Prowansja tropem (niektórych) artystów

Oto pięć cudownych miejsc, gdzie sztuka spotyka się z winem. Oczywiście, o ile winonapój uzyskiwany na drodze całkowitej lub częściowej fer... (...) będziemy mieli ze sobą, o co w Prowansji nietrudno.

O Sztukę, taką przez wielkie „S”, także potykamy się tu na każdym kroku, choć akurat barokowych kościółków, ku rozpaczy mojego zacnego kolegi redaktora Wojciecha Giebuty, ze święcą tu szukać…

fot. shutterstock / Arthur R.Za to romańskich ile! I jak pięknie romańskich! Nowiutkich, można by rzec nieco złośliwie, albowiem zgodnie z dość kontrowersyjną w swojej istocie doktryną Viollet-le-Duca, Francuzi włożyli wiele trudu w żmudną rekonstrukcję swoich średniowiecznych perełek. Do dziś studenci historii sztuki, także z Polski, zatrudniani bywają przy odbudowie romańskich kościołów, zamków i kapliczek. Ot, wystarczy rozebrać kilka rozwalających się i dawno opuszczonych domów z dala od centrum miasteczka i z tegoż samego materiału postawić (często niemal na nowo) jakiś uroczy zabytek w samym jego sercu.
W ten sposób w okolice słynnej góry Saint-Victoire trafiła przed laty moja małżonka, a jakiś czas później ja sam – niewielu doprawdy mężów może czerpać przyjemność ze zwiedzania zamku, który budowały ich małżonki…

Którędy do artysty?
Owe pięć cudownych miejsc, o których pragnę napisać poniżej, to oczywiście skromny i daleki od reprezentatywności wycinek sztuki prowansalskiej. Nie wspomnę zatem ani słowem o mistrzach impresjonizmu, którzy pielgrzymowali tu w poszukiwaniu niezwykłego światła, o mistrzach przełomu wieków, van Goghu, Gauguinie, nie zająknę się o świetnie zachowanych zabytkach architektury antycznej, o wiele bardziej wartych odwiedzenia niż ich brudne włoskie odpowiedniki. Pozostawię w spokoju raz już wspomnianą romańszczyznę. Podążymy tropem sztuki współczesnej, mniej znanej, często mniej cenionej, zbaczając po drodze ku starożytności raz tylko, z uwagi na fanaberyczny rys w historii pewnego zabytku.
W ogóle powiedzieć trzeba, że podróżowanie tropem sztuki i wina to przedsięwzięcie fascynujące – odwiedzone muzea wymuszają kilkugodzinne odstępy w dozowaniu kolejnych kieliszków rosés, wypite rosés usprawiedliwiają z kolei godziny spędzone na kontemplacji sztuki. Wieczorem zaś można wreszcie odpocząć od dziennikarskich powinności na jednej ze słonecznych plaż Lazurowego Wybrzeża.

Grecka willa szalonego archeologa
Jedna z piękniejszych takich plaż znajduje się w Beaulieu-sur-Mer, opodal miejsca zupełnie magicznego, które skrywa się pod mało rozpoznawalną nazwą Villa Kerylos. Warto na niej odpocząć, z odpowiedniej odległości podziwiając budynek usytuowany na wysmukłym cyplu. Podziwiając, łatwo przenieść się w czasie, bo Villa Kerylos to udana i niezwykle dokładna kopia hellenistycznej willi sprzed ponad 20 wieków. Stworzył ją od urodzenia ekscentryczny, a po szczęśliwym wżenieniu się w rodzinę Rothschildów także niewyobrażalnie bogaty dziewiętnastowieczny profesor archeologii Theodore Reinach. Godnej potępienia praktyce podprowadzania co cenniejszych artefaktów z wykopalisk zawdzięczamy dziś fakt, że spora część skrzętnie zrekonstruowanej willi stworzona została z oryginalnych dzieł sztuki. Przechadzamy się zatem po autentycznych hellenistycznych mozaikach, zaglądamy do oryginalnych greko-rzymskich wanien, potrącamy przywiezione z Troi statuetki stojące na pięknych mebelkach z drewna cytrynowego (te ostatnie to już niestety kopie). Jako że powstała w pierwszych latach XX wieku, w duchu belle époque, nie przeznaczono jej na muzeum – była użytkowana jako letnia rezydencja państwa Reinachów. Theodore miał zwyczaj spędzać w niej letnie miesiące – odziany w przewiewną chlamidę podszczypywał służbę domową w kusych tunikach (z żoną sypiali w pięknych, lecz oddzielnych sypialniach), dopełniając tym samym niecodziennej rekonstrukcji starożytnej codzienności. Do Beaulieu-sur-Mer dojedziemy w kwadrans kolejką podmiejską z centrum Nicei.

