Razem na rozstaju - winnice Płochockich

Wojciech Bosak / 14.07.2010 09:38

Od swojego debiutanckiego rocznika 2005 Barbara i Marcin Płochoccy zaliczają się do ścisłej czołówki polskich winiarzy. Z początkiem tego roku znów pisano o nich w branżowej prasie i na forach winiarskich.

Ich wina znalazły się w sklepach i restauracjach. I choć nie jest to pierwsza polska winnica, która rozpoczęła taką oficjalną sprzedaż, to ich przypadek jest na swój sposób szczególny.

Wina Płochockich wyróżniły się podczas I Konwentu Polskich Winiarzy w 2006 roku. Zaskakująco profesjonalne, przemyślane, bezbłędnie wykonane i wykończone w każdym szczególe były niewątpliwie największym odkryciem tej imprezy. Wszyscy byli zgodni – te butelki z powodzeniem mogłyby znaleźć się na rynku! A potem z roku na rok było już tylko lepiej.

Dwa siedliska

Swoją pierwszą, niewielką winnicę założyli Płochoccy w 2002 roku w Gliniku koło Jasła i tym samym – choć warszawiacy – dołączyli do kółka pionierów podkarpackiego winiarstwa skupionych wokół Romana Myśliwca. Okazało się jednak, że takie przedsięwzięcie 350 kilometrów od domu i pracy jest zbyt dużym wyzwaniem, tym bardziej, że zaczęli bardzo poważnie traktować swoje winiarskie pasje.

Dlatego Basia i Marcin zdecydowali się na kupno kilkuhektarowego gospodarstwa w Darominie pod Sandomierzem – to już „zaledwie” 170 kilometrów od podwarszawskich Siedlisk, gdzie mieszkają – i w 2006 roku zaczęli tam sadzić kolejną winnicę, już z myślą o komercyjnej produkcji wina. – To nie tylko bliżej, ale również samo miejsce wydaje się lepsze – chwalił się wtedy Marcin.

Zeszłej wiosny mogłem się o tym przekonać, degustując in situ dziewiczy plon z daromińskiej winnicy. Choć rocznik 2008 nigdzie w Polsce nie był dobry, to na tym lessowym płaskowyżu górującym nad doliną Opatówki winogrona nieźle dojrzały i wina były wyraźnie lepsze od polskiej przeciętnej (co potwierdziła porównawcza degustacja podczas IV Konwentu).

We wrześniu 2008 Płochoccy zarejestrowali urzędowo produkcję winiarską.

Dziś Basia i Marcin uprawiają na odległość 30 arów w Gliniku i ponad dwa hektary w Darominie (docelowo mają tam być cztery hektary), a w piwnicy podwarszawskiego domu prowadzą wcale niemałą produkcję wina, zgodnie z wymogami przepisów i rozlicznych inspekcji. A do tego oboje pracują na etatach.

Rubikon

– Musimy teraz zdecydować, co dalej. Albo zajmiemy się wyłącznie winem, albo damy sobie z tym spokój, bo taka praca w szerokim rozkroku, to nie jest recepta na życie. Ale wcześniej chcielibyśmy wiedzieć, jak i za ile nasze wina będą się sprzedawać. To jest taki próbny rok – mówi Marcin. Na razie butelki z ich etykietą pojawiły się w paru miejscach, między innymi w bardzo wysoko cenionej restauracji warszawskiego hotelu Le Régina oraz w pierwszym w Polsce winnym spa Głęboczek.

A nie są to łatwe decyzje. Wszystkie, jak dotąd większe przedsięwzięcia winiarskie w Polsce, także te z założenia komercyjne, funkcjonują dzięki zewnętrznemu wspomaganiu – sporym pieniądzom zarabianym w inny sposób bądź też wsparciu potężnych instytucji (jak winnica UJ w Łazach). Dlatego mogły one sobie dotąd pozwolić na różne eksperymenty – nawet błędy – i długo czekać na pierwszy zysk.

Płochoccy nie dysponują takim finansowym marginesem bezpieczeństwa. To pierwsi w Polsce ludzie, że tak powiem, średniej fortuny, którzy odważyli się wejść w pełnoetatowy winiarski interes i zamierzają utrzymywać się wyłącznie z produkcji wina. Ich biznesplan musi się dopinać w najdrobniejszych szczegółach, bo albo im się uda, albo zostaną bez środków do życia.

– I tak nie wycofamy się już z winiarstwa – wtrąca Basia – bo to nie jest tylko pomysł na zarabianie pieniędzy. Przez winorośl i wino weszliśmy w inny świat i poznaliśmy wielu fantastycznych ludzi. To jest jak magia!

Idzie wiosna w Darominie

– Za parę miesięcy ruszamy z budową – opowiadają Płochoccy i z przejęciem pokazują projekt świeżo opatrzony urzędowymi pieczątkami. Wśród zabudowań starego gospodarstwa w Darominie ma się pomieścić cała produkcja wina, sala degustacyjna, parę pokoi agroturystycznych i... sklep-hurtownia. To nie żart, aby sprzedawać wino w naszym kraju trzeba spełnić bardzo ostre sanepidowskie normy dotyczące warunków lokalowych.

– Właśnie z powodu tych norm musimy na razie sprzedawać całą produkcję przez hurtowników i już widzimy, jak to komplikuje sytuację – ciągnie swoją opowieść Marcin. – Liczymy zwłaszcza na sprzedaż bezpośrednią, prosto do konsumenta, dlatego musimy czym prędzej uruchomić własny hurt i detal dla naszych win – dodaje. – I pewnie wkrótce przyjdzie nam zrezygnować z pracy i wynieść się na wieś – uzupełnia wypowiedź męża Basia – choć nie wiem, jak się w tym odnajdziemy, bo to będzie całkowita odmiana. Inne miejsce, inne tempo, inni ludzie.

– Jak to! – ripostuje Marcin – Przecież będziemy robić wino, NASZE autorskie wino, bo wiesz – to już było rzucone do mnie – Basia ma lepszy nos do wina niż ja...

 

Czas Wina nr 45

Zdjęcia

Twój komentarz