Odkrywanie południa
Paweł Gąsiorek / 17.10.2011 11:33
Samolot MD-80 pamiętał chyba czasy Evity Peron. Wyjście trapem z ogona przypomniało mi czasy wysłużonych jaków i ubiegłowiecznych wędrówek po ZSRR. Poza tym wszystko tu było inne. Wrzeszczące małe dzieci na lotnisku, tłum całujących się podróżnych i temperatura +35°C, zamiast -35°C.
Argentyna jest dziś piątym producentem wina na świecie, siódmym największym eksporterem, ósmym największym konsumentem i dziewiątym krajem pod względem powierzchni winnic. Zdaniem wielu to najszybciej rozwijający się i najbardziej obiecujący dzisiaj kraj Nowego Świata. Klasę Mendozy uznano już dawno. Dzisiaj oczy wszystkich zwrócone są na Patagonię – nowy, chłodniejszy, najbardziej na południe wysunięty winiarski region świata.
Rewolucja lat 90.
Winiarska Argentyna zawsze żyła z lekkim kompleksem wobec Chile. W ogóle Chile nie jest tutaj darzone wielką sympatią. Przez lata oba kraje spierały się zawzięcie o szczegóły związane z przebiegiem granic, co – biorąc pod uwagę fakt, że spory dotyczyły bezkresnych pustyń i krainy wiecznego lodu – może wzbudzać pewne zastanowienie. Jakkolwiek w wielu dziedzinach – na czele z ukochaną tu piłką nożną – Argentyńczycy radzili sobie lepiej niż ich zachodni sąsiedzi, to winiarsko przez lata znacznie od nich odstawali.
W latach 90. ubiegłego wieku nastąpił okres gospodarczego boomu opartego na sztywnej wymianie lokalnego peso w relacji jeden do jednego za dolara. Skończyło się to wprawdzie głośnym krachem państwa, to jednak przez 10 lat przemysł winiarski czerpał z tego wiele korzyści. Sprowadzano najnowsze technologie, zatrudniano najlepszych międzynarodowych enologów, zagraniczne inwestycje wlewały się potężną strugą. Argentyńczyków wreszcie było na wszystko stać. Okres ten wspominany jest teraz z lubością i nazywany winiarską rewolucją. Przesadzono w tym czasie tysiące hektarów winnic, wyrzucając stare zawirusowane krzewy i sadząc w ich miejsce najlepszy, przywieziony głównie z Francji materiał.
Dało to podstawy do rozpoczęcia międzynarodowej ekspansji. I tu znów pomogła sytuacja międzynarodowa Argentyny. Państwo ogłosiło bankructwo, wartość lokalnej waluty spadała, a wybawieniem z tej sytuacji stał się eksport. Wina argentyńskie osiągały niedoścignione przez innych ceny. Malbec stał się obiektem pożądania w wielu krajach, przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych. W zeszłym roku strzeliły korki od szampanów – argentyński eksport wina do USA przewyższył chilijski.
Ale wraz z pokonaniem winiarskiego kompleksu wobec mniejszego sąsiada nad Argentyną zaczęły zbierać się burzowe chmury. Lokalna waluta staje się coraz mocniejsza. Dolar leci na łeb i szyję. Inflacja zbliża się do 9 proc. Czy zatem Argentyna zdoła utrzymać swoją świeżo zdobytą pozycję międzynarodową? Czy wymuszona podwyżka cen nie załamie eksportu? Czy znowu wielki zryw i sukces pogrzebią politycy? Od czasów Evity zdarzało się to tutaj regularnie.
Konkwista pustyni
Trudno w to dzisiaj uwierzyć, ale jeszcze na początku XIX wieku olbrzymi kawał Ameryki Południowej był praktycznie ziemią niczyją. Tereny od rzeki Colorado na południe teoretycznie należały do Chile, praktycznie zaś administracja państwowa tam nie sięgała. Legendy krążyły o nieznanej ziemi, którą nazywano Patagonią. Mocne były tu plemiona indiańskie, broniące swego miejsca przed bardziej zorganizowanym osadnictwem białych.
Nieliczni śmiałkowie zapuszczający się w te strony opowiadali legendy o zamieszkujących te ziemie ludach i ich niezwykłym wzroście (średni wzrost etnicznej ludności to 180 cm, podczas gdy średni wzrost Hiszpanów w XVIII wynosił 165 cm). Szczególnie zostawiane przez nich ślady stóp wzbudzały u białych respekt. Ze względu na ich rozmiar nazywali je patagonami, od czego wzięła się potem nazwa całego regionu.
Gdy Chile uwikłało się w wojnę na północy, walcząc jednocześnie z Peru i Boliwią, Argentyna w zamian za zachowanie neutralności w konflikcie zażądała od sąsiada Patagonii. Chile musiało ulec. Wkrótce oddziały argentyńskiego wojska pod dowództwem generała Julio Argentino Roki zaczęły się przesuwać na południe i powoli zajmować nowe tereny. Operacja ta nazywana jest dzisiaj Conquista del Desierto, czyli podbój pustyni.
Gdy sukces został osiągnięty, powstał problem, jak utrzymać te rozległe tereny. Obawiając się ciągle akcji odwetowej ze strony Chile, postanowiono wybudować linię kolejową, by w razie potrzeby można było szybko i sprawnie przemieścić w te regiony wojsko.
Angielska robota
Budowę kolei powierzono Anglikom. Zajmowali się oni zresztą wieloma sprawami związanymi – jak byśmy to dzisiaj nazwali – z rozwojem infrastruktury. Nie tylko w Argentynie, ale też w innych krajach Ameryki Południowej to właśnie Anglicy budowali koleje, zakładali wodociągi i elektryfikację, budowali linie tramwajowe. W Argentynie częścią zapłaty za ich wysiłek była ziemia nadawana im w odległych terenach wokół obecnego miasta Neuquén. Gdy kolej była już gotowa, angielscy dżentelmeni zaczęli zastanawiać się, co począć z tysiącami hektarów bezludnej niemal ziemi, która była porośnięta stepową, suchą, pustynną roślinnością.
Szybko przekonano się o dużym potencjale rolnym tych terenów i o znakomitych warunkach do uprawy owoców, głównie jabłek i gruszek. Dzięki położeniu na półkuli południowej, sezon zbiorów przypadał tu na styczeń, a zatem już w lutym inni bogaci angielscy dżentelmeni i ich ladies mogli się cieszyć w Londynie świeżymi owocami wprost z argentyńskich drzew. Linia kolejowa zaczęła służyć głównie do transportu owoców do portu w Buenos Aires. Anglicy budowali wokół torów sortownie owoców i magazyny. Winorośl pojawiła się znacznie później.
Czas Wina nr 53

