Salta - gdzieś, na końcu świata

Dorota Romanowska15.05.2017 15:10

Trudno uwierzyć, że są na ziemi jeszcze takie miejsca. Niezepsute przez cywilizację, jakimś cudem niezadeptane przez tabuny turystów, choć na każdym kroku urzekające nieprawdopodobną urodą i przebogatą, niekoniecznie powszechnie znaną, historią.

Krainy, gdzie czas płynie leniwie, a rytm życia wyznaczają zmieniające się pory roku, a nie wyprzedaże w wielkich centrach handlowych.

Fot. Dorota RomanowskaAmeryka Południowa to kontynent, gdzie wciąż jeszcze można znaleźć takie zakątki. Fascynujących pod wieloma względami miejsc tu nie brakuje, tyle że podczas gdy niektóre, takie jak Peru czy Boliwia, figurują w programach zdecydowanej większości wycieczek udających się w tamte strony, inne – na przykład bezdroża Salty, prowincji w północno-zachodniej Argentynie – wciąż są w świecie stosunkowo mało znane. Z jakiś trudnych do pojęcia przyczyn przed mieniącymi się kolorami formacjami skalnymi zatrzymuje się niewiele turystycznych busów czy samochodów osobowych. Wielkich autokarów w tych okolicach praktycznie nie widuje się wcale. Administracyjną stolicę prowincji – Saltę – od niewielkiego miasteczka Cafayate dzieli niecałe 200 kilometrów, ale miłośnikom niecodziennie pięknych widoków i fotografowania pokonanie tej odległości może zająć i cały dzień. Gdzie jak gdzie, ale w miejscu noszącym nazwę Quebrada de Cafayate lub Quebrada de las Conchas na pewno nie należy się śpieszyć. W spokoju warto nacieszyć oczy widokiem skał przybierających rozmaite kształty – jest wśród nich Obelisk, monumentalnych rozmiarów Ropucha, Tonący Titanic, Gardziel Diabła, a nawet spory Amfiteatr, gdzie na gitarze przygrywa lokalny grajek, dowodząc, że akustyka tego niecodziennego tworu skalnego jest bez zarzutu. A do tego niewyobrażalna paleta barw – mocny róż, niekiedy wręcz wpadający w czerwień, pomarańcz, rozmaite odcienie szarości i żółci skał, z którymi mocno kontrastuje soczysta zieleń niskich zarośli w pobliżu przepływających tu niewielkich rzek i błękit nieba. Gdzieś w oddali dostrzec można spokojne wioski, których wzniesione z adobe, kryte strzechą zabudowania fundują przybyszom prawdziwą podróż w czasie.

Niepokorny duch
Fot. Dorota RomanowskaTen na poły pustynny, niemal wyludniony dziś obszar poszczycić się może szczególnie bogatym dziedzictwem kulturowym. Pierwszymi mieszkańcami tych ziem, około 1000 roku przed Chrystusem, były prymitywne ludy trudniące się hodowlą i rolnictwem. Potem pojawili się przybysze z Andów, którzy osiedlili się w tutejszych wysoko położonych dolinach. Z biegiem czasu ludy te zaczęły być znane jako przynależne do kręgu kulturowego Diaguita-Calchaquí. W XV wieku m.in. obecne terytorium prowincji Salta zostało nie bez sporych problemów podbite przez Inków i weszło w skład Collasuyu – największej z czterech dzielnic tworzących ogromne inkaskie imperium Tawantinsuyu. Nie na długo – gdyż już w XVI wieku pojawili się tu Hiszpanie, po raz kolejny rozpoczynając, by rzec eufemistycznie, proces wymiany kulturowej. Tyle że także im, podobnie jak wcześniej Inkom, tutejsi mieszkańcy bynajmniej nie zamierzali dać się podporządkować bez walki. Ponad stuletni okres (1560–1667) zmagań między Imperium Hiszpańskim a Konfederacją Diaguita do historii przeszedł jako wojny calchaquíes. Ostatecznie wygrali Hiszpanie, którzy podzielili i deportowali tubylców, doprowadzając do niemal całkowitego wyludnienia tradycyjnie zamieszkiwanego przez nich obszaru. Obecnie ponad 60 tysięcy hiszpańskojęzycznych mieszkańców argentyńskich prowincji Catamarca, Tucumán, La Rioja, Santiago del Estero i Salta uważa się za przynależnych do tej grupy etnicznej. Będąc w Cafayate warto pokonać dystans około 50 km w kierunku południowym, by odwiedzić święte miasto Quilmes – jedno z ostatnich miejsc walk tubylców z najeźdźcami – dziś symbol oporu narodu Diaguita przeciwko obcej inwazji. Tutaj, wśród olbrzymich, kilkusetletnich kaktusów kandelabrowych, za pośrednictwem kamiennych ruin daje o sobie znać bogata historia tych ziem. Doprawdy, jest nad czym podumać.

