Zapomnieć o Oktoberfest

Dawid Leszczak02.01.2018 16:27

Największe święto piwa nie istnieje. Umówmy się, że na chwilę uwolnimy się od stereotypu. Zapomnijmy o tej barwnej kliszy, o litrowych masskrugach roznoszonych przez krzepkie dziewoje i rubasznych panach w krótkich skórzanych portkach. Okrążmy świat piwa i przekonajmy się, jak świętują inni.

O największym festiwalu piwa na świecie słyszał niemal każdy. Co roku odwiedza go ponad 6 milionów gości spragnionych kultowego klimatu i dobrego piwa, obowiązkowo popijanego z gigantycznych kufli. Oktoberfest jest jak rak, który zainfekował zdrową tkankę piwnego świata i na stałe zdominował nasze wyobrażenia o piwnym świętowaniu. Ilekroć usłyszymy tę nazwę, przed oczami przesuwają się nam obrazki rodem z popkulturowego kalejdoskopu. Weseli Bawarczycy toczący beczki i stukający się gigantycznymi kuflami, strumienie piwa, pęta kiełbas, jowialne przyśpiewki. Spróbujmy na chwilę uwolnić się od tego stereotypu i wyruszyć w podróż po trochę innym świecie piwnych festiwali, oddalając się trochę od przaśnej atmosfery Oktoberfest. Choć, jak się okazuje, nie musimy nawet specjalnie się oddalać…
fot. shutterstock / FotokonMoże i Oktoberfest jest najbardziej znany, ale czy najlepszy? Z tą tezą na pewno nie zgodzą się bywalcy innej piwnej imprezy, która odbywa się również w Monachium, jednak nie na przełomie września i października, a w marcu. Wówczas w całym mieście trwa Starkbierfest, czyli Święto Mocnego Piwa. Przez Monachijczyków określane jest ono mianem „piątej pory roku”. W kuflach króluje wówczas ciemniejsze i mocne piwo, głównie różne koźlaki dubeltowe (doppelbock), potężnie zbudowane i obdarzone rogami, które potrafią ubóść nawet najtwardszego zawodnika. Mowa o okresie Wielkiego Postu, kiedy picie mocnego piwa było swoistą tradycją, osłodą ciężkich postnych dni i solidną strawą, która pozwalała odpowiednio nawodnić i odżywić organizm poszczącego mnicha. Nic dziwnego, jedno duże piwo tego typu to ponad 700 kalorii.
Nie tak daleko od Monachium ma miejsce inne doniosłe piwne święto. Tym razem dla odmiany jest to święto piwa jasnego i lekkiego. Mowa o Festiwalu Pilznera w Pilźnie, odbywającym się rokrocznie wydarzeniu, na którym Czesi czczą swój największy piwny skarb – Pilsner Urquell, czyli ojca chrzestnego ponad połowy wszystkich piw na świecie. Ale oryginał ciężko podrobić, o czym nie trzeba przekonywać pilzneńczyków, którzy w tych dniach dosłownie toną w litrach swojego ulubionego piwa. Nie zabraknie żwawej muzyki i wspaniałych czeskich przekąsek w rodzaju marynowanego piwnego sera czy serdelków à la utopenec. A wszystko to oczywiście w październiku.
Nie sposób, żeby gorączka piwnego świętowania ominęła również Belgów, którzy szczycą się, że posiadają więcej gatunków piwa niż Francuzi serów. Niektóre są przepyszne, inne po prostu godne uwagi, ale jedno jest pewne – mamy do czynienia z krajem o bodaj najstarszych tradycjach piwowarskich. Znajduje to odzwierciedlenie podczas organizowanego co roku w Brukseli Piwnego Weekendu (Belgisch Bierweekend). Całe wydarzenie odbywa się z prawdziwą pompą z udziałem starszyzny i miejskich rajców oraz burmistrza, który w Sali Gotyckiej w Ratuszu urządza uroczystą koronację. W trakcie ceremonii władzę nad miastem przejmuje Bractwo Rycerzy Zacieru (historycznej gildii piwowarów). Podczas festiwalu, który odbywa się w pierwszy weekend września, podwoje otwierają najstarsze gospody i historyczne piwnice, wytaczane są beczki, a po średniowiecznej starówce spacerują parady przebranych w kostiumy miłośników wszelkiej maści belgijskich piw.
