu w Pietra Ligure. W kilka chwil po ruszeniu pociągu odezwał się mój telefon komórkowy. To urzędniczka z warszawskiego banku dopytywała się o stan mojej pamięci. Dziwiła się po prostu, że nie potrafię podjąć pieniędzy z bankomatu, myląc PIN.

Gdy uświadomiłem jej, że w pociągu, którym pędzę do Italii, nie ma bankomatów, poinformowała mnie, iż padłem ofiarą kieszonkowców. I szybko zajęła się blokowaniem kart kredytowych. I w tym to właśnie momencie naszła mnie myśl, że nicejski obiad byłby znacznie lepszy, gdybym zamówił jeszcze parę dań i popił go najdroższymi trunkami. Wydałbym zapewne jeszcze paręset euro, ale lepsze to niż wręczenie kieszonkowcom pięciu setek luzem.

Druga opowiastka też jest i wakacyjna, i kulinarna. Byłem w Modenie. Odwiedziłem przy okazji kilka sklepów z produktami regionalnymi. Przede wszystkim interesowałem się – co w tym mieście zrozumiałe – octem balsamicznym. Próbowałem kilku gatunków i wreszcie trafiłem na tak pyszny, o cudownym owocowym bukiecie i smaku, że postanowiłem nie szczędzić grosza (zwłaszcza że było to jeszcze przed wizytą w Nicei). Kupiłem więc niedużą buteleczkę 15-letniego aceto balsamico za trzydzieści parę euro. I wówczas przypomniało mi się, że znajomi z Warszawy prosili, bym nabył dla nich najlepszy ocet balsamiczny, a do tego w eleganckim opakowaniu firmowym, bo chcą nim obdarować kogoś z rodziny, wobec kogo mają poważne zobowiązania.
Kupiłem więc nieco większą butelkę w drewnianym kuferku i w płóciennym woreczku z pieczęciami wytwórni i stosownym certyfikatem. Ten elegancki prezent kosztował 90 euro. Wydało mi się to stosowną do zamówienia i niewygórowaną ceną.

I znów musiałem zmienić zdanie na ten temat. Po powrocie do Warszawy dowiedziałem się od znajomych przy przekazywaniu octu w kuferku, że jestem rozrzutnikiem, nie znam wartości pieniędzy i szastam – w dodatku nie swoją – gotówką.

Z obu tych opowiastek Czytelnicy mogą wyciągnąć stosowne nauki. Na siebie należy wydawać jak najwięcej, bo i tak resztę ukradną. Obcym kupować jak najtaniej, ponieważ i tak tego nie docenią.

Czas Wina nr 54

Zdjęcia

Twój komentarz