W cieniu wielkiej góry

Wojciech Gogoliński16.03.2017 07:43

Od czasów Noego o ormiańskich winach nie było tak głośno jak wtedy, kiedy w 2012 roku serwis Bloomberga umieścił Zorah Karasi Areni Noir 2010 na liście dziesiątki najlepszych win świata.

Ale winorośl porastała Armenię już przed przybyciem budowniczego Arki, bo patriarcha lubił wino i nie wysiadłby byle gdzie. Naukowcy mówią, że dzika Vitis sylvetris rosła tam grubo ponad milion lat temu.

Jerewań zaskakuje od razu. Do miasta z europejskich węzłów przylatuje się zwykle nocą lub nad ranem – wtedy korytarze powietrzne są najtańsze, więc nocą lotnisko w stolicy Armenii przypomina inne porty w szczycie. Już jadąc do hotelu, mamy wrażenie, jakby w mieście właśnie trwała gigantyczna akcja antyterrorystyczna – wszystkie samochody policyjne jeżdżą szybko i z włączoną dyskoteką. Ale gdy widzę migający samochód na poboczu obok funkcjonariuszy z papierosami w ręku, okazuje się, że o prawdziwej akcji świadczy dopiero włączony sygnał dźwiękowy – koguty na samochodach policji błyskają tu non-stop, dzień i noc.

Diaspora i geopolityka
Fot. Wojciech GogolińskiO pięknie miasta świadczy dopiero poranek. Monumentalność znajdującej się – jakby się wydawało – w zasięgu ręki ośnieżonej, biblijnej góry Ararat nie tylko zapiera dech, ale sprawia, że człowiek zatrzymuje się, nie panując z wrażenia nad mięśniami otwartych ust. Ararat, narodowy symbol Ormian na całym świecie, widać z większej części kraju, ale sama góra jest – co wydaje się niewiarygodne – ponad trzydzieści kilometrów od granicy państwa. Po ciągle żywym wspomnieniu ludobójstwa dokonanego przez Turków w 1915 ta góra poza granicami Armenii to symbol nieustającej tęsknoty, bólu, odzwierciedlenie ciężkich losów narodu, którego historia nie oszczędzała i którego historyczną ojczyzną był znacznie rozleglejszy obszar.
Jerewań jest miastem górzystym, bo cała Armenia jest w ogóle państwem górzystym, i to chyba jednym z najbardziej na świecie, dlaczego więc stolica miałaby tu być wyjątkiem! Poza starym centrum Jerewań jest tak „nierówny”, że nawet narodowy stadion w większej części „wisi” na palach.
Z powodów historycznych niemal dwie trzecie Ormian żyje w diasporze, w Rosji, Europie (Francji) i Stanach Zjednoczonych – to sytuacja z grubsza porównywalna z sytuacją Żydów. Z reguły diaspory ormiańskie trzymają się mocno – nie ma większych problemów z zachowaniem tożsamości czy języka nawet w dalszych pokoleniach. Z tych krajów pochodzi niemal cały kapitał nowych inwestycji i chyba wszystkich winiarskich. To cieszy miejscowych, ale budzi też niepokój, ten rynkowo-gospodarczy. Ormianie z diaspory mają za honor odwiedzać ojczyznę przodków przynajmniej na dwa–trzy tygodnie w roku, zwłaszcza tuż po wakacjach, kiedy temperatury stają się znośniejsze. Wówczas ceny w sklepach – jak mi mówiono – wyraźnie rosną, zarobki miejscowych – nie. Gwałtownie wzrasta też cena ziemi budowlanej i mieszkań, szczególnie w stolicy. Jerewańczycy bez trudu pokazują mi całe piętra apartamentów czy wręcz całe budynki, które właściwie przez cały rok stoją puste, co jest szczególnie groźne, bo miejsc na nowe w stolicy wybitnie brakuje. Niedawno doszło nawet do zamieszek, kiedy pod nowe inwestycje chciano burzyć historyczne kwartały.
Pod względem położenia kraj nie mógł wybrać gorzej, ale wielkiego wyboru też nie miał. Armenia graniczy z wrogą Turcją, jeszcze bardziej wrogim Azerbejdżanem, z którym jest w stanie permanentnej wojny, islamskim Iranem i chrześcijańską Gruzją. Oba starożytne narody łączy ortodoksyjny ryt oraz niewytłumaczalna w morzu kaukaskiego islamu wzajemna niechęć. Słyszałem, że jeszcze za komuny blisko osiemdziesiąt procent mieszkańców Tbilisi stanowili Ormianie, a nawet dziś – ponoć dziesięć. Pogranicze obu krajów jest mocno mieszane i od wieków pokojowe. Z podtekstów licznych moich rozmów z Gruzinami wynika, że dla nich Ormianie od zawsze zajmowali się w regionie i nie tylko (Turcja, Rzeczpospolita) handlem, i w ich głosach wyczuwałem cień niechęci, jaki u nas słychać rozmowach o Żydach, nawet nie u antysemitów.
Fot. Wojciech GogolińskiKtoś mi też wspominał w Armenii o biernej roli Gruzinów w czasie ubiegłowiecznej rzezi Ormian. Trudno to jednoznacznie ogarnąć – ale sytuacja nieco się zmienia: Gruzja to jedyne poważne okno na świat dla śródlądowej Armenii. Granice są otwarte, coraz szerzej uchylają się też na Iran (tam w dobrych warunkach żyje spora mniejszość ormiańska) – wielkie tiry z żółtymi rejestracjami w arabskim alfabecie coraz liczniej spotkać można na ważniejszych drogach. Ormianie, prócz Gruzji, jako wakacyjną destynację zaczynają z wolna wybierać tureckie wybrzeża. Pat z Azerbejdżanem wydaje się nierozwiązywalny. Raz – nieuznawana przez społeczność międzynarodową Republika Górnego Karabachu, teoretycznie niezależna od Armenii, faktycznie pojechać do Stepanakertu można w każdej chwili, a w Armenii rządzą ludzie z tamtejszym rodowodem, z obecnym prezydentem Serżem Sarkisjanem. Dwa – po drugiej stronie Armenii znajduje się odcięta od świata azerska eksklawa Nachiczewan, zaopatrywana drogą powietrzną przez Baku i lądową przez Stambuł. Powiedzieć, że wszystko to jest li tylko spadkiem po ZSRR, nie oddaje prawdy, choć Rosja od wieków była tu obecna politycznie i militarnie. To również dziedzictwo zagmatwanej wielokulturowości i wielonarodowościowego charakteru zachodniej Azji oraz jej kilkudziesięciowiekowej historii.