Jeszcze bardziej na północ od belgijskiej Brugii i francuskiego Calais rozciąga się surowe królestwo, w którym oprócz starszej pani w drogich kapeluszach niepodzielnie królują niepokorne ales, barley wines, stouty czarne jak sumienie Henryka VIII, pełne herbacianej goryczy IPA, a na pagórkowatych wrzosowiskach Highlands zdarza się nawet mocne, słodowe scottish ale. Wielka Brytania, w której tradycja konsumpcji piwa, pubów i całej związanej z tym kultury jest równie stara jak menhiry ze Stonehenge, jak żaden inny kraj ucierpiała kiedyś na fali lageryzacji, czyli zalewu tanich przemysłowych jasnych piw, fermentowanych w metalowych kegach i sprzedawanych w puszkach. Możliwe, że te wspaniałe piwa wyginęłyby bezpowrotnie, gdyby nie troska organizacji CAMRA – Campaign for Real Ale, która od lat siedemdziesiątych stawia sobie za cel promocję tradycyjnego piwowarstwa, drewnianych beczek i pubów z prawdziwego zdarzenia. CAMRA organizuje również doniosłe wydarzenie Great British Beer Festival w Londynie, ale prawdziwa siła organizacji tkwi w działaniach oddolnych. Od lat wspiera i organizuje setki mniejszych wydarzeń w całej Wielkiej Brytanii, pomagając lokalnym browarom i wystawcom zaprezentować swoje produkty oraz integrując lokalną społeczność.
Ostatni łyk piwa w Dover i opuszczamy Europę, wyruszając śladami najsłynniejszych transatlantyków wszechczasów, na czele z Titanikiem. Rozkochani w piwie Amerykanie słyną na całym świecie ze swojego kowbojskiego rozmachu i megalomanii. W Stanach wszystko musi być większe, lepsze i poprzedzone przymiotnikiem american (albo jednym z jego synonimów – imperial, double, czy po prostu super). Tak powstał dobry tuzin stylów piwa z dodatkiem całych garści aromatycznych amerykańskich chmieli. Najlepiej spróbować ich na Great American Beer Festiwal, który na pewno spełni oczekiwania wszystkich fanów jankeskiego sznytu. Ale choć ten festiwal imponuje wielkością i rozmachem, to jednak Stany Zjednoczone mają do zaoferowania znacznie więcej. Sporo imprez odbywa się w Portland, w stanie Oregon, amerykańskiej stolicy piwa rzemieślniczego. Fanów piwa dyniowego o wspaniałym korzennym smaku nie może zabraknąć na Great Pumpkin Beer Fest, na którym nie zabraknie również odniesień do słynnego święta Halloween. Organizowany w Minneapolis festiwal Where the Wilds Beers Are prezentuje piwa dzikie, czyli farmhouse ale, będące amerykańską wersją surowego belgijskiego saison. W czasie festiwalu wiele osób przebranych jest w stroje wilków, co dodatkowo potęguje niesamowitą atmosferę tego święta „dzikiego” piwa.
fot. Wikipedia / Wolfgang KoppKolejny to Sly Fox Bock Festival w Pottstown. Pensylwania słynie z wyścigów kozłów, w których zwycięskie zwierzę zostanie uczczone w nazwie piwa rozlewanego tuż po zakończeniu gonitwy. Nikogo nie zdziwi chyba fakt, że głównymi piwami na festiwalu będą różnej maści piwa typu bock – koźlak majowy, dubeltowy, lodowy… Nie zabraknie tradycyjnej niemieckiej kuchni i ludowej muzyki. Festiwal Piw Dojrzewających w Beczce w Chicago jest jednym z bardziej ekskluzywnych. Zaporowa dla wielu cena wstępu (ponad 50 dolarów) jest gwarancją niezwykłych doznań – na miejscu skosztować można limitowanych wersji piw z dodatkiem ziaren kakaowca, chili, rzadkich gatunków kaw, dojrzewających latami w beczkach po sherry oloroso czy Burbonie. Festiwal Dziwnego Piwa w Reno w Newadzie to z kolei niepowtarzalna okazja, by skosztować piw mocno odbiegających od przyjętych standardów. Ale z gumą do żucia, bock z dodatkiem kwaśnych cukierków czy suhi porter mówią same za siebie. Z kolei Brew-Ski Festival w Harbors Springs łączy dwie pozornie niezwiązane ze sobą pasje – białe szaleństwo i złoty trunek. W pobliskiej Kanadzie również szanują piwo i dają temu wyraz w trakcie corocznego Mondial de la Bière, jednego z największych piwnych festiwali na świecie.
