Przełomy nad Mozelą

Łukasz Wojnarowicz26.10.2015 22:22

Środek kwietnia to czas, gdy niemieccy winiarze znad Mozeli wykorzystują swoje wszystkie trzy dni urlopu, które przysługują im w ciągu całego roku. Rocznik 2014 w większości został już zlany do butelek, a winnice oczekują wiosennego przebudzenia.

Sił na nowy rok trzeba przygotować dużo, ponieważ przybywa nieznanych wcześniej wyzwań, dopełniających i tak już bardzo długą listę obowiązków.

Fot. Łukasz WojnarowiczNajwiększą niewiadomą jest wpływ ocieplenia klimatu. Od dekady we wszystkich niemieckich regionach winiarskich zachodzą nienotowane wcześniej zjawiska pogodowe i zauważalny jest wyraźny wzrost temperatury. Powoduje to trudne do przewidzenia zaburzenia wielowiekowej harmonii i powtarzalności cyklu wegetacyjnego. Z jednej strony jest to mile widziane, bo nie zdarzają się już całkowicie stracone roczniki z powodu mrozów i deszczowego lata, z drugiej gwałtowne burze z gradem lub zbyt gorące miesiące letnie mogą zniszczyć całe winnice.
W ostatnim roczniku największą plagą były muszki owocówki z gatunku Drosophila suzukii. Już nie tysiące, ale miliony tych małych koneserów rieslinga zadomowiło się nad Mozelą, w ciągu kilku dnia psując większość owoców w winnicy. Walka z wiatrakami wydaje się bardziej kuszącą propozycją niż trzebienie tej czarnej hordy owadów. W efekcie wielu producentów musiało wzmóc selekcje gron i z goryczą liczyć straty. Także pogoda podczas samych zbiorów nie dopisała. Mokre miesiące sprzyjały rozwojowi czarnej pleśni i gniciu gron na krzaczkach. Zmusiło to większość mozelskich winiarzy do przyspieszenia działań.

Lepsi od najlepszych

– Robienie wina to nie zawody – przytomnie podsumował Thomas Haag podczas kolejnej z niesamowitych degustacji. W tonacji luźnej elegancji, jaką sam sobą prezentował, robienie wina w Mozeli wydaje się rozmową między przyjaciółmi o dużej kulturze osobistej. Za tą pogodną wizją kryje się jednak niewiarygodnie ciężka praca w winnicach o nachyleniu dochodzącym do 60 stopni. W zeszłym roku zbiór w jednej z winnic skończył się śmiertelnym wypadkiem, co niestety jest przykrą regułą. Widoki znad i spod winnicy mogą przyprawić o zawrót głowy. Dla osób z aero- i akrofobią, to nie są zdrowe okoliczności przyrody. Wszechobecny łupek zmienia tony swojej barwy wzdłuż kolejnych siedlisk. Terroirs jest tu prawie tyle samo, ile muszek owocówek wykluło się w poprzednim roku. Najlepsze są z daleka widoczne, dzięki hollywoodzkim napisom na skarpach. Ich mnogość myliła czasem nawet naszych niemieckich gospodarzy. Trudno mieć to im za złe, ponieważ złożoność nazw, z nieskończonością liczby kombinacji między poszczególnymi członami wymaga pojemnej pamięci.

W poszukiwaniu zrozumienia
Fot. Łukasz WojnarowiczRóżnorodność ma tu na szczęście jeden mianownik, a jest nim riesling. Szczep, którego wielorakość zastosowań jest właściwie nie do prześcignięcia. Portofolio każdego winiarza to minimum 20–30 pozycji. Jednak kogoś, kto po prostu szuka dobrego wina dla siebie, od tego nadmiaru może rozboleć głowa. German Wine Academy, odpowiedzialna za promocje niemieckiego wina na świecie, postawiła sobie za jeden z głównych celów skrócenie czasu lektury etykiet niemieckich win. Akademia niczego nie narzuca producentom, ale tłumaczy, jak można stać się lepiej rozumianym i rozpoznawalnym na rynku. Spotkania przez nią organizowane to prawdziwa agora wymiany punktów widzenia. Uczą się zarówno goście, jak i gospodarze. Większość uczestników wiosennej wizyty nad Mozelą i tak już od dawna posiada legitymacje partii zwolenników rieslinga, więc etap przekonywania do niego można było spokojnie odhaczyć. Korzyści są obopólne, być może nawet z wyraźniejszym wskazaniem na winiarzy, którzy mogą się dowiedzieć, jak oni sami oraz ich wina są widziani i w jaki sposób interpretowani na świecie. Zaś dla aspirujących do członkostwa w partii odświeżenie etykiet może być zachętą do odkrycia Mozeli na nowo, albo po raz pierwszy. Każda, nawet tak długa droga, jaka prowadzi do poznania rieslinga, zaczyna się od pierwszego kroku.

