U Szefa w Rapsani

Wojciech Gogoliński17.04.2012 12:28

Apelacja Rapsani jest tak mała, że niewielu Greków wie, iż w ogóle istnieje, choć każdy miejscowy zna tę nazwę. Bo choć to mikroskopijna wioska, miejsce jednak starożytne, leży w Tesalii, najwyżej i najbliżej szczytu góry Olimp.

A każdy w Europie od dziecka wie, że właśnie tam mieszka sam Szef greckiego panteonu, który czasem potrafi się rozzłościć i huknąć gromem z niebios…

Rapsani (Ραψάνη) „wykopał” z historii niezmordowany Evangelos Tsantalis i doprowadził do powstania tutaj winiarskiej apelacji. Powód był prosty: chodziło jak zwykle o budowę nowej marki win, a nie o tworzenie apelacji. Ale nim reszta świata winiarskiego Hellady zorientowała się, o co chodzi, cały mikroskopijny winograd należał już do firmy Evangelosa!

Poczuć się wolnym!

To starożytne cudo miał mi pokazać Christos Bitzios, jeden z dyrektorów Tsantali. Jeszcze zanim rankiem wyruszyliśmy z Sołunia (starosłowiańska nazwa Salonik) w kierunku góry Olimp (to dwie godziny jazdy na południowy-zachód), Christos zadecydował, że musimy wstąpić na szybką kawę. Zaparkował samochód przy głównej ulicy miasta na… skrzyżowaniu i przejściu dla pieszych. Włączył światła awaryjne i zaprosił do knajpy. Pół Sołunia trąbiło, nie mogąc przejechać, a ludzie wpadali na siebie, nie będąc w stanie przejść na drugą stronę jezdni. „To już koniec” pomyślałem, kiedy zaczęły nawet trąbić przeciskające się przez zator samochody policyjne. Tymczasem my siedzieliśmy dwa metry dalej w ogródku kawiarnianym, czekając na kawę.
Fot. TsantaliZauważyłem, że za taki numer w Polsce mógłby mieć wielkie kłopoty, ale Christos wzruszył ramionami. Wreszcie i ja się wyluzowałem i przestałem zwracać uwagę na klaksony. Poczułem się wolnym człowiekiem, niemal panem sytuacji. Na chwilę – dopóki kelner nie przyniósł nam kubków z wypukłymi zamknięciami i słomkami w środku. Łyknąłem i o mało się nie poplułem. W środku było paskudne, zimne frappé. O dziewiątej rano! W chłodny poranek! I wtedy rozbawiony Christos wyjaśnił mi, że cała Grecja pija wyłącznie coś „takiego”, zaś wielkie koncerny kawowe prześcigają się w produkcji takich „świństw” specjalnie dla Hellady.
A gdzie espresso? Gdzie cappuccino? Gdzie południe Europy i te poranne, kawowe zapachy? Okazało się, że większość tutejszych barów w ogóle nie ma ekspresów… Można ewentualnie dostać gdzieniegdzie kawę po turecku parzoną w tygielku. „Dość – tym razem ja zadecydowałem i pociągnąłem łyk muszynianki, którą miałem w plecaku. – Spadamy!”

Dolina i stoki

Rzecz jasna Evangelos nie kupił tu wszystkiego. Zakontraktował natomiast na lata winogrona u uszczęśliwionych tym faktem i zapomnianych w lesistej głuszy chłopów. Przysłał agronomów, którzy nauczyli ich, jaka ma być forma uprawy i jakość owoców. Rapsani to dolina i stok Olimpu, do którego „przyklejona” jest malutka, niezwykłej urody wioska o tej samej nazwie. Dziś firma jest właściwie jedynym pracodawcą w okolicy, zaś samo Rapsani z zabitej dechami dziury stało się eleganckim miasteczkiem, niemal kurortem z murowanymi domkami, cerkwią, asfaltowymi uliczkami, brukowanym placykiem i kilkoma świetnymi restauracjami, do których ciągną masy z Sołunia (Ach, te bifteki – czyli mielone kotleciki z ziołami!!!).
Tsantalisa ujął zaś niezwykły jak współczesne winiarstwo sposób uprawy. Jak przed wiekami stosuje się tu wysadę mieszaną z trzech odmian: xynomavro, krassato i stavrotó – mniej więcej w równych proporcjach. Winomani niemal biją się o te potężne wina, bo jest ich mało. Apelacja jest „kieszonkowa” – to zaledwie około 70 hektarów winogradu i nie przybędzie tu nigdy ani centymetr więcej, bo nie ma gdzie. Chyba że po rozmowie Tsantalisa z Szefem syn tego ostatniego, Hefajstos, rozbije okoliczne skały… Ale wątpliwe, aby Szef się zgodził, by mu młody kopał pod rezydencją…

 

O greckich tradycjach w domu Andrzeja Sikorowskiego czytaj na: Nasz dom był zawsze bez tajemnic, a o kuchni tego kraju więcej na: Kraj dla zmysłów.

Czas Wina nr 55

Zdjęcia

FB