Przeciw poetom

Łukasz Modelski22.09.2017 07:51

Wino łagodzi obyczaje tylko do pewnego stopnia. Nigdy nie przypuszczałem, że to, w jaki sposób można o nim mówić, wywoła aż tak żywą – by nie rzec: dziką – dyskusję.

Zupełnie niezobowiązujący przyjacielski wieczór przy winach naturalnych i kaukaskim grillu skończył się wymianą podniesionych głosów. Start dość niewinny – przypomniałem zabawną ramotę Beli Hamvasa pt. Filozofia wina. Właśnie tak – jako zabawną ramotę i bombastyczną, nasyconą patosem amator­szczyznę. Podobny stosunek mam zresztą do osławionej Fizjologii smaku Brillat-Savarina, no ale przy Węgrze Francuz to jednak ostoja powściągliwości i krynica anegdoty. No bo jak traktować serio zdania w rodzaju: „Ów most między pierwszym a ostatnim dniem życia człowiek może przejść tylko w ekstazie. A tą ekstazą jest wino”? Albo: „Uroku [piciu wina] dodadzą chryzantemy, żółte, białe lub fioletowe, ustawione jesienią na stole, w wazonie. Zapamiętaj to koniecznie!”? Plus niewiarygodnie groteskowe próby umieszczenia wina w cyklu kosmicznym, apologia chrześcijaństwa jako bliskiego winu („[...] twierdzę, że szklaneczka wina to salto mortale ateizmu”) oraz ni stąd, ni z owąd wnikliwe studium uroków kobiecego ciała.

Przeciwieństwem tego bezkresnego diapazonu jest skromny, techniczny język opisu stosowany np. w notach degustacyjnych. Język zmierzający do posługiwania się uśrednionymi, powszechnie zrozumiałymi pojęciami, rezygnujący z nadmiernej metaforyki, przejrzysty.

I tu: zaskoczenie – zgromadzeni przy stoliku restauratorzy, dziennikarze winni i kucharze jęli się przekrzykiwać w sprawie... właściwego sposobu mówienia o winie. Dodajmy na marginesie, że przecież nawet „techniczny” degustacyjny opis zawartości kieliszka brnie w metaforę aż miło. Te „szaty”(brrr!), te „łzy”, te „nogi”, te „nosy”, to „ciało”! I nazwy aromatów i smaków – zupełnie przecież umowne (Jancis Robinson wspominała kogoś, kto odnalazł w kieliszku „smak grillowanego arbuza” i zachodziła w głowę, skąd też ów smak znał). Szczyt kuriozów to słowniki, które tłumaczą, co poszczególne metafory w języku opisu wina oznaczają. Gustują w nich Francuzi, którzy wpadli w spiralę paradoksu: język opisu musi być metaforyczny, ale metafora ta musi być przejrzysta, zrozumiała dla wszystkich i w dodatku zadekretowana jako język opisu. Uff.  „Budowa takiej piętrowej metafory jest nadmierna, to oczywiste” – myślę sobie. Ale nie – pewien restaurator i ze wszech miar godny szacunku działacz kulinarny z ogniem w oczach dowodził, że tylko język serca, tylko język zmysłowy, miłosny właściwie, jest dla opisywanego przedmiotu odpowiedni. Że nie ma dwóch takich samych win, że zawsze są okoliczności, towarzystwo, miejsce, nastrój, że to sprawy nieporównywalne, więc i sposób opisywania porównywalny z niczym być nie może. Że wspólny mianownik musi leżeć nie w cechach chemicznych, ale w nastroju pijącego. Podobałoby się to zapewne Beli Hamvasowi lubującemu się w bonmotach w rodzaju „Ostatecznie pozostaną dwie istoty – Bóg i wino”. Inni z kolei, że nie, przeciwnie – anglosaska precyzja, transparentność itd.

Mnie osobiście bliższe jest to drugie podejście – nie rozumiem subiektywnych odczuć kogoś, kto mnie o nich po prostu informuje. Nie bardzo chce mi się dochodzić tego, co znaczy, że „w kieliszku jest przygoda”, albo inna „łaska”. Cenię chłód oceny, lubię sposób, w jaki – powiedzmy - Thierry Dessauve mówi po degustacji „Wybitne!”. I żaden mięsień nie drga mu na twarzy.

Język wina nie jest językiem poezji. Przy okazji – czy ktoś zna jakiś naprawdę dobry wiersz poświęcony winu (ale winu jako głównemu, a nie przygodnemu bohaterowi, żadnych „klaruj swe wina”, czy „pijąc salerno”)? Nie? Może warto byłoby się nad tym zastanowić? Może ryzyko osunięcia się w czeluść bezdennej grafomanii powstrzymuje poetów przed podjęciem tego wyzwania. Choćby i „pili słońce” czy inne takie.

Jest jednak coś, co każe mi na moment posłuchać kontrargumentów. Wino ma w historii opinię produktu podejrzanego, niebezpiecznego, dziwnego (w wieku XVII na moment zastąpią je w tej roli pomidory), czasem szatańskiego, niewątpliwie niedookreślonego. „Przy piciu wina nie bądź zbyt odważny, albowiem ono zgubiło wielu” powiada z rezerwą Eklezjastyk na ogół napojowi przychylny. I tak rzeczywiście pozostaje na wieki – czy to brak precyzyjnego języka opisu procesów chemicznych, czy smaku, stawia wino w półmroku i każe traktować jako nieopisywalne. Rozumiem was zatem, poeci nieprzeniknionego winnego gadulstwa. Może i historia jest po waszej stronie, kto wie.

Dopiliśmy naturalny langwedocki różowy syrah Colombette, dokończyliśmy grillowane bakłażany oraz wybitne, pachnące dymem karczochy i rozeszliśmy się niepogodzeni, bez szans na konsens, mimo opróżnionych wcześniej kilku bardzo przyjemnych butelek. Czyje będzie na wierzchu – jeszcze zobaczymy. W końcu „nie miecz, nie tarcz bronią języka, lecz arcydzieła” – wiadomo. Winiarze, to chyba do was!

Czas Wina nr 88

Zdjęcia

Komentarze

musicparadiseprodownloader / 26.09.2017 18:24

Everything is cool, thanks for writing interesting articles. In gratitude, I refer to the download application

EssayWriter / 16.11.2017 06:57

It cleared that all the old orders and bewilderments. Individuals never again trusted that lineage or religion decided their status in life. Everybody was the same as every other person.

Twój komentarz
FB