Komu jednak Europa zbyt powszednia, Ameryka za mało egzotyczna, zawsze może wybrać się na Qingdao International Beer Festival, organizowany w Qingdao w prowincji Szatung (Chiny) i szumnie określanym mianem azjatyckiego „Oktoberfest” (nie da się uciec od skojarzeń). Co prawda chińskie Tsing Tao jest jednym z najgorszych piw na świecie, ale na festiwalu będzie tyle innych wspaniałości, że nawet nie trzeba patrzeć w jego stronę. Swoje festiwale piwne mają również kraje latynoskie – np. brazylijski Beerfest czy Festival Cerveza Artesanal w Kostaryce. Właściwie jeśli chcemy odwiedzić jakiś zagraniczny festiwal piwa, to jedynie Iran będzie kiepskim kierunkiem, bo nawet w Korei Północnej warzy się całkiem przyzwoite piwo Taedonggang, a w ubiegłym roku w Pjonjang odbył się pierwszy i to aż 20-dniowy festiwal piwa, w którym rzekomo wzięło udział 700 (!) osób. I pewnie dla wszystkich tych szczęśliwców Taedonggang pozostanie najlepszym, bo jedynym piwem na świecie. Żaden z północnokoreańskich piwoszy nie mógł spróbować nawet ułamka wszystkich marek piw, które w ciągu swojego życia wypił Kim Dzong Un, imprezowy syn nieodżałowanego Ukochanego Przywódcy.
Korea Północna jest może najbardziej „czerwoną” stolicą świata, ale nie tak dawno temu serce światowego ruchu robotniczego biło zupełnie gdzie indziej. Krótka przejażdżka koleją transsyberyjską zabierze nas do Moskwy, gdzie od lat odbywa się Gwiazdkowa degustacja porterów bałtyckich. To niepowtarzalna okazja, żeby spróbować tych wspaniałych czarnych jak noc piw o dyskretnym kawowym posmaku, które przyjeżdżają do Moskwy z całego świata. Serce krzepi świadomość, że od lat na konkursie triumfy świecą piwa z Polski, chociażby wspaniałe portery z browaru Kormoran, który ostatnio zasłynął porterem bałtyckim Imperium Prunum z dodatkiem regionalnej suski sechlońskiej. Piwo, dzięki temu, że znalazło się na krótkiej liście najlepszych piw świata portalu RateBeer.com, szybko osiągnęło horrendalne ceny detaliczne, nawet 100 zł za butelkę trunku.
W ten sposób okrążyliśmy cały świat i wracamy do Polski. Ale pocieszające jest to, że wcale nie mamy się czego wstydzić w materii piwnych festiwali. Jednymi z wydarzeń najsilniej wpisanych w naszą tradycję są Chmielaki Krasnystawskie oraz Grodziskie Piwobranie. Wydarzenia odbywające się na dwóch przeciwległych krańcach Polski. Jedno przy ścianie wschodniej, drugie w piastowskiej Wielkopolsce. Żadne nie jest przypadkowe. Chmielaki, odbywają się na Lubelszczyźnie z okazji końca zbiorów. Chmiel Lubelski jest jednym z naszych piwnych skarbów, szeroko znanym zagranicznym piwoszom. Nasz kraj w piwowarskim świecie reprezentuje jeszcze jedno – unikatowy polski styl piwa – „Grodziskie”, które wywodzi się z małej miejscowości Grodzisk Wielkopolski