Villon – średniowieczny celebryta

Winonapój uzyskiwany na drodze całkowitej lub częściowej fer... (...) kojarzy się z jego poezją w sposób naturalny, niewymuszony – tak jak muzyka łączy się z tańcem albo taniec – z bólem nóg. Nie jest też trudno wybrać jakąś szczególną butelkę pod lekturę Wielkiego testamentu. Jaką?

Taką, która rozweseli serce i nie spowoduje wielkiego bólu głowy. Każdy już tam sam sobie coś wygrzebie…

Kiedyś (z ogromną radością) przeczytałam rozmowę z Janem Nowickim, który powiedział, że prawdziwa kobieta musi lubić jeść. Jak lubi – znaczy, że jest fajna. Całkowicie podzielam opinię Wielkiego Aktora: wychudzone nieszczęśnice o ustach zaciśniętych w ascetyczną kreseczkę nigdy nie budziły mojej sympatii ani zaufania. Mam też swój „symetryczny” pogląd na temat mężczyzn: ci fajni – lubią pić. Nie, żeby tam od razu urżnąć się w trupa – sączyć, ciesząc się, że butelka jeszcze jest do połowy pełna.
Prosty przykład, jak działa upodobanie do wina: jak ktoś lubi pić, to powie, że czerwone wino korzystnie wpływa na serce. A białe? Też dobre na serce. Natomiast jak ktoś pić nie lubi, to zaraz wytłumaczy, że mu to szkodzi. Pierwszy jest optymistyczny, skupia się na budowaniu tężyzny fizycznej, drugi – wszędzie szuka pułapek i w dodatku hipochondryk. Z kim wolelibyście spędzić czas?
Czas, czas… Ten jest ostatnio trudny. Po pierwsze – go nie ma. Po drugie – jest go za mało. Po trzecie – uporczywe maszynki mielą go na pieniądz, pozostawiając jakieś marne okruszki, w których trzeba zawrzeć cały smak życia. Ale – dobre i to. Jak mówią: nieważne, co masz, ważne, jak umiesz to wykorzystać. Jeśli akurat nie wiesz, co robić, możesz pić wino i czytać Villona.

Wino, kobiety i… bójki

Fot. Celina GajdaDla mnie najciekawsze w jego historii jest to, że nikt nie wie, jak się zakończyła. Bo o jej początku i środku coś tam jednak wiemy. Choćby to, że urodził się w 1431 roku i naprawdę nazywał się François de Montcorbier, a przydomek „Villon” przybrał, by uhonorować swojego opiekuna Guillauma de Villon, kapelana w przylegającym do Sorbony kościele Saint-Benoît le Bétourné. (Z kościoła, zburzonego podczas przebudowy Paryża pod rządami barona Haussmanna, został jedynie portal wbudowany w fasadę Hotelu Cluny, jest dziś jedynym materialnym śladem po miejscu, w którym mały François podkradał mszalne wino). Matka – sama bardzo biedna i niepiśmienna – oddała chłopca mistrzowi Guillaumowi, który musiał go bardzo polubić, bo nie raz i nie pięć wyciągał z tarapatów. I to niemałych.
Na początku jednak wszystko szło po bożemu. François ukończył pierwszy poziom edukacji, potem drugi i został klerykiem. Niesamowity awans społeczny! W dodatku talent do tworzenia zgrabnych rymów dał mu wstęp na salony i zjednał przychylność kobiet (w tym, zapewne, po wielokroć wspominanej w Wielkim testamencie pięknej Kasi…). Niestety w 1453 roku w wyniku konfliktu między królem Karolem XVI a władzami uniwersytetu, na Sorbonie wybuchły zamieszki: ludzie wiedzy regularnie tłukli się z ludźmi władzy, co doprowadziło do tego, że między 1453 a 1454 zakazano zajęć, a François, który aktywnie brał udział w bójkach, rozsmakował się w dzikim życiu i rzucił naukę. Bądźmy szczerzy: któż z nas wybrałby łacińskie księgi, gdyby miał do wyboru kobiety, wino i poezję. Zwłaszcza gdyby miał 20 lat…

