Wielka rewolucja Paryska

Wojciech Gogoliński02.01.2018 09:42

W październiku 1970 roku pewien nikomu wówczas nieznany młody dziennikarz po swojej pierwszej wizycie w Stanach Zjednoczonych napisał w mało poczytnej gazecie kulinarnej: „Wydać się to może dziwnym, że ja, przybysz z Europy, muszę opowiadać Amerykanom o wspaniałości ich win. Jednak w Kalifornii robi się tak dobre wina jak we Francji”.

Hugh Johnson, bo o nim mowa, miał już co prawda swoją kulinarno-winiarską kolumnę w „The Sunday Times”, a potem był szefem klubu winiarskiego przy tejże gazecie, ale który Francuz przejmuje się tym, co jakiś Angol, choćby i absolwent Cambridge, wypisuje o winach. Jego pierwszy, coroczny, kieszonkowy przewodnik The Pocket Wine Book (corocznie tłumaczony także na francuski) miał się ukazać dopiero w 1977 roku.
Słowa te jednak dotarły do Francji, bo miały taką siłę rażenia jak północnokoreańska bomba wodorowa. Bowiem trudno się nawet silić na wymyślenie podobnie szokującego i obraźliwego porównania dla przeciętnego Francuza. Jeśli ten nawet nie zna się na winach, to od dziecka wie, że w jego kraju robi się najlepsze. A że ktoś jeszcze robi coś podobnego – jacyś Włosi czy Hiszpanie – to nie ma znaczenia. Niech sobie robią – ale, że kojarzeni wówczas z Wietnamem, kończącym się ruchem hippisowskim, gumą do żucia i coca-colą, Amerykanie potrafią w ogóle robić wino! A do tego ktoś jeszcze porównuje je z francuskimi! Obraza boska! Zawsze znajdzie się jakiś „nawiedzony”, który stwierdzi, że kuchnia wyspiarska jest lepsza od tej nad Sekwaną.

Bezsenne noce
Fot. ArchiwumSłowa dotarły, ale nikt nie potraktował ich wówczas poważnie. Dopiero kilka lat później cały świat sobie nagle o nich przypomniał. Przypomniał, gdy największa „afera” w historii wina osiągnęła swoje apogeum.
Pod koniec maja 1976 roku świat winiarski stanął na głowie. Dokonała się bodaj największa rewolucja w tej branży w wiekach nowożytnych. Od tej pory nic już nie było takie samo – zaczęła się nowa era. A wywołał ją kalifornijski winiarz o swojsko brzmiącym nazwisku… Winiarski. Niedawno obchodziliśmy czterdziestolecie tych wydarzeń.
Jednym z niewielu, który przeczytał artykuł Johnsona i nie mógł później spać, był Steven Spurrier, też Anglik, ale mieszkający w Paryżu, handlujący tam winem przy Rue Royale, a potem prowadzący szkółkę degustacji L’Academie du Vin. Oba przedsięwzięcia były nieco dziwne dla miejscowych – po pierwsze Spurrier zachęcał klientów do degustacji wina przed jego kupnem, co nawet w Paryżu było ewenementem. Po drugie był Anglikiem, po trzecie – w swojej szkółce uczył Francuzów degustacji i picia wina! A co gorsza – później jego kursy ukończyli najwięksi eksperci nad Sekwaną, jak choćby Michel Bettane, kiedyś szef magazynu „La Revue du vin de France”, ostry krytyk filmu Nossitera Mondovino i twórca wyrażenia „garażysta”, które przyjęło się na całym świecie.
Prawdopodobnie w czasie owych bezsennych nocy Spurrier wymyślił sobie rzecz wcześniej zupełnie nieznaną, niespotykaną i niepraktykowaną – postanowił zorganizować degustację porównawczą win z Francji i USA. Większość ekspertów pukała się w czoło. O większym nonsensie nikt nie słyszał. Po co kopać leżącego, po co porównywać cordon bleu z hamburgerem. À propos cordon bleu – od czasów Henryka Walezego (tego, co skroił widelce z Polski) mogli go przyrządzać tylko najlepsi kucharze, noszący właśnie niebieskie wstęgi.
W Europie zaś obowiązywała wtedy słynna i wielokrotnie cytowana maksyma barona Philippe’a de Rothschilda (z Château Mouton Rothschild), który w roku 1972 stwierdził: „Wina amerykańskie mają jedną cechę wspólną – wszystkie smakują jak coca-cola”.

