Wielka sprawa

Wojciech Gogoliński28.02.2017 13:02

Przyzwyczailiśmy się do tego, by – kiedy pojawia się jakieś nowe wino z dużymi aspiracjami – sprawdzać, kto za nim stoi. Sama nazwa wytwórni często nie wystarcza, bo zdarza się, że niektóre winiarnie do specjalnych produktów wynajmują międzynarodowe sławy.

Czasami czekamy z niecierpliwością na rezultaty takich eksperymentów, niekiedy zaś po prostu wiemy, że będzie dobrze. A nawet bardzo dobrze.

Tym razem mamy do czynienia z tym drugim przypadkiem. Za trzema winami kryją się dwa dobrze znane nazwiska – dwóch wizjonerów i zarazem pionierów nowoczesnego winiarstwa połączyło swe siły. W dodatku obaj podchodzą do wina z biegunowych krańców, dlatego mamy gwarancję, że się uzupełniają całkowicie. Michel Rolland i Javier Galarreta stworzyli wspólnie całkowicie autorskie wina z najlepszych hiszpańskich siedlisk Riojy, Ruedy i Ribery del Duero. Te nazwiska gwarantują jakość i bardzo wysoko pozycjonują wina, choć te – przynajmniej cenowo – wcale nie lądują na najwyższej półce, mówiąc wprost – ledwie łapią się na średnią.

Fot. ARAEXNazwisko Javiera Galarrety być może znamy słabiej, ale na Półwyspie Iberyjskim jest uważany niemal za cudotwórcę. Kiedy Rioja ledwie wygrzebywała się z zapaści i szoku, a dokładniej lania, jakie spuściły jej wina z Ribera del Duero nagle okrzyknięte najlepszymi czerwonymi winami Hiszpanii, do boju ruszył Galarreta. Nie pozostawał oczywiście jedynym w regionie, był za to wizjonerem, a wizjonerzy z reguły mają wizję. Jego polegała na tym, by nie bić się z wiatrakami, a wyciągnąć wnioski z zaistniałej sytuacji i wyjść na prostą. Plan zakładał robienie bardzo dobrych win w przyzwoitej cenie. Wbrew pozorom oba założenia były podobnie skomplikowane. Rioja przez dekady nie zaznała krytyki – cokolwiek tam robiono, uważano automatycznie za najlepsze, a więc trzeba było pokory. Produkcja tanich win wysokiej jakości w okrzyczanym regionie to było jeszcze większe wyzwanie. Galarreta zaczął więc od biznesplanu, który polegał na inwestycjach w najnowszy sprzęt i beczki, ale jednocześnie zdawał sobie sprawę, iż małe rodzinne firmy lub nawet nieco większe same tego ciężaru nie udźwigną.

Wymyślił stworzenie grupy winiarskiej, mającej połączyć wysiłki inwestycyjne, organizacyjne, promocyjne oraz planowanie i sprzedaż w jeden system, który odciąży winiarzy, ale jednocześnie wszyscy zachowają w nim niezależność. W roku 1993 była to pewna nowość, a w Hiszpanii – całkowita. Galarreta nie zamierzał tworzyć nowej spółdzielni – z układu można było bez problemu się wypisać, wstąpić zaś było niemal niemożliwe, bo nowe winiarnie wybierał sam pomysłodawca i pozostali udziałowcy. Powstał ARAEX – dziś jedna z najważniejszych grup winiarskich na Półwyspie Iberyjskim.

Sukces ma zwykle wielu ojców, ale ten miał jednego – Javiera Galarretę. Ten zaś nie zadowolił się osiągnięciami w Rioja – szybko przekonał udziałowców, że nie warto zamykać się w jednej apelacji, że trzeba poszerzyć ofertę o kolejne wina, bo portfolio pełne najlepszych win łatwiej przemawia do importerów na świecie, zwłaszcza jeśli idzie za tym wiarygodność i już osiągnięte sukcesy. Do ARAEX-u zaczęli pukać coraz to nowi chętni, ale Galarreta wolał szukać sam. Wkrótce pod nazwą ARAEX – Spanish Fine Wines stworzył kolejną grupę winiarzy z apelacji Navarra, Cava, La Mancha, Rueda, Toro i… Ribera del Duero, a także dokooptował winiarnie z innych części Riojy. Mówiąc krótko – wszystko, co w Hiszpanii najlepsze. Jednak i tego było mu mało, bo twórca ARAEX-u należy do tej grupy ludzi, którzy nie lubią konsumować sukcesu w bezruchu, muszą ciągle wymyślać coś nowego, a najlepiej wyprzedzać pomysły innych i szukać nowych wyzwań.

I tak wymyślił Michela Rollanda. Choć akurat wymyślenie Rollanda nie wygląda dziś spektakularnie, to przekonanie go do własnych wizji już zdecydowanie tak. Zwłaszcza gdy nowe wina nie mają być krótkimi seriami butikowymi, ale długodystansowym pomysłem obliczonym na sześćset tysięcy butelek rocznie.

Jeśli kto w winiarskim świecie powie o Rollandzie: „Nie znam człowieka”, możemy mu powiedzieć, że „mamy ważną międzynarodową rozmowę telefoniczną” i oddalić się, by nie tracić czasu na jałowe rozmowy. Rzecz jasna – nie każdy musi się zgadzać z jego międzynarodowym, nowoświatowym stylem, ale jego zasług dla współczesnego winiarstwa podważyć nie sposób.

W każdym razie obaj winiarze – pozornie – wywodzą się z różnych tradycji winiarskich. Rolland, Człowiek Roku magazynu „Czas Wina” z 2012 roku jest kojarzony z nowoczesnością, z Francją i Argentyną, gdzie ma w sumie kilka winiarni oraz z dziesiątkami wytwórni, którym doradza na wszystkich kontynentach. I choć główne jego winiarnie znajdują się w Bordeaux, regionie na wskroś tradycyjnym, to nikomu nawet przez myśl nie przejdzie, by łączyć go z tamtejszym skostniałym system. Do tego stopnia, że potrafi odrzucić apelację dla któregoś swojego wina, i zrobić stołowe, jeśli uzna, że to z korzyścią dla produktu – jego renoma, a nie apelacja sprzedają wina. Galarretę znamy bardziej jako wizjonera – biznesmena, człowieka o charakterze Wolfa z Pulp Fiction: „Jestem Wolf. Rozwiązuję problemy”.

Panowie zrobili do tej pory trzy wina i nie wiadomo, czy ich portfolio będzie poszerzane. Wszystkie mają w nazwie „R&G” od nazwisk ich twórców. Co ciekawe, nazwisko Rollanda (przynajmniej pod postacią litery) po raz pierwszy w historii pojawia się na etykiecie! Dwa wina czerwone pochodzą z rocznika 2010, zostały zrobione wyłącznie z tempranillo, oba dojrzewały po 10 miesięcy w beczkach, z tym że ribera we francuskich, a rioja w amerykańskich. Wino z Ruedy zrobiono w 2013 roku. W sieci pojawiają się pierwsze notki, Guía Peñín oceniła wszystkie na 92 punkty. Rolland, pytany na konferencji prasowej, co stoi za jego światowym sukcesem, odpowiedział, że ma raptem trzy zasady: „1. praca, 2. praca, 3. praca…”.

Co więc powinien powiedzieć señor Javier Galarreta? Chyba tylko dodać: „Wizja i praca”. Też po trzykroć.

Czas Wina nr 83

Zdjęcia

Twój komentarz
FB