Średniowieczny bon vivant
Być może poszło właśnie o kobietę… Villon w towarzystwie młodej damy i pewnego księdza sączy wino na kamiennej ławce przed kościołem Saint-Benoît (a był to dość burzliwy rok 1455; my w tym czasie w Polsce tłuczemy się z Krzyżakami, wojna trzynastoletnia już trwa…), gdy nagle pojawia się ksiądz Philippe Sermoise. Z niejasnego powodu (nic nie wyjaśniają dotyczące sprawy dokumenty odnalezione w XIX wieku) wyciąga szpadę i tnie poetę przez twarz. Ten także wyjmuje broń i przebija napastnikowi pachwinę. Krew tryska na wszystkie strony, a François poprawia jeszcze kamieniem. Zaraz też, mocno przestraszony, biegnie do znajomego cyrulika (przy okazji: w średniowieczu Kościół zakazywał medykom wszelkich działań, które wiązały się z naruszaniem powłok ciała, dlatego pierwszymi chirurgami byli właśnie zupełnie niepowołani do tego cyrulicy, którzy swoje usługi świadczyli zazwyczaj potajemnie), aby opatrzeć zranioną wargę, natomiast biedny ksiądz Sermoise umiera, oświadczając wspaniałomyślnie, że wybacza swojemu zabójcy.
Niestety, trzeba było jeszcze, by stanowisko zabitego podzielił wymiar sprawiedliwości. Na to jednak Villon musiał poczekać prawie rok, który spędził na dobrowolnej banicji, chowając się przed królewską strażą. Szczęśliwie jednak, dzięki staraniom opiekuna, mistrza Guillaume’a, otrzymał list ułaskawiający (całą historię poznajemy właśnie z tego dokumentu, który się zachował) i w 1456 roku mógł wrócić do Paryża. Czas spędzał wtedy wesoło, przesiadując w tawernie, pijąc wino i pisząc swoje Legaty (zwane też Małym testamentem), w których rozdaje prawdziwe i wyimaginowane dobra bardziej i mniej lubianym przez siebie osobom („Panie, podaruj każdemu z nas, czego mu w życiu brak…” – śpiewa w Modlitwie Villona Bułat Okudżawa; słowa pieśni to aluzja między innymi do Legatów). Średniowieczny Paryż musiał pękać ze śmiechu, bo czuć w lekturze dowcip i złośliwość autora. Był on jednak mistrzem dwuznaczności, dlatego dokładny sens wersów ulotnił się wraz z niegdysiejszym śniegiem…

Barwna włóczęga łotrzyka
Mylił się, kto liczył, że Franciszek dojdzie do rozumu po tej aferze. Wraz z kilkoma kompanami poeta przygotował bowiem skok na kasę Collège de Navarre, skąd panowie zwinęli 500 złotych dukatów. Na początku nikt nie kojarzył z tym wydarzeniem Villona – on sam zniknął zaraz potem z Paryża. Jednak jeden z jego kompanów, Guy Tabarie, po paru kieliszkach wygadał się przed oberżystą, a ten doniósł na bandę. Wzięty na tortury Tabarie zdradził nazwisko poety. Od tego momentu był on w stolicy spalony.
Nie wiadomo, gdzie się podziewał przez bite sześć lat – pewnie włóczył się od tawerny do tawerny, by odnaleźć się po tym czasie w Orleanie, na dworze księcia Karola. Przyszły ojciec Ludwika XII ponad 20 lat spędził w niewoli u Anglików, gdzie – dla zabicia czasu – tworzył ballady i ronda. Wspaniałe zresztą. Po powrocie do ojczyzny postanowił się trzymać z daleka od polityki, a na swoim dworze stworzył coś w rodzaju salonu literackiego skupiającego najlepsze pióra epoki. Niestety, nie pokochał Franciszka, który próbował się wkupić w jego łaski serią ballad ku czci. Poeta nie zyskał w księciu protektora, i tak następny zachowany dokument prowadzi badaczy życia i twórczości Villona do więzienia w Mehun, gdzie trafił wiosną 1461 roku, prawdopodobnie za kolejną bójkę i kradzież.
Uwolniony dzięki królewskiej amnestii, nieroztropnie wrócił do Paryża i znów wdał się w jakąś rozróbę. Stanął przed sądem, by odpowiedzieć za wszystkie swoje winy – w tym za numer z Collège de Navarre. Dzięki protekcjom wymigał się od więzienia i widocznie uwierzył, że jest bezkarny. Jeszcze w tym samym miesiącu, wraz z grupą podpitych koleżków, napadł na kancelarię notariusza o nazwisku Ferrebouc i ranił go szpadą.