Dramat w hotelu Intercontinental
Jednak trzydziestoczteroletni wówczas Spurrier był opętany swoją ideą. 24 maja 1976 roku w Patio Bar paryskiego hotelu Intercontinental komisja najlepszych francuskich kiperów oceniała po 20 win z obu krajów, po 10 białych i tyleż samo czerwonych. Smakowano „w ciemno” – butelki były oklejone, a kolejność ich podawania utajniona przed oceniającymi. Choć wiadomo było, że w kategorii białej będzie po pięć burgundów i tyleż samo chardonnay z Kalifornii, a wśród czerwonych pięć bordeaux i pięć cabernetów kalifornijskich. Jedyną bodaj różnicą od degustacji, które przeprowadza się dziś, było to, że oceniający mogli ze sobą rozmawiać. I nie wiem, czy aby to właśnie nie wpłynęło na fakt, że tego typu zachowań dziś unikamy. Na sali był też bowiem jedyny dziennikarz, George Taber, korespondent „Timesa” w Paryżu, który wtedy na winie znał się słabo, ale potrafił świetnie notować. I jego przekaz pognębił wielu sędziów na lata. Mylili się niemal wszyscy, nie tylko co do apelacji, ale niektórzy nie byli w stanie podać nawet kraju, z którego pochodziło konkretne wino!
A za stołem zasiadł kwiat jedenastu wyłącznie francuskich (sic!) nosów i podniebień: Pierre Brejoux (szef INAO), Claude Dubois-Millot (Gault& Millau), Michel Dovaz (Francuski Instytut Wina), Aubert de Villaine (Domaine de la Romanée-Conti), Odette Kahn (naczelna „La Revue du vin de France”), Raymond Oliver (restauracja Le Grand Véfour), Pierre Tari (Château Giscours), Christian Vanneque (Tour d’Argent) i Jean-Claude Vrinat (restauracja Taillevent). Tylko ich głosy będą się liczyć. Steven Spurrier, organizator wydarzenia, tylko się przyglądał. Oczom i uszom nie wierząc.
A Taber dokładnie opisał wydarzenie w książce A Judgment of Paris: California vs. France and the Historic 1976 Paris Tasting that Revolutionized Wine. Część z oceniających zaprzecza do dziś swoim słowom! Zaś Odette Kahn próbowała wycofać swoje oceny i do końca życia krytykowała całe przedsięwzięcie jako oszustwo oraz nie odzywała się do Stevena Spurriera!
Gdy ogłoszono wyniki, życie we Francji zamarło – w obu kategoriach (białe i czerwone) zwyciężyły wina kalifornijskie! Gdyby de Gaulle jeszcze żył, na pewno popełniłby samobójstwo. W ciągu następnych dni w mediach rozegrał się horror: agencje podawały te wyniki jako sensację dnia, pojawiły się tysiące komentarzy, zastrzeżeń, oskarżeń i podejrzeń. Trauma była tak wielka, że organizatorów pojedynku zaczęto nad Sekwaną oskarżać o fałszerstwo.
Niezrażony tym wszystkim Spurrier postanowił powtórzyć konkurs i dziesięć lat później zorganizował identyczną degustację w Nowym Jorku, ale tym razem komisja ekspertów była międzynarodowa. Wynik był jeszcze gorszy dla Francuzów: po dwa pierwsze miejsca w obu kategoriach zajęły wina kalifornijskie. Od 1976 roku nikt już nie mówi o coca-coli zza oceanu. Choć i takie wina można znaleźć bez problemu. Podobnie jak we Francji czy Włoszech.

***

Winem, które w 1976 roku wstrząsnęło światem był S.L.V. Cabernet Sauvignon 1973 Warrena Winiarskiego. Pokonało m.in. bordoskich gigantów Château Mouton Rothschild 1970 i Château Haut-Brion 1970. Baron Rothschild szybko zweryfikował swoje opinie o Kalifornii – jeszcze tego samego roku rozpoczął przygotowania do inwestycji za oceanem. Mike Grgich, wówczas winiarz w kalifornijskiej firmie Château Montelena, którego wino wygrało w kategorii win białych, wspomina: „Myślałem, że to jakiś głupi żart, kiedy do mnie zadzwoniono. To niemożliwe, ale Francuzi dali złapać się na francuskie beczki, których używaliśmy w Montelenie, podobnie jak Warren w Stag’s Leap”.

Życiorys Warrena Winiarskiego oraz jego wrażenia z samego konkursu, to jak doszedł do winiarskiego mistrzostwa – opisaliśmy w rozmowie z nim.
W sierpniu 2005 Winiarskiego odwiedził na kolacji prezydent Polski wraz z żoną.

Czas Wina nr 89

Zdjęcia

FB