Pośród zbóż malowanych

Wojciech Giebuta30.07.2010 16:11

Gdy zdecydowaliśmy, że jedziemy do Rumunii, wiedziałem o tym kraju niewiele: Mołdawia, Wołoszczyzna, problemy z Turkami i w miarę poprawne stosunki z Rzeczpospolitą. Moja wiedza winiarska to: cotnari, murfatlar, a także to, że Rumunia to piąty największy producent win w Europie.

Choć położona dzień jazdy samochodem z Krakowa była mi bardziej odległa niż niejeden zamorski kraj.

Zdobywanie wiedzy na temat Rumunii rozpocząłem od przepytania znajomych, którzy w ostatnich latach odwiedzali tamte strony. Jako że podróżować mieliśmy samochodem, żywo interesował mnie stan rumuńskich dróg. I tu pojawiło się wiele sprzeczności. Moi informatorzy podzielili się na tych, którzy uważają, że szosy w Rumunii są tragiczne, oraz tych, którzy przekonywali mnie, że tak dobrych dróg i autostrad nie ma nigdzie w Polsce. Wjechałem więc do kraju Vlada Palownika z dwoma zadaniami: sprawdzić, jak to jest z tymi drogami, a także – co oczywiście ważniejsze – spróbować tamtejszych win.

Kraj nad Dunajem


Odpowiedź na to pierwsze pytanie przyszła tuż po przekroczeniu granicy. Otóż tamtejsze trasy podzielone są na odcinki nowych, idealnych niemal dróg oraz na dukty, które kiedyś może przypominały szosy. Najgorsze jest to, że między jednymi a drugimi ciągną się kilometrowe odcinki robót drogowych. Jeżeli zatem chodzi o świetne drogi, to na razie ich nie ma. Ale na pewno kiedyś będą – tak jak autostrada z Krakowa do Przemyśla.
Im bardziej posuwaliśmy się na południe kraju, tym nawierzchnia stawała się gorsza. Trudy podróży rekompensowały nam coraz piękniejsze widoki. Szeroką doliną dojechaliśmy aż do Dunaju, który płynie wzdłuż niemal całych południowych rubieży Rumunii. Przy granicy z Serbią rzeka tworzy jeden z najdłuższych i największych przełomów w Europie. Płynący wśród stromych, porośniętych lasami zboczy potężny, szeroki na ponad kilometr Dunaj wygląda niczym jeden z norweskich fiordów.
Najwęższy odcinek przełomu zwany jest Żelaznymi Wrotami – to dwie potężne, niemal pionowe skały wynurzające się z wody na wysokość ponad stu metrów. Miejsce to od razu kojarzy się z tolkienowskimi Wrotami Argonath. Kawałek dalej krajobraz zdecydowanie się zmienia. Znikają wysokie góry, a Dunaj rozlewa się szerokimi zakolami po płaskiej dolinie. Najprawdopodobniej to tutaj Rzymianie posadzili pierwszą winorośl.

Gdzie jest ta winnica

Po przekroczeniu granicy węgiersko-rumuńskiej jedzie się długo po płaskim i nie do końca ciekawym regionie Banat. Jego stolicą jest Timişoara – miasto, w którym rozpoczęła się rewolucja w 1989 roku. Drogi przebiegają przez pola pszenicy, kukurydzy i rzepaku. Nigdzie jednak nie ma ani skrawka winnicy. Jedynym znakiem, że jesteśmy w winiarskim kraju, byli stojący przy drodze sprzedawcy oferujący w butelkach po coli coś, co mogło być domowym winem. Tylko się tego domyślaliśmy, bo przez nieszczęsne roboty drogowe nie starczyło nam czasu i odwagi, by się zatrzymać i sprawdzić.
Po przejechaniu całej zachodniej Rumunii nie znaleźliśmy ani jednego śladu winorośli. Gdy dojechaliśmy do celu, okazało się, że winiarnia Oprişor położona jest niemal w sercu winiarskiego regionu Mehedinţi. Otoczona jest nie winnicami – ale wzgórzami malowanymi łanami zboża, pałającymi niczym dzięcielina u Mickiewicza. Pięknie! Tylko gdzie u licha są te winnice? W końcu je odnaleźliśmy za następnymi pagórkami obsadzonymi owsem. Cabernet, shiraz i chardonnay – idealnie prowadzone, nowoczesne uprawy. Gdyby człowiek nie wiedział, że za kolejnym wzniesieniem znajduje się opuszczony postkomunistyczny kołchoz, można by pomyśleć, że jest się w dowolnym winiarskim zakątku świata.
Taka właśnie jest Rumunia – kilka kroków dzieli nowoczesną winiarnię od zacofanej wioski, która bez większego retuszu mogłaby posłużyć za scenografię do przedwojennego filmu. Na szosach obok zachodnich samochodów spotka się mnóstwo starych, rozklekotanych dacii albo zaprzężonych w osiołki furmanek. Urzędnicy używają nowoczesnych komputerów, ale jak chcą coś zaznaczyć na wydruku, to nadal używają kopiowego ołówka.
Trudno opisywać Rumunię po kilkudniowym zaledwie pobycie w Mehedinţi – regionie położonym na zupełnych rubieżach kraju. Jedno jednak jest pewne: to miejsce, gdzie robi się dobre wina, a determinacja i zaangażowanie tutejszych winiarzy daje pewność, że z czasem będą one jeszcze lepsze.

 

Czas Wina nr 46

Zdjęcia

Twój komentarz
FB