Wino i koniak
Fot. Wojciech GogolińskiJedyny walor położenia kraju to góry i widoki. Dziewięćdziesiąt procent kraju leży powyżej tysiąca metrów n.p.m., dlatego Armenia z zasady w ogóle nie nadaje się do wyrobu wina. Kilka lat temu międzynarodowe ekipy naukowe odkryły w grotach wokół winiarskiej wioski Areni (ta sama nazwa co kultowej tu odmiany) winiarnię z wyposażeniem sprzed 6100 lat – najstarszą na świecie. Zbiorniki, tłocznia, baseny i karasi – odpowiedniki gruzińskich kwewri, czyli glinianych amfor do fermentacji i przechowywania wina. (Lepiej jednak nie używać takich gruzińsko-ormiańskich porównań, to temat drażliwy i zawsze usłyszymy, że zbiorniki różnią się rozmiarem, składem gliny, pojemnością itp. – ja ich nie rozróżniam, choć te ormiańskie wyżej wystają nad ziemię). Ciekawe jest, że starożytni mieszkańcy Areni nie stosowali kamiennych pras, ale wyciskali sok z owoców nogami, by nie zgnieść pestek (sic!). Także rozmiary wykopalisk świadczą, że miejscowi musieli znać się na winie, i to dobrze. Jaskinia Areni to wizytówka winiarska kraju, największa duma i symbol tysiącletniej historii.
Napisałem, że Armenia „nie nadaje się” do produkcji wina. Ormianie piją go mniej niż my, ich tradycją są wina owocowe (zwłaszcza z granatów, rozchwytywane w Rosji i Japonii) oraz produkcja najlepszych (najsłodszych i najbardziej aromatycznych) na świecie śliwek, moreli i granatów oraz wyrabiane od wieków po domach destylaty owocowe (choć także z winogron). Ormianie twierdzą, że ich winiarstwo dobił sowiecki system, który Gruzji przydzielił wyrób win, Armenii – produkcję koniaków. Nie wiem, czy to prawda – obserwowałem Ormian na co dzień, młodych i starszych – w ich kulturze kulinarnej, domowej i tej restauracyjno-barowej wino pełni fukcję wybitnie odświętną, celebracyjną (to m.in. bardzo ważne w kościele prawosławnym) – nie wiem, czy aż taki wpływ na to miał sowiecki ustrój. W długiej historii narodu wino obecne jest od zawsze, przy celebracji, ofiarach, ważnych wydarzeniach, jawi się jako dobro luksusowe, kojarzone z dobrobytem, nie z życiem codziennym. Oczywiście w żadnej mierze nie przekreśla to potencjału tego winiarskiego kraju. Jego niezwykle dynamiczny rozwój będą z pewnością ograniczały trudne warunki klimatyczne – pracochłonna konieczność okrywania krzewów na zimę i irygacji. A jeszcze bardziej – ukierunkowanie eksportu niemal całkowicie na rosyjski rynek. Armenia jest w unii celnej z Rosją, co sprawia, że wielki partner nie nakłada ceł, musi to zrobić sama Armenia (akcyza eksportowa), by mieć jakiekolwiek wpływy do budżetu z tej gałęzi gospodarki. Wspomóc wysyłkę może ormiańska diaspora, choć jest ona winiarsko zupełnie inna choćby od tej włoskiej, która wybitnie napędza produkcję pod Apeninami. W każdym razie w dużych nawet sklepach wybór raczej kiepski jak na kraj winiarski. Najlepsza, najbardziej znana winiarnia w kraju – In Vino (6 Martiros Saryan St.) w Jerewaniu – jest mikroskopijna. Gustowna (fajne armeńskie i niearmeńskie przekąski) i posiadająca spory przegląd lokalnych flaszek (ale zdecydowanie większy – międzynarodowych).
Fot. Wojciech GogolińskiW zbycie pomogłaby turystyka – góry, największe na Kaukazie gigantyczne jezioro Sewan, położone 2000 m n.p.m., doskonałe warunki narciarskie i trekkingowe, no i najdłuższa kolejka linowa na świecie (6 kilometrów). Ale polityczne położenie kraju jest złe – nawet rowerzyści muszą tu dotrzeć z bicyklami samolotem.
Armenia jest krajem koniaków, nie tylko dlatego, że tak chciał Stalin – Ormianie destylację mają po prostu we krwi. Koniaki (bo tak często nadal nazywane) robią tak wyborne, że na te lepsze nawet w supermarkecie w Jerewaniu nie będzie nas stać, tak inne w swojej elegancji od tych francuskich, że najstarszą i największą wytwórnię w kraju, Ararat, kupił… koncern Pernod-Ricard. Tak dobre, że każda większa winiarnia ma swoją część destylacyjną i do dojrzewania. Sami Ormianie piją ich mało, co bardzo destylatom pomaga – cierpliwość przy starzeniu przynależy bogom, nie butelkują byle czego, nie śpieszą się, cenią doskonałość, czas nie gra tu roli.
