Największe grand cru świata

Wojciech Gogoliński / 14.04.2010 16:51

Szkoda, że w 1976 roku winiarstwo austriackie dalekie było od tego, by go z czymkolwiek porównywać na arenie światowej. Szkoda, bo gdyby dziś Steven Spurrier wybierał wina do słynnej Degustacji Paryskiej, musiałby zacząć od Austrii. I to w obu kategoriach win: białych i czerwonych.

Dziś wiele tutejszych win posłałoby natychmiast do narożnika ówczesnych zwycięzców. Austria to dziś jedno wielkie grand cru.

Kiedy zaczyna się rozmowę o winach austriackich, zawsze pojawia się kwestia jakości. Liczba win najwyższej światowej klasy przypadająca na głowę mieszkańca tego kraju jest nieporównywalna z żadnym innym obszarem kultury winiarskiej. Doszło do tego, że proste wina stołowe i regionalne niemal zniknęły znad tej części Dunaju. Niedługo będą to już tylko kategorie książkowe, białe kruki. Średnia cena litra wina jakościowego przeznaczonego na eksport dawno przekroczyła pięć euro. Ab-Hof – czyli netto, bez podatków.

Obserwuję tę przemianę osobiście, od pierwszej połowy lat 90. ubiegłego wieku. I choćby mnie kto przypalał, nie wiem, jak to się stało. Małe dzieci niektórych, nikomu wówczas nieznanych winiarzy już przejęły stery w winiarniach. Po akademiach w Klosterneuburgu i Rust oraz praktykach w Australii i Kalifornii nadają dzisiaj rytm światowemu winiarstwu. Łączą stare z nowym. Ale wszystko zaczęło się od tragedii.

Mądrość papierów

Dramat rozegrał się w roku 1985. W kilku podłych austriackich winach wykryto glikol – trujący w większym stężeniu, słodkawy w smaku płyn używany w instalacjach chłodniczych. Miał dodawać winom ekstraktu i delikatności. Nikt nie ucierpiał na zdrowiu (jak to miało miejsce w innych krajach), w proceder uwikłanych było tylko pięciu wytwórców, ale w Austrii rozpętało się piekło. Winiarnie upadały masowo, bo nikt nie chciał kupować ich win. Eksport osiągną poziom „0”.

Władze przystąpiły do zmasowanego kontrataku. Jeszcze tego samego roku wprowadzono zmodyfikowane prawo winiarskie i powołano dziesiątki instytucji pośrednich badających próbki win na każdym etapie produkcji. Dziś o tamtych wydarzeniach (ciągle żywych) naddunajscy winiarze mówią jak o zbawieniu, rewolucji. Rok 1985 to bodaj najważniejsza cezura w całej historii austriackiego winiarstwa. Od tamtej pory nie ma na świecie zestawienia, w którym tutejsze wina nie okupowałyby czołowych miejsc. A Robert Parker wynajął nawet specjalnego człowieka, słynnego Davida Schildknechta, który pilnuje dla niego Austrii, by była właściwie obsłużona w każdym numerze jego „The Wine Advocate”.

Echa tamtych zmian widać dziś m.in. w papierach. Ilekroć spotykam Marię Opitz, zawsze psioczy na biurokrację. Maria zostawiła swoją pracę i przez cały rok zajmuje się dokumentacją, by jej mąż miał wolną rękę w robieniu win. Willi zaś bez przerwy wymyśla coś nowego – jest najbardziej szalonym winiarzem, z jakim kiedykolwiek się zaprzyjaźniłem. Jego najświeższe motto brzmi: „When you are first, you are never late”. Dostarcza wina m.in. do Białego Domu, Harrodsa i teamów Formuły 1. Na liście oczekujących jest wielu znanych celebrytów.

To Opitz, jego krewniak, nieżyjący już Alois Kracher oraz kilku innych winiarzy (Feiler-Artinger, Heidi Schröck, Triebaumer) sprawili, że okolice Rust i Illmitz nad Jeziorem Nezyderskim stały się jednym z najlepszych na świecie grand cru dla win słodkich, botrytyzowanych i wyrabianych z podsuszanych owoców. Produkcja jest niewielka, wina straszliwie drogie, ale jakość nie pozwala zasnąć.

Kwestia stylu

Razu jednego degustowaliśmy czerwone wina w posiadłości świetnego winiarza Josefa Umathuma we Frauenkirschen (Burgenland). Do rundy zweigeltowej zagajał właśnie Pepi w towarzystwie młodego René Pöckla (jedne z najcięższych win austriackich). I gdzieś w połowie rzekło mu się, że „zweigelt w zasadzie nie nadaje się do długiego dojrzewania w beczkach”. Na co zza pleców wyskoczył zdenerwowany Pöckl i szybko sprostował: „Pepi mówi oczywiście wyłącznie o swoich zweigeltach”.

Nieco komiczne starcie Pepiego Umathuma z młodym René ubawiło wszystkich do łez, ale taka jest dziś prawda. Zweigelta, pomyślanego jako lekkie, kawiarniano-ogródkowo-barowe wino do szybkiej konsumpcji, dziś często robi się tak, że trudno go odróżnić od najgrubszych nowoświatowych cabernetów czy shirazów.

W Burgenlandzie, zwłaszcza środkowym i południowym, rządzi dziś jednak potężny blaufränkisch, którego na własne potrzeby nazwałem sobie „Panzerrebe” – odmiana pancerna. Ciężkie i mocne wina robione z tej odmiany mogą leżakować w butelkach w nieskończoność. A niektóre, jak choćby od Krutzlera, są tak gęste, że niedługo trzeba je będzie sprzedawać w słoikach jak miód, bo nie będzie można ich wylać z butelki.

Przemiany kolosów

Kiedy w 1996 roku roku wizytowałem – razem z Robertem Makłowiczem – wielką jak na tamtejsze warunki spółdzielnię Freie Weingärtner Wachau (420 ha, 700 członków, 1/3 winnic w Wachau), przyjęły nas dwie osoby odpowiedzialne za wizerunek firmy i robienie win: Willi Klinger, który później na wiele lat wylądował w światowej sławy winiarni Angelo Gaji w Piemoncie, a od dwóch lat jest szefem austriackiego Weinmarketingu, oraz Fritz Miesbauer, który obecnie ma własną winiarnię i robi też klasztorne wino w Stift Göttweig (wywiad z Fritzem na s.36).

W tamtych latach najlepsze wina FWW były istotnie dobre, ale już te prostsze – zupełnie proste, masowe, nijakie. I zarówno wtedy, jak i zawsze, kiedy ktoś z winiarni, która skupuje owoce od wielu winogrodników, tłumaczy mi, jakże to dokładnie nadzoruje swoich dostawców – mocno przymykam prawe oko. Bo niby skąd się biorą w tych winiarniach zafoliowane i przygotowane do transportu kartony w winem „n.n.” lub takie same, ale wywożone w dymionach prosto do okolicznych barów?

...

 

Czas Wina nr 44

Zdjęcia

Twój komentarz