Światło południa

Langwedocja-Roussillon to idealne miejsce na wakacyjny wypoczynek. Słynie z południowego słońca, piaszczystych plaż, pięknie położonych zabytkowych miasteczek oraz prawdziwie śródziemnomorskich krajobrazów obfitujących w winoroślVitis vinifera.., gaje oliwne, cyprysy i zioła. Oferuje także wielką różnorodność uwodzących cudowną miękkością i świeżą owocowością win.

Region ten powstał w latach 80. ubiegłego wieku w wyniku dość sztucznego połączenia dwóch historycznych prowincji – Dolnej Langwedocji ze stolicą w Montpellier oraz położonej w głębi lądu Górnej Langwedocji – górzystej, słabo zaludnionej, nieujarzmionej  krainy, zdecydowanie odbiegającej wyglądem i charakterem od zalanych słońcem obszarów  nizinnych. Górna Langwedocja, której tereny leżą średnio na wysokości około 88 m n.p.m., zachwyca olbrzymimi, niezagospodarowanymi przestrzeniami idealnie nadającymi się do samotnych górskich wędrówek i nielicznymi, malutkimi miasteczkami, gdzie spokojny tryb życia mieszkańców niemal nie uległ zmianie na przestrzeni wieków.
fot. shutterstock / Uhryn LarysaPołożone przy granicy z Hiszpanią, u podnóża Pirenejów, Roussillon długo, bo do 1659 roku, należało do Katalonii i po dziś zachowuje w pewnym sensie kataloński charakter. Niektórzy wciąż nazywają ten obszar „Północną Katalonią”, a wśród starszych mieszkańców w użyciu nadal jest język oksytański, pomimo wielowiekowych wysiłków Paryża mających na celu wykorzenienie go. Z wieloma osobami można też porozumieć się po katalońsku lub po hiszpańsku. Już choćby przez ten fakt każdy odwiedzający Langwedocję-Roussillon przybysz zauważy ogromną różnicę pomiędzy tym południowym, przecudnej urody zakątkiem a resztą kraju, w której raczej nikt nie będzie zadawał sobie trudu, by porozmawiać z nami w języku innym niż francuski.
W Roussillon dotychczas płaskie wybrzeże dość gwałtownie przechodzi w skaliste, gdzie wyrosły miejscowości wypoczynkowe, a wśród nich tak znane jak Collioure, której wyjątkowe światło i kolory zwabiły swego czasu Matisse’a, Picassa, a potem i innych artystów, czy Ba­nyuls słusznie kojarzone z fantastycznymi, słodkimi winami, jednymi z najlepszych w swej kategorii. Historycznym centrum Langwedocji była położona na południowym zachodzie Tuluza, która w wyniku nowego podziału administracyjnego Francji znalazła się poza tym regionem.

Krótka historia wybrzeża
Chociaż obecnie Langwedocja poszczycić się może kilometrami wspaniałych piaszczystych plaż i świetnie rozwiniętą infrastrukturą turystyczną, jej wybrzeże praktycznie do XX wieku było bardzo słabo zaludnione. W bezpośrednim sąsiedztwie znajdowały się bowiem rozległe obszary podmokłe, co sprzyjało rozmnażaniu się komarów i czyniło te tereny trudnymi do zamieszkania. Oprócz najbardziej wysuniętych na południe ziem, gdzie Pireneje schodzą do morza, jedynym znaczącym miastem na wybrzeżu było Sète – port rybacki i handlowy. Z biegiem czasu bagna zostały osuszone, a w latach 60. ubiegłego wieku zaczęły powstawać tu liczne ośrodki turystyczne, hotele i pola namiotowe, a wybrzeże zwane „ametystowym” stało się popularnym wśród Francuzów miejscem spędzania wakacji.  