To jednak, że winiak jest jednym z ważniejszych dóbr eksportowych kraju, destabilizuje mocno rynek winiarski. To szokujące, bo na świecie te dwa sektory się uzupełniają, zresztą nadprodukcja jest tak wielka, że destylacja (oczywiście nie ta, gdzie liczy się kunszt) ją ogranicza. Winiarze i gorzelnicy w Armenii to dwa wrogie światy, destylatorzy mają więcej pieniędzy, więc słynne wytwórnie wypierają (ponoć czasami bezwzględnie) winiarzy. Oba sektory bazują na skupie od tysięcy małych winogrodników. Gorzelnicy nie są wymagający – im więcej słodkich owoców, tym chłopi dostają więcej w skupie. Winogrodnicy żądają znacznie lepszych owoców, przycinania, zielonych zbiorów, większej kwasowości itd. Jest jasne, że często przegrywają, stąd nie dziwi, że nowe inwestycje winiarskie zaczynają się od własnych nasadzeń i czasami gigantycznych winogradów.
W Armenii nie ma apelacji, zasad etykietowania, podawania odmian lub składu kupażu, okresu dojrzewania. Jak przed wiekami liczy się jakość w kieliszku i coraz bardziej nazwa wytwórcy. Zajmującemu się winem trudno to ogarnąć, pojąć. Nawet określenie „karasi” bardziej wskazuje na reklamę niż na zasady produkcji.
Winiarze bez problemu operują dziesiątkami nazw starożytnych odmian, ale tylko kilka z nich trafia do butelek. Rosyjska szkoła enologiczna pozostawiła wiele (całkiem dobrych) hybryd, które są masowo wykorzystywane na co dzień. Z rodzimych dominuje (zwłaszcza w rozmowach) kultowa areni, której nazwę Ormianie wymawiają z taką atencją, jakby była ze złota, co od razu budzi moje podejrzenia. Zwłaszcza kiedy słyszę, że jest podobna (a nawet skoligacona) z pinot noir – ciekawe, z którym? Tym z Burgundii czy z Kalifornii? Prawda jest taka, że za jej starożytną (i prawdziwą) legendą nie idą fakty. A te są takie, że areni to dobra odmiana, ale to mit, że jakoś specjalnie dostosowała się przez wieki do ormiańskich warunków. Jako Vitis vinifera ma wszystkie jej wady, żadnej nadzwyczajnej odporności, najlepiej udaje się 1200–1800 m n.p.m., bo tam najrzadziej atakują ją choroby, ale na takiej wysokości wszystko jest odporne. Jeśli uprawiana na butikowe flaszki, daje wyborne efekty. Tyle że to kosztuje. À propos kosztów – ormiańskie wina są dość drogie, raczej nie na miejscową kieszeń. Wielkie inwestycje i kosmicznie nowoczesne winiarnie dają często bardzo dobre wina, ale stosunkowo drogie. Te lepsze trudno dostać nawet w winiarni za mniej niż 5–7 euro.
Fot. Wojciech GogolińskiSztandarowym i – co tu się dziwić – od razu najbardziej kultowym winem Armenii stało Karasi Zorah – to, które wypromowała lista Bloomberga. Próbowany przeze mnie rocznik 2013 jest bardzo dobry, ale nie wybitny. Jednak Zorah to przedsięwzięcie butikowe, dziewięciohektarowe, za to z potężnymi ambicjami i wsparciem jednego z najlepszych winemakerów i konsultantów świata – Alberto Antoniniego oraz również włoskim winogrodnikiem. I nic nie wskazuje na to, by winiarnia miała przejść na produkcję masową, bo jej właściciel, Zorik Gharibyan, jest raczej koneserem rzeczy dobrych – nim posadzi jakiś krzew, zleca wieloletnie badania gleby różnym uniwersytetom. Winnica leży 1400 m n.p.m., co też wyklucza szaleństwa ilościowe.
Największą wytwórnią jest Armenia Wina Company. Leży regionie Aragacotn, godzinę jazdy od Jerewania. Szokujące, ale jest chyba jedną z najnowocześniejszych na świecie, zbudowana przemyślanie winiarsko, ale i tak, by wbić w ziemię odwiedzającego. Błyszczące od tanków piwnice, podświetlane beczki, szeregi zabudowań z czerwonego piaskowca otaczające dziedzińce, fontanny, laboratoria, sale degustacyjne, gorzelnię. Choć teoretycznie winiarnia powstała tu ledwie w 2008 roku (ma też drugi, jak się domyślam bardziej przemysłowy zakład), jest największą w kraju. Posiada ledwie 50 hektarów winnic, ale masowo nasadza nowe i większość skupuje od drobnych wytwórców. Jeszcze bardziej szokujące są liczby – to powstaje około 80 procent ormiańskich win! W życiu nie byłem w miejscu, gdzie powstaje niemal cała produkcja w jakimś kraju, regionie czy nawet apelacji! Robi wrażenie.
Wszystko jest tu zaprojektowane i nadal konsultowane przez Francuzów. Szokujące jest także użycie tu określenia „Armenia” – to bardzo przeszkadza promowaniu się innych wytwórców nazwą własnego kraju. A taki termin najbardziej wskazuje na wyjątkowość tutejszych win, inne odmiany, wchodzenie na nowe rynki, no i podkreślanie starożytnej historii krajowego winiarstwa.

