Podróż na kilka sposobów

Wojciech Giebuta03.04.2017 09:32

Położony zaledwie 60 km od Kapsztadu region wokół miasta Paarl zwany jest Winlandem, czyli krainą win. I faktycznie, niewiele jest takich miejsc na świecie, gdzie niemal każdy skrawek ziemi pokrywają winnice.

Przemierzając szerokie doliny oddzielone od siebie wysokimi na tysiąc lub więcej metrów górami, mijamy winnice, winnice i jeszcze raz winnice. To właśnie one przede wszystkim przyciągają odwiedzających to miejsce.
Nie znaczy to wcale, że nie ma tu niczego innego godnego uwagi – wręcz przeciwnie – między jedną a drugą degustacją można sporo zobaczyć, wielu rzeczy spróbować i doświadczyć niezapomnianych przeżyć.

Domy jak z obrazka

Fot. Wojciech GiebutaTym, co przykuwa największą uwagę i odróżnia Kraj Przylądkowy od innych regionów winiarskich nowego świata, jest architektura, jakiej nie zobaczymy w Barossie, Mendozie czy Napie. To stare liczące po 200-300 lat budynki w holenderskim stylu przylądkowym. Białe, kryte strzechą rezydencje swoim wyglądem, proporcjami i przeznaczeniem przypominają nieco polskie szlacheckie dworki. Zatopione wśród zielonych winnic, na tle monumentalnych gór pozostawiają niezapomniane wrażenie. Budynków w tym stylu nie brakuje i w miasteczkach. Tu są one uzupełniane filigranowymi domkami z czasów angielskich w edwardiańskim i gregoriańskim stylu.

Diamentowa perła

Wysokie mocno wypiętrzone góry otaczają całą dolinę. Większość z tutejszych szczytów jest stroma i strzelista niczym nasze tatrzańskie. Jednym z niewielu wyjątków od tej reguły jest szczyt Paarl, od którego nazwę wziął cały region. Jest to monolityczna lita granitowa skała, która niczym kopuła przykrywa szczyt wysokiej góry. Ze względu na swój kształt nazywana została przez Holendrów diamentową perłą. Najpiękniej wygląda chwilę po wschodzie słońca, kiedy ostre promienie odbijają się w zroszonej nocną rosą gładkiej granitowej powierzchni – co faktycznie upodabnia szczyt do wielkiej skrzącej się perły.
Górę można zdobywać. Na wycieczkę trzeba przeznaczyć kilka godzin i sporo się nachodzić. Trasa prowadzi wśród jezior, strumyków i niespotykanej roślinności. Pilny obserwator będzie mógł zobaczyć aż 15 różnych odmian protei, czyli narodowego kwiatu Afryki Południowej. Wybierając dłuższą trasę, przejdziemy obok ustawionego w 1975 roku monumentu upamiętniającego język afrykanerski. Ostatni odcinek jest trudniejszy, bo po niezbyt stromej, ale jednak litej i gładkiej skale. Są łańcuchy i poręcze. Ktoś, kto choć raz był na Granatach lub Giewoncie, bez problemu sobie poradzi. Nagrodą za trud jest nieziemski widok na góry oraz położone w dolinie miasteczka i winnice.

Kawałek Francji w Afryce

Fot. Wojciech GiebutaZ regionem Paarl łączy się jeszcze jedna dolina – zwana Franschhoek, co w języku afrykanerskim oznacza francuski zaułek. Nazwę swą region i położone w jego centrum miasteczko wzięło od hugenotów, którzy po odwołaniu przez Ludwika XIV edyktu nantejskiego gwarantującego protestantom swobody religijne, zmuszeni byli do opuszczenia swojej ojczyzny. Pod koniec siedemnastego wieku wielu z nich na zaproszenie Holenderskiej Kompani Wschodnioindyjskiej zawędrowało właśnie do Afryki Południowej. Większość osiedliła się w dolinie zwanej Olifantshoek (Zaułek Słoni), która z czasem zmieniła nazwę na Zaułek Francuzów. Dzisiaj to niewielkie miasteczko ciągnące się wzdłuż jednej ulicy, zabudowanie białymi historycznymi domami. Choć emigranci sprzed 300 lat już dawno zintegrowali się z tym krajem, nadal zauważymy francuski charakter miejscowości. Nazwy ulic nawiązują do najsłynniejszych regionów winiarskich Francji. Kolorowe markizy – niczym w Paryżu – chronią przed słońcem witryny sklepów, piekarni z bagietkami, niewielkich kawiarni czy też doskonałych restauracji. Jest to jedno z tych miast w Afryce Południowej, po których chce się spacerować. Głównym punktem miejscowości jest pomnik hugenotów oraz położone tuż przy nim niewielkie muzeum opowiadające historię pierwszych osadników.