Między morzem a niebem
fot. shutterstock / Elena DijourNiewiele miejsc na świecie może pochwalić się specyfiką choćby zbliżoną do tej, którą oferuje Camargue – zajmujący około 930 km2 obszar słonych bagien w największej delcie rzecznej Europy będącej dziełem Rodanu. Tutejsze bagna stanowią punkt tranzytowy dla setek tysięcy migrujących ptaków, dlatego wiosną i jesienią ściągają tu masowo ornitolodzy z całej Europy. Zwykli turyści przyjeżdżają przez cały rok, by podziwiać lokalną florę i faunę, ze szczególnym uwzględnieniem tysięcy różowych flamingów.
Podczas gdy są one najbardziej emblematycznymi ptakami dla Camargue, obszar ten rozsławiły w przeszłości siwe konie jednej z najstarszych ras na świecie, żyjące w tym bardzo specyficznym bagiennym środowisku na przestrzeni tysięcy lat. Jedynym ich pożywieniem były twarde trawy, trzcina i solanka kolczysta. Surowy klimat z niezwykle z upalnymi latami i mroźnymi zimami wpłynął na ogromną wytrzymałość zwierząt. Wszystkie są maści siwej, bardzo zwinne i odważne. Do dziś niektóre żyją w stanie na wpół dzikim, ale znaczna część wykorzystywana jest przez jedynych europejskich kowbojów zwanych gardiens do zaganiania stad charakterystycznych dla regionu czarnych byków, gdyż konie te doskonale radzą sobie nawet z najbardziej agresywnymi zwierzętami. Inna forma ich użytkowania to rajdy terenowe; wielu wyraża przekonanie, że dziką przyrodę najlepiej jest kontemplować z perspektywy końskiego grzbietu.
Oprócz swych flamingów, koni i byków Camargue znane jest także z soli i ryżu uprawianego na tych terenach od czasów średniowiecznych. Obecnie szacuje się, że jest tu około dwustu jego producentów. Pola ryżowe zajmują ponad 20 tysięcy hektarów, a pozyskiwany z nich ryż stanowi około pięciu procent europejskiej produkcji tego zboża.

Perła w koronie
Na terenie Francji nie brak budowli wzniesionych w stylu romańskim, jednak niektóre z nich wywierają na turystach wrażenie zupełnie wyjątkowe. W tej grupie zdecydowanie plasuje się malowniczo położone w górach Corbières opactwo cysterskie Fontfroide, gdzie wspaniała, późnoromańska architektura i niepospolitej urody, nieokiełznana przyroda tworzą prawdziwie niezapomniany duet. Ufundowane w 1093 roku przez wicehrabiego Narbony opactwo z czasem weszło w posiadanie wielkich obszarów ziemi, co gwarantowało mu bogactwo i odpowiedni status. W epoce walk z herezją katarską było ostoją wiary katolickiej. W 1901 roku w wyniku uchwalenia przez parlament francuski ustawy mającej na celu m.in. kontrolę zgromadzeń zakonnych, które musiały otrzymać pozwolenie na działalność, doszło do rozproszenia trzydziestu tysięcy zakonników, a wśród nich i mnichów z Fontfroide, którzy udali się do Hiszpanii.
fot. Dorota RomanowskaWspaniałe, wzniesione z wielkim rozmachem romańskie zabudowania pozostawiono własnemu losowi. Chociaż uznano je za obiekt o historycznym znaczeniu, państwo nie miało zamiaru go utrzymywać, wskutek czego zostało wystawione na sprzedaż. Niewiele brakowało, a wpadłoby w szpony amerykańskiego rzeźbiarza George’a Greya Barnarda rezydującego w owym czasie we Francji. Barnard zajmował się kolekcjonowaniem średniowiecznych budynków, które potem rozbierał na części i kawałek po kawałku wywoził do Stanów Zjednoczonych z zamiarem stworzenia w Nowym Jorku muzeum sztuki średniowiecznej Europy.
Niemal w ostatnim momencie ten niewątpliwy klejnot Langwedocji został ocalony. Posiadłość z bezcennymi średniowiecznymi zabudowaniami zakupił dobrze znany miejscowy, bo urodzony w Béziers, artysta i kolekcjoner, posiadacz ziemski i zapalony winiarz w jednej osobie – Gustave Fayet i jego małżonka Madeleine d’Andoque. Zafascynowany malarstwem Degasa, Maneta, Moneta i Pissarra Fayet kupował ich dzieła. Był także kluczowym nabywcą prac Gaugina. Część swej fantastycznej kolekcji sprzedał po wejściu w posiadanie Fontfroide w 1908 roku, kiedy to zajął się pochłaniającą ogromne sumy i trwającą dziesięć lat renowacją obiektu. Zamiarem nowego właściciela była nie tylko odbudowa zniszczonego opactwa; postanowił darować mu drugie życie i stworzyć w Fontfroide ośrodek sztuki i salon muzyczny.
Wielu znanych artystów malarzy, rzeźbiarzy i muzyków, łącznie z Maurice Ravelem, odwiedzało Fontfroide w owym czasie. Fayet zamówił witraże do kaplicy u Richarda Burgstahla, a Odilona Redona poprosił o udekorowanie dwóch ścian w olbrzymim pomieszczeniu docelowo mającym pełnić funkcję biblioteki. W ten sposób w Fontfroide pojawiły się olbrzymie malowidła zatytułowane Dzień i Noc.
Wspaniała posiadłość, do chwili obecnej pozostająca w rękach rodziny, udostępniona jest do zwiedzania. W ramach standardowej trasy można zobaczyć kaplicę, refektarz, wewnętrzny dziedziniec i ogród różany, a więcej, jeśli trafimy na wystawę sztuki lub koncert muzyki klasycznej – zapoczątkowane przez Gustave’a Fayeta tradycje kontynuuje bowiem kolejne pokolenie rodziny. Dodatkowo mieści się tu świetna restauracja, gdzie do posiłków podawane są tworzone w posiadłości wina. Pełna harmonia, nic dodać, nic ująć. Zobaczyć to miejsce trzeba bez dwóch zdań.