Armenia

Klimat: kontynentalny, miejscami górski i ostry, z licznymi niszami klimatycznymi, suchy, o bardzo dużych amplitudach dzienno-nocnych, często bardzo wietrzny, a zimie – mroźny.
Średnia opadów – 500 mm.
Gleby: wulkaniczne, kamieniste, rzadziej piaszczyste.
Położenie: winnice rozrzucone są w całym kraju i leżą na wysokości 850–1500 m n.p.m.
Powierzchnia winnic – ok. 16 tys. ha.
Produkcja roczna – 1,5–1,7 mln butelek.
Regiony winiarskie: Ararat, Armawir, Aragacotn, Wajac Dzor, Tawusz, Sjunik. Ponad 80% produkcji przypada na prowincje (marzes) Ararat i Armawir.
Uprawiane odmiany (ważniejsze): białe – woskehat, rkaciteli, czerwone – areni, kachet, saperawi, hybrydy: kangun (biała; niezwykle popularna), karmrahyut (czerwona). Oprócz tego uprawia się odmiany międzynarodowe oraz „wyspowo” włoskie i francuskie.
Liczba winiarni – ok. 45, tych większych lub takich, które mogą sobie poradzić z eksportem – ok. 15.

Czas Wina nr 84

Zdjęcia

Twój komentarz
FB