Trzy muzea Jeana Cocteau
A skoro już będziemy w centrum Nicei i uda nam się umknąć przed niedosłyszalnym tramwajem na placu Masseny, koniecznie trzeba będzie zajrzeć do otwartego dopiero co właściwie (1990) muzeum sztuki współczesnej o wdzięcznym skrócie MAMAC. Gdyby ktoś jednak nie lubił sztuki współczesnej, ma jeszcze do wyboru na przykład muzeum Matissa (spory kawałek od centrum, piechotką jakieś 40 minut i to pod górkę). Najbliżej jednak i najwygodniej będzie zatrzymać się w pół drogi między Beaulieu a Niceą, w maleńkim portowym Villefranche-sur-Mer i obejrzeć pewną niezwykłą kaplicę, która do połowy ubiegłego wieku służyła miejscowym rybakom jako magazyn na sieci, połamane wiosła i ew. zmęczone upałem rybackie ciała, a której wnętrze następnie ozdobił rysunkami sam Jean Cocteau – rysunkami jak najbardziej „w duchu” miejsca: to sceny biblijne ze świętym Piotrem, dużą liczbą aniołów i rybaków. A komu byłoby mało jeszcze Cocteau, ten za jedyne 4 euro i w mniej niż pół godziny może się znaleźć – za sprawą francuskiej kolei szynowej – w uroczym Menton, przy samej granicy z włoskim Piemontem, a tam… dwa muzea poświęcone temu artyście: wiekową basztę (Bastion Musem) na samym wybrzeżu, otwartą w 1966 roku, trzy lata po śmierci Cocteau (sam jeszcze zdążył był położyć w niej autorskie mozaiki) oraz nowoczesne, stworzone przez Rudy’ego Riccottiego Jean Cocteau Museum otwarte zaledwie kilka lat temu na bazie kolekcji Severin Wunderman. Zależnie od przyjętej perspektywy i pory dnia muzeum przypomina słońce, pająka lub monstrualną sztuczną szczękę.

Fondation Maeght
Równie niedaleko Nicei, ale w zupełnie innym kierunku, przy drodze prowadzącej do znanego wszystkim miłośnikom Witolda Gombrowicza Vence, bezwzględnie zatrzymać się należy na wzgórzu górującym nad urokliwym średniowiecznym Saint-Paul de Vence, gdzie w latach 60. ubiegłego wieku małżonkowie Marguerite i Aimé Maeght ufundowali niewielkie i zupełnie niezwykłe muzeum. Budynek – dziś już całkiem nienowoczesny – otoczony jest przepięknym parkiem, w którym zresztą podziwiać możemy część ekspozycji rzeźbiarskiej. Co jednak najbardziej zachwyca – prócz świetnych prac Giacomettiego, Miró, Kandinskiego czy Caldera – to pomysł hiszpańskiego architekta Josepa Lluísa Serta: zaprojektował dach budynku, tak by poruszające się słońce równomiernie doświetlało ekspozycję przez okna dachowe. Dzięki temu wystawy obywają się bez sztucznego oświetlenia – nawet przy kiepskiej pogodzie. Miejsce czarujące, a dodatkowo nieodległe od Saint-Paul, gdzie warto odwiedzić którąś z regionalnych restauracji – no chyba że jest środek lata, wtedy nie znajdziemy tam miejsca nie tylko w lokalu, ale nawet na ulicy. Mieszkał tu i bodaj czy nie umarł Marc Chagall – jest to zarazem jedno z tych niezwykłych miejsc, z których można z góry podziwiać prowansalskie pejzaże.

Pracownia Cézanne’a
Ruszmy się jednak z Nicei – winiarskie serce Prowansji bije bowiem w Aix-en-Provence. A tam, kiedyś na rogatkach miasta, a dziś w jednej z bardziej zielonych, willowych dzielnic, znajdziemy rarytas dla miłośników malarstwa II połowy XIX wieku: niewielki pałacyk służący za pracownię Paula Cézanne’a. Artysta spędził w nim ostatnie cztery lata życia, kiedy to, po śmierci matki, postanowił wyprowadzić się z miasta i stworzyć sobie wygodne atelier. Do dziś możemy podziwiać oryginalne meble, które pozostały po Cézannie, podumać w ogromnej pracowni ze specjalnym, gigantycznym oknem, przy którym malował m.in. Piramidę z czaszek czy kolejne odsłony pobliskiej góry Saint-Victoire. Krajobraz nieco się tu zmienił przez ostatnie sto dziesięć lat, niemniej górę fascynującą Cézanne’a wciąż jeszcze można dostrzec – artysta zaprojektował nawet specjalną szczelinę w ścianie pracowni, przez którą bez trudu mógł wytaszczyć największy nawet obraz, by malować go w plenerze. Być może coś się zmieniło od mojej wizyty w atelier, ale dziesięć lat temu budynek był już niestety w dość opłakanym stanie – oto skutek przekazania go przez prywatnych właścicieli muzeum miejskiemu i uniwersytetowi w Aix.

Picasso w Antibes
Otóż w Antibes należy się przede wszystkim opalać. Plaże nie mają sobie równych, niewielu tu polskich turystów (dzieci krzyczą więc – a ich rodzice klną – w obcych językach, co dla ucha milsze i mniej rozpraszające), woda ciepła i obowiązkowo lazurowa. Nad jedną z takich plaż wznosi się coś na kształt warownej twierdzy, co jednak twierdzą już dawno nie jest, jest natomiast Muzeum Picassa. Picasso ma – rzecz jasna – wiele muzeów, to akurat nie jest największe ani może nawet najbogatsze (mieści około 250 dzieł mistrza), jest za to najstarsze. W twierdzy, zwanej dawniej Zamkiem Grimaldich (obecnych właścicieli księstwa Monako), Picasso mieszkał dobre pół roku. Muzeum podarował między innymi Radość życia, zaś w latach 90. ubiegłego wieku jego druga i ostatnia małżonka Jacqueline Roque zaopatrzyła je w kolejne dzieła. Kiedym dziesięć lat temu opalał się na plaży z widokiem na Château Grimaldi z własną drugą i ostatnią małżonką, muzeum było akurat w remoncie (remont trwał zresztą wówczas od jakiś trzech lat z okładem). Od tamtego czasu minęła już jednak dekada. Warto więc spróbować. Może otworzyli?