W butelce raźniej!
Wojciech Gogoliński / 21.06.2010 09:55
Gdy młodzi biorą sprawy we własne ręce, mogą być kłopoty. Jeszcze gorzej, gdy próbują zmierzyć się z tradycją. Zwłaszcza jeśli jest to nie najlepsza tradycja. Młodym w Hesji Nadreńskiej się udało. Dziś to fakt, ale kiedy zaczynali, sąsiedzi pukali się w głowę.
Ich filozofia zawiera się w motcie: „Message in a bottle”. I nie ma to nic wspólnego ze Stingiem. Nazwali się po prostu „Die Message in the Bottle”, bo etykieta na butelkach im nie wystarczała, a nawet była kulą u nogi.
Rheinhessen do dziś nie kojarzy się topowymi winami niemieckimi, raczej z supermarketową, tanią masówką. Dlatego wyszli z założenia, że o ich potężnych winach (podobnie jak i cenach) musi opowiedzieć to, co jest w kieliszku. „Najpierw spróbuj, potem oceniaj” – to było ich kolejne przesłanie.
Młodzi gniewni
Na początku było ich pięcioro, czterech kumpli i jedna koleżanka, Carolin Kühling-Gillot. Założyli nawet nieformalny związek i zaczęli się regularnie spotykać, degustować i dyskutować o swoich winach. Robili to we własnej knajpie, którą nazwali przekornie „Pięciu rolniczków”.
Dziś stowarzyszanie „młodych gniewnych” liczy już dwudziestu winiarzy z Hesji Nadreńskiej. Są otwarci, świetnie wykształceni, dużo podróżują. Spotykają się bardzo często i – jeśli tylko nie ma zaproszonych gości – gwałtownie gardłują o swoich winach, co niekiedy przeradza się w regularne, długotrwałe pyskówki.
Starzy patrzą na to z nieskrywanym przerażeniem, ale po cichu im zazdroszczą. W ich czasach wino robiło się tak, jak kazał ojciec, a ten uczył się od dziadka. Nikt nie zajmował się tym, co dzieje się w zagrodzie winiarza z sąsiedniej wsi. Tu robiło się (i robi nadal) masowe wina o znanych nam z supermarketów nazwach Liebfrauenmilch czy Niersteiner. Kosztują po kilkanaście złotych. Dlatego win z kręgu Die Message in the Bottle prędko nie zobaczymy nad Wisłą – za butelkę trzeba dać około stówy.
Gdy pytam Filipa Wittmanna, jednego z założycieli stowarzyszenia, kto podejmuje w domu najważniejsze decyzje, odpowiada bez wahania: matka. Nie zrozumiał, pytałem o winiarnię. – W zasadzie ojciec, choć wszystko robimy razem – mówi po dłuższym namyśle. Gdy drążę temat, tłumaczy, że ważniejsze sprawy konsultuje z tatą. – Ale, koniec końców, i tak robię po swojemu. Wino musi mieć autora – dodaje.
Gdy odwiedzam Karolinę, ojciec tylko wpada, by się przywitać. Zamienia parę słów i znika, żeby nie przeszkadzać. Widać, że ma do „młodej” pełne zaufanie, choć winiarnia Kühling-Gillot liczy – bagatela! – dwieście lat.
(...)
Hesja Reńska - Rheinhessen
Największy niemiecki region winiarski, określany często mianem „Ogrodu Boga”. Leży w południowo-zachodnich Niemczech, w widłach rzek Nahe i Renu, na południowy-zachód od Moguncji i Wiesbaden. Co trzecia butelka niemieckiego wina pochodzi z Hesji i aż 1/3 ziemi uprawnej tego regionu stanowią winogrady. Niemniej tutejsze wina nigdy nie były postrzegane jako wielkie czy eleganckie; to raczej ogólnoniemiecka masówka. Działalność Die Message in the Bottle rozpoczęła przełom w lokalnym winiarstwie.
Czas Wina nr 45