Najlepsze restauracje świata

Fot. Wojciech GiebutaTam, gdzie jest dobre wino, powinno być i wyśmienite jedzenie. Tę oczywistą prawdę wzięli sobie do serca tutejsi restauratorzy. Dziś w regionie jest mnóstwo miejsc, w których można zjeść w stylu gourmet. Sporo polecanych lokali znajduje się tuż przy winiarniach. Doskonałym punktem na gastronomicznej mapie jest restauracja Anura. Tutejszy szef kuchni wraz z enologiem i sztabem sommelierów przygotowuje co pół roku menu idealnie skomponowane z miejscowymi winami. Wielodaniowy obiad to nie tylko uczta dla naszego podniebienia, ale i spora dawka wiedzy i doświadczeń w zakresie łączenie wina i potraw. To tutaj po raz pierwszy miałem okazję spróbować waniliowego sosu o aromacie tytoniu, tu również zakochałem się w połączeniu czekolady i wytrawnego shiraza.
Wiele doskonałych restauracji znajdziemy w miasteczkach. Warto odwiedzić zlokalizowane we Franschhoek restauracje Reuben’s oraz Olifantshoek oraz trzeba koniecznie spróbować najprawdziwszych belgijskich pralin w Belgian Pâtisserie.

Rolls-roycem na degustację

Większość z nas ma jeden samochód. Jak ma ochotę, to ma ich więcej – kto bogatemu zabroni? A jak ktoś jest bardzo, bardzo bogaty –- to może mieć tych samochodów ponad dwieście i to nie byle jakich. Anthony Rupert – potentat tytoniowy, właściciel między innymi marki Dunhill – ma trzy pasje: wino, stare samochody i dzieła sztuki. Wszystko to udało mu się połączyć w jedną całość. W starych zabudowaniach przy winnicy zgromadził pojazdy ukazujące ponad stuletnią historią motoryzacji. Wśród starych fordów, bentleyów czy mercedesów odnaleźć można egzemplarze unikatowe w światowej skali. Co najważniejsze wiele z nich jest na chodzie do dzisiaj. Mogą się o tym przekonać odwiedzający posiadłość enoturyści – gdyż do oddalonej nieco nowoczesnej winiarni jest się podwożonym historyczną limuzyną. Jak się komuś poszczęści, to będzie miał szansę przejechać się pięćdziesięcioletnim roycem lub mercedesem sprzed wojny.

Tramwajem do winnic

Fot.  Peter Titmuss/Shutterstock.com W roku 1904 zbudowano liczącą 27 kilometrów linię kolejową łącząca Paarl i Franschhoek. Przez lata była ona alternatywą dla wozów, którymi rolnicy zwozili swoje plony do miasta. W latach siedemdziesiątych zapotrzebowanie na ten typ transportu zmalało i linia została zamknięta. Kilka lat temu po zardzewiałych szynach znowu potoczyły się żelazne koła. Tym razem są to repliki miejskich tramwajów z końca dziewiętnastego wieku. W otwartych wagonikach można przejechać się wzdłuż całej doliny. Przystanki usytuowane są przy kolejnych winnicach, a tramwaj kursuje na okrągło. Można zatem na dowolnym przystanku wyskoczyć na lampkę jakiegoś shiraza lub caberneta, by po chwili wskoczyć do kolejnego wagonu i jechać dalej – aż do pętli. A jak ktoś ma siły i ochotę, to można jeszcze raz – z powrotem. Bo przecież na tym właśnie polega piękno enoturystyki.

Czas Wina nr 84

Zdjęcia

Twój komentarz
FB