Na wysokościach
Fot. Dorota RomanowskaOkolice malutkiego Cafayate to dziś prawdziwe winiarskie zagłębie Salty. Tutejsze winnice położone są wysoko, czasami, jak w wypadku Finca Altura Máxima, należącej do bodegi Colomé – nawet powyżej 3000 m n.p.m. Chociaż w odległości o rzut beretem od miasteczka nie brak zarówno historycznych, jak i bardzo nowoczesnych, pięknie usytuowanych winiarni, obowiązkiem każdego przybysza powinno być odwiedzenie bajkowo położonej na prawdziwym odludziu Estancia Colomé. Co prawda winogrady znajdujące się w bezpośrednim sąsiedztwie bodegi rosną „zaledwie” na wysokości 2300 m n.p.m., i tak na zawsze zapadają w pamięć wraz z panującą tu odrealnioną atmosferą. Tego typu miejsc nie sposób wymazać z pamięci. Z Cafayate prowadzi tu mityczna droga krajowa nr 40, która akurat na terenie tej części prowincji Salta na długości kilkuset kilometrów pozbawiona jest asfaltu, tym samym dodatkowe doznania natury fizycznej mamy niejako w pakiecie. Trakt wije się wśród niemal całkiem bezludnych, czasami tylko porośniętych chaszczami i kaktusami wzgórz, by po kilku godzinach przywieść przybyszów do raju na ziemi. Gdyby nie to, co czeka podróżujących podczas dalszej drogi, np. do przecudnego, kolonialnego Cachi, można by było pomyśleć o zatrzymaniu się tu na kilka dni. Szczególnie że są po temu warunki w postaci ekskluzywnego, butikowego hotelu. Spokój i odpoczynek – murowane.

Krajobraz księżycowy
Decydując się na kontynuowanie podróży, można spokojnie nastawiać się na wyjątkowe doznania natury estetycznej; nawet przy bardzo wysokich oczekiwaniach nikt nie powinien być zawiedziony. Na przestrzeni millenniów natura nieźle w okolicy poszalała, tworząc krajobraz jak nie z tego świata. Tutejsze niemal białej barwy skały, ostro zakończone i skierowane w intensywnie błękitne niebo, przywodzą na myśl strzały i takim właśnie mianem ochrzczono nieprawdopodobny wąwóz, który przyjdzie turystom przemierzyć – Quebrada de las Flechas. Niezawodna droga krajowa numer 40 (w dalszym ciągu bez asfaltu) prowadzi do malowniczo położonego na odludziu u stóp Cerro Overo kolonialnego miasteczka Molinos. Założona w połowie XVII wieku osada swego czasu była najważniejszym ośrodkiem w Dolinie Calchaquí i aż do początków XX wieku leżała na najważniejszym szlaku handlowym prowadzącym z Salty do Chile. Dziś Molinos to z lekka ospałe, zatrzymane w czasie miasteczko, zachwycające niebywałym spokojem.

Biskupie serpentyny

Fot. Dorota RomanowskaJedna z najbardziej spektakularnych dróg w Argentynie ma długość 20 kilometrów i wije się między niezliczoną ilością malowniczych wzgórz. Niemal tysiąc metrów dzieli miejsce, od którego liczy się jej początek – Piedra del Molino – i Pie de La Cuesta, gdzie się kończy. Swą nazwę – Cuesta del Obispo – zawdzięcza biskupowi Tucumán, Julianowi de Cortázar, który podróżując w 1622 roku z Salty do Cachi zmuszony był przenocować w okolicy, przebywszy zaledwie połowę tej zachwycającej trasy. W epoce kolonialnej, a praktycznie aż do początków XX wieku, podróż z Salty do Molinos, czyli pokonanie odległości 210 km, zabierała co najmniej trzy dni. Obecnie, wyjeżdżając ze stolicy prowincji, w takim czasie jesteśmy w stanie zrobić po okolicy zachwycającą pętlę długości ponad 500 kilometrów, odwiedzić i zażyć relaksu w jednym z najbardziej niesamowitych winiarskich miejsc świata, na dobre oderwać się od zabieganej współczesnej rzeczywistości oraz nasycić wzrok zapierającymi dech w piersiach krajobrazami. A także dobitnie uzmysłowić sobie, jak niewyobrażalnie wielka jest siła oddziaływania nieskażonego piękna natury.

Czas Wina nr 85

Zdjęcia

Komentarze

Link / 24.05.2017 08:17

Thanks to the author for the article! Very pleased!

relliqueslink / 18.07.2017 08:53

Great Article it its really informative and innovative keep us posted with new updates. its was really valuable.replliques montres very good.

Twój komentarz
FB