Kraj katarów
Trzydzieści lat temu nikt nie słyszał o „kraju katarów” i nie jest to dziwne, jako że termin ten praktycznie jeszcze wówczas nie istniał. Chociaż katarowie umościli sobie miejsce w zbiorowej pamięci za sprawą wielotomowej Historii albigensów opublikowanej przez Napoleona Peyrata – pastora reformowanego Kościoła francuskiego – w latach 70. XIX wieku, to sformułowania „kraj katarów” pierwszy raz użyła w drugiej połowie XX wieku agencja turystyczna z departamentu Aude w południowej Francji. Celem było podkreślenie  związku pomiędzy licznymi zabytkami będącymi niemymi świadkami oblężeń i masakr, które naznaczyły burzliwą historię regionu w XII i XIII wieku.
fot. shutterstock /  Alla KhananashviliKatarska herezja – pacyfistyczna odmiana chrześcijaństwa głosząca tolerancję i ubóstwo – nabrała znaczenia w połowie XII wieku, kiedy Europa otrząsnęła się z trwającego setki lat szeroko pojętego zastoju. Był to czas zmian, eksperymentów i poszerzania horyzontów. Nastała epoka duchowych poszukiwań, w wyniku których często odnajdywano się poza strefą wpływów Kościoła katolickiego. Kataryzm rozkwitał w regionach położonych na krańcach średniowiecznych szlaków – w handlowych miastach Półwyspu Apenińskiego, Szampanii i Nadrenii, a w szczególności bujnie rozwinął się w rodowych posiadłościach i niezależnych miastach tworzących w końcu XII wieku Langwedocję.
Losy katarów i tego konkretnego obszaru okazały się być najściślej ze sobą związane, gdyż to w Langwedocji heretycy odnosili największe sukcesy, pozyskując adeptów we wszystkich grupach społecznych, począwszy od górskich pasterzy, poprzez żołnierzy z wyżyn, skończywszy na arystokratach z nizin oraz kupcach. W przypadku zagrożenia niewielka kasta kapłanów nowego wyznania – ascetów zwanych „doskonałymi” – znajdowała obrońców wśród szeroko rozciągniętej sieci konwertytów i przeciwników Kościoła. To należące do nich zamki stanowiły ostoje dualistycznej wiary, gdzie chronili się prześladowani katarzy. Wśród nich poczesne miejsce zajmuje samotna, wydawałoby się, że nie do zdobycia, twierdza wzniesiona na szczycie Montségur. A jednak po dziesięciu miesiącach oblężenia i ona się poddała, a jej upadek łączył się z poczuciem ostatecznego końca.
Przemierzając dzisiaj te wypalone słońcem i smagane wiatrem tereny, co chwilę natrafiamy na brązowe znaki przy autostradzie informujące, że jesteśmy w kraju katarów, a słowo „katar” pojawia się w najdziwniejszych miejscach, począwszy od sklepów z pamiątkami i kawiarnianych szyldów, poprzez karty dań w restauracjach, na butelkach z winem skończywszy. Katarowie z Langwedocji na pewno obronili się przed zapomnieniem, o czym szybko przekona się każdy, kto tylko zdecyduje się odwiedzić tę wyjątkowej urody, a wśród Polaków jeszcze cieszącą się w miarę niewielką popularnością, krainę.