Niemiecka uczciwość
Skomplikowany system klasyfikowania mozelskich win według „predykatów”, Grosses Gewächs etc. to kolejny przejaw niemieckiej potrzeby regulacji. Jednak w przeciwieństwie do niewiarygodnej dowolności włoskich DOC i DOCG, różnice w jakości są zauważalne na każdym poziomie. To uczciwe podejście do klienta zasługuje na podkreślenie i naśladownictwo. Tu nikt nikogo nie naciąga, ale oferuje adekwatną cenę za solidnie zrobione wino. Nikt nie traci przy tym jednak swojej indywidualności i charakteru. Terroirs jest niewiarygodnie dużo, filozofii produkcji też.
Fot. Łukasz WojnarowiczHelmut Plunien z winnicy Vols stosuje tylko naturalne drożdże. To ryzykowne, ale stoicki spokój tego majestatycznego człowieka każe mu rozłożyć ręce i powiedzieć, że one po prostu potrzebują więcej czasu. Rzeczywiście, jego młode wina są jeszcze bardzo zamknięte, ale starsze oferują nieprawdopodobne doznania. Plunien posiada też parcele z dziewięćdziesięcioletnimi Vitis vinifera vinifera na własnym systemie korzennym. A to duża rzadkość w pamiętającej wciąż katastrofę filoksery Europie.
Młodzi winiarze ze stowarzyszenia Moseljünger stoją (jak to zwykle młodzież) w awangardzie eksperymentowania i ucierania nosa bardziej konserwatywnym producentom. Ich wina są perfekcyjne w swojej ekspresywności, czytaj: nie przechodzi się koło nich obojętnie. Szukają też innych odmian poza rieslingiem. Wracają do tradycyjnych braci mniejszych hegemona lub wprowadzają zupełnie nowe. W ich winnicach rosną graüburgunder, elbling, sauvignon blanc, weisserburgunder oraz wschodząca gwiazda regionu – spätburgunder.

Czerwona Mozela
Jej ojcem chrzestnym z przymrużonym okiem mógłby być Karl Marx urodzony nomen omen nad Mozelą, w Trewirze. Spätburgunder, czyli pinot noir, głosi hasła padające na podatny grunt mas pracujących ludu mozelskiego. Korzystając ze wsparcia międzynarodowego, ocieplenia klimatycznego, w ostatniej dekadzie XX wieku rozpoczął pochód, który dziś jest już wiecem i szykowany jest jego manifest. To brzmi dziwnie, ale to prawda. Burgundzkie butelki z napisem Mosel i czerwoną zawartością wyglądają niecodziennie, ale oferują fascynujące i wielowątkowe wina. To jednak wciąż etap prób i ślepe zaułki są nie do uniknięcia, zwłaszcza jeśli kogoś cechuje zbyt duża ufność w nowe beczki. Część wykładów zorganizowanych przez Akademię była w tym roku poświęcona rosnącemu znaczeniu spätburgunderów, co jest pochodną ocieplenia klimatu, a także rosnącego zainteresowania rynku niemieckiego tymi winami.
Nowe szuka swojego miejsca, ale nie w sposób, w jaki widziałby to Karl, i żadna walka klas się tu nie toczy. To dżentelmeńska rozmowa, która odbywa się nad leniwymi wodami meandrującej Mozeli.

Czas Wina nr 76

Zdjęcia

FB