Wino pijamy wyłącznie pod krawatem

Michał Bardel31.03.2017 09:44

Jakiś czas temu jeden z blogerów wyzłośliwił się okrutnie względem pewnej dużej plenerowej imprezy winiarskiej w ogrodach jednego z podkrakowskich dworów – nie spodobało mu się mianowicie, że wino degustowano tu w kontekście, jak to ujął, wiejsko-festynowym, obok smażonych kiełbasek i poloneza.

Wieszczył także, że w kolejnej edycji organizatorzy zaproszą zespół disco-polo. Najwyraźniej – zdaniem autora – wino jest napojem, który domaga się innej oprawy. Jakiej?

Ano właśnie. Skoro nie gminnie i wieśniaczo, skoro nie w anturażu dworskim (skądinąd w XIX-wiecznym dworze należałoby chyba dopuścić choć odrobinę dworskości, żeby całkiem nie zgłupieć), nie w pobliżu grilla, nie w słomkowym kapeluszu i nie na zielonej trawce, to gdzie? Tego bloger nie napisał, a nikt z komentatorów nie pomógł. Pozostaje jednak dość prawdopodobne domniemanie, że naturalnym i właściwym – jedynym właściwym – miejscem, w którym można wino godnie degustować, pozostają restauracje i hotele, ewentualnie hale targowe („dystyngowany Zachód” przeciwstawiony „rozchełstanemu Wschodowi”). Jest to pogląd, który łatwo usprawiedliwić – istnieje bowiem w każdym kraju pewien procent ludzi piszących o winie, którzy znają je głównie z książek i degustacji organizowanych w pobliskich hotelach. Jest to zarazem pogląd, z którym dość trudno się zgodzić. To tak, jakby na temat zwyczajów żywieniowych pawianów blogował ich znawca czerpiący wiedzę o tych skądinąd niezbyt urodziwym małpach z atlasów i częstych wizyt w warszawskim zoologu.

Rys. Andrzej ZarębaZnajduję pewną trudność w dowodzeniu rzeczy oczywistych każdemu, kto przynajmniej od czasu do czasu bywa w różnych zakamarkach prawdziwego winiarskiego świata. Ale niech tam. Nie jestem miłośnikiem disco-polo, uczestniczyłem jednak w co najmniej kilkunastu winiarskich festynach (także w naszym kraju, ale myślę głównie o Grecji, Chorwacji, Niemczech, Alzacji czy Burgundii), które „uświetniały” miejscowe zespoły niewychodzące poza miejscowy repertuar rzewno-skocznej instrumentalistyki wspartej prostym przekazem słownym. Czy mi się podobało? Nie bardzo. Podobało się natomiast miejscowej ludności – dla niej zresztą było to święto, nie dla jakiegoś redaktora w marynarce. Życzyłbym obrońcom wyższej winnej estetyki spędzenia sześciu godzin przy uroczystej kolacji w Petit Pontigny w Chablis, podczas dorocznego chapitre bractwa chablizjańskiego, kiedy to jedenastu kolejnym daniom towarzyszy niemal nieprzerwanie hałaśliwy występ miejscowego zespołu ludowego tańczącego coś w rodzaju spowolnionego kujawiaka. I znów mi się nie podobało – z szacunku jednak dla miejscowej tradycji, wypchawszy sobie uszy – z braku innych substancji – świetnym skądinąd foie gras, wytrwałem niemal do końca. Cóż wreszcie pisać o winnych jarmarkach, pochodach i świętach w niemal każdej niemieckiej wiosce wzdłuż Renu, Ahr czy Mozeli? Cóż o związkach wina alzackiego z kapustą i wieprzem? Cóż wspominać o „wieśniaczych” austriackich heurygerach, w których żony winiarzy częstują swoimi – o zgrozo! – kiełbasami w strojach – o jeszcze większa zgrozo!! – ludowych. O chłopskich furmankach („trawa z butów!”), na których w rytm ludowych zawodzeń z kieszeniami wypchanymi serem i tannatami magnum pod pachami wytrzęsieni ostatecznie i szczęśliwi odwiedzaliśmy swego czasu kolejne gaskońskie chateaux (ze dwóch masters of wine trzęsło się na tych furmankach – chyba powinni im odebrać tytuły).

Wino jest bowiem produktem rolno-spożywczym, o czym w Polsce chętnie zapominamy. Z jakiegoś powodu – bodaj czy nie ignorancji po prostu – wbiliśmy sobie do głowy, że jest to napój o tak wysokim stopniu szlachetności, że w innym niż luksusowe wnętrzu nie potrafimy go sobie wyobrazić. Choć pewien procent (wcale niemały) światowego wina powstaje w nowoczesnych zakładach przetwórczych, w których pracują dyplomowani enolodzy-artyści w krawatach lub przynajmniej wytartych marynarkach, cała reszta wytwórców wina (ta właśnie, o której myślimy, powołując się na tradycje winne regionu itp.) to… rolnicy. Wiedzą o tym Włosi, Francuzi czy Hiszpanie, wiedzą o tym w Napa Valley (tam dopiero folklor!). W Polsce jeszcze nie wiedzą, bo u nas wino produkują wciąż głównie profesorowie uniwersytetów, biznesmeni, lekarze i prawnicy.

Nie chcę przez to powiedzieć, że nie ma miejsca dla wina w wytwornych lokalach, że zanim wychylę kieliszek w domowym zaciszu, szukam nerwowo dresu i kufajki. Są wina przeznaczone wyłącznie na najbogatsze stoły, są wina, których niemal nie wypada wypić w innych okolicznościach. Ale to promil światowej produkcji. Wino en masse to produkt wsi, wpisany w jej tradycję (czy to prostą, festynowo-rolniczą czy to – wcale nierzadko – dworsko-szlachecką), w jej historię i wreszcie – w jej kulturę. Nawet jeśli tej kultury nie lubimy, jeśli nas mieszczuchów śmieszy i drażni, nie mamy prawa zawłaszczać wina. Wino powstaje dla tych mas, które świetnie się bawią przy – pardon! – popularnej muzyce i prostym zgrzebnym jedzeniu. To one za nie płacą, nie tych kilku dziennikarzy i blogerów winnych, którzy żerują na darmowych próbkach i otwartych degustacjach.

Czas Wina nr 85

Zdjęcia

Komentarze

chinna / 10.04.2017 14:15

We’ve developed a method where users can hack WhatsApp accounts online from their PC or mobile device. With the WhatsApp hack tool, you can spy on any account history if you have their phone number!

chinna / 22.04.2017 11:15

Whenever I go from home or running errands to work I always kick myself that I can't continue to use iMessage for PC when I want to chat with ...

Twój komentarz
FB