Nie ma potraw obrzydliwych

Piotr Adamczewski / 01.09.2011 20:00

Nie ma. To tylko kwestia wyobraźni. Ale wystarczy, by człowiek męczył się nad talerzem lub zachował się nieelegancko i odmówił zjedzenia poczęstunku.

Ta przygoda przydarzyła mi się w Mongolii. Spędziłem kilka dni w kołchozie, w którym oprócz kilkunastu rodzin pasterzy żyło kilkanaście tysięcy owiec. O innych zwierzętach nie wspomnę, bo opowieść dotyczy wyłącznie owiec. A właściwie ich głów.

Spanie w jurcie nie sprawiało mi kłopotów, choć do przyjemności trudno to zaliczyć. Trochę insektów, sporo dziwnych owadów i intensywny zapach źle wyprawionych skór.

Na upał najlepszym środkiem była herbata. Dość tłusta, gorąca, pływały w niej wielkie oka baraniego łoju. Kilka łyków herbaty powodowało, że człek się pocił i upał na zewnątrz wydawał się zupełnie znośny. A tłuszcz zapewniał brak apetytu, co przy pasterskim menu było bardzo wskazane.

Na ucztę pożegnalną pasterze przygotowali danie wręcz królewskie. Gotowany barani łeb. W tym samym kotle co i herbata. Łeb w kotle spędził sporo czasu. Resztki baraniej sierści wypadły i zostały wyłowione. Kości zmiękły i dawały się potem łatwo wyjmować, a niektóre nawet gryźć. Podziałem smakowitego dania zajmował się przewodniczący kołchozu. Robił to z wielką wprawą. Wyciągnął więc ozorek i pokroił na kilka porcji. Największa przypadła dla honorowego gościa, czyli dla mnie. Zjadłem go, mlaszcząc jak sąsiedzi przy stole i wychwalając delikatność potrawy. Prawdę mówiąc, nie budziło to we mnie specjalnego oporu, ponieważ ozorki cielęce i wołowe często goszczą na stole i w moim rodzinnym domu. Nieco inaczej robione, ale wyglądają niemal identycznie.

Podobnie było z móżdżkiem. Najbardziej wprawdzie lubię móżdżek zapiekany w kokilce, ale i ten ugotowany dało się zjeść bez oporu.

Na koniec przewidziane było danie najwytworniejsze. Trafiło ono na dwa talerze: przewodniczącego i mój. Dreszcz mnie przeszedł, gdy spojrzałem na talerz: danie bowiem patrzyło na mnie (tak jak i ja na nie) bez sympatii. Było to ugotowane oko baranie.

Zanim oswoiłem się z myślą, że będę m u s i a ł to zjeść minęło kilka chwil. Gospodarz wygłosił stosowny toast o przyjaźni polsko-mongolskiej i wyraźnie uzależnił jej trwałość od mojego zachowania. Wiedziałem, że nie mogę zawieść ojczyzny. Włożyłem więc oko do ust i pociągnąłem ze szklanki spory haust ciepłej wódki. Poooszło!

Chwilę potem wiedziałem, że zachowałem się jak głupiec. Zjadłem coś, czego już nigdy w życiu nie będę miał okazji spróbować, i nie rozgryzłem tego, nie roztarłem na języku, słowem – nie posmakowałem. O repetę nie mogłem prosić, bo drugie oko mlaszcząc smakowicie i bez popitki pochłonął potomek Tamerlana. Tak bywa, gdy się w porę nie poskromi wybujałej wyobraźni.

Nigdy więcej do tego nie dopuściłem. Ani jedząc tajlandzki balud, czyli ugotowane w jajku niewylęgłe pisklę kaczki, ani wysysając percebe, tj. surowe mięczaki oderwane od skał przybrzeżnych w Portugalii, ani nawet podczas delektowania się casu marzu – sardyńskim owczym serem pełnym larw much, które spulchniły go i nadały delikatności. Prawdę mówiąc, wszystkie trzy ostatnie potrawy uważam za wyjątkowo pyszne. A wyobraźnia – milczy!

Pointa opowiastki jest taka: znajomi Węgrzy brzydzą się zsiadłego mleka, Włosi nie chcą tknąć czerniny, a Hiszpanie dostają dreszczy na widok flaków z pulpetami.

Czas Wina nr 52

Zdjęcia

Twój komentarz