Mądry na starość
Tym razem sędziowie mieli go naprawdę dosyć: poddali Franciszka torturze wodnej (okropność! Polegała ona na wtłoczeniu w pacjenta 3,6 l wody – w wersji łagodniejszej, lub 7,6 l wody – w wersji bardziej radykalnej), a potem skazali go na stryczek. Siedząc w więzieniu i trzęsąc się ze strachu, napisał słynną Balladę wisielców. Żebrał o litość. Łomotał do wszystkich znajomych drzwi. Wysyłał wiersze. Po dwukrotnej apelacji władze Paryża zamieniły mu karę na 10 lat wygnania. I tak, 8 stycznia 1463 roku François Villon wyruszył przed siebie i… tu historia się kończy.
Przez ostatnie dwa lata swojej udokumentowanej części biografii pisał Wielki testament – opowieść o życiu pełnym awantur, dzbanów wina i nieuczciwych kochanek. Dam paryskich –do których świata on, biedak, awansował, i grubych Małgosiek, podobnych do jego ciotecznej siostry. Skarżył się na los więźnia, wyznawał winy i pouczał młodych, by nie szli jego śladem. Tęsknił za młodością, opłakiwał przemijanie, bał się śmierci i… sławił miłość. Marzył o czymś więcej niż los biedaka, żalił się, że tego nie dostaje, i uważał, że to cholernie niesprawiedliwe. Pokutował za winy, ale wolał ostrą jazdę bez trzymanki niż nudne poukładane życie badacza świętych ksiąg. Nim opuścił scenę, wychylił jeszcze łyk wina: „Xiążę, tak rześki iak ów młody / Kobuz, do końca wytrwał chwatem, / Ba, gulnął tęgi łyk, bez wody, / Kiedy rozstawał się z tym światem”. Pisał o sobie jak o ciężko doświadczonym człowieku, którego dni są policzone. 32-letni starzec…

Tęsknota za niegdysiejszym śniegiem

Chyba każdy zna takiego faceta jak Franciszek. Nieobliczalnego szaleńca, który czasem stanie na bakier z prawem (I fought the law and the law won – śpiewał pewien pan, który marzył o tym, żeby być Villonem), pędzącego na oślep motocyklistę albo żyjącego poza systemem bębniarza zadziwionego tym, że w Europie Środkowej nikt nie chce mu płacić za jego hipnotyczne rytmy poza tymi pięcioma przechodniami, którzy wrzucą złotówkę do czapki. Tak, każdy kogoś takiego zna, nie zamieniłby się z nim na trzeźwo, ale w skrytości ducha mu zazdrości – wolności i braku poważania dla zasad. I jeszcze tej kapki geniuszu.
Bo nami zwykle rządzą takie czy inne korporacje i jedynym zrywem wolnościowym jest zrobienie sobie tatuażu – ale żeby nie był widoczny spod garnituru. Villon, pytający gdzie się podziały niegdysiejsze śniegi, co się stało z pięknymi paniami i panami, którzy tyle mogli (Where have all the flowers gone – śpiewali hipisi i Marlena Dietrich), jest fajnym towarzyszem na wieczór z winem, bo można się z nim dogadać – mimo dzielących nas ponad 500 lat czujemy to samo. Chcemy dużo, dostajemy jak zwykle, ale i tak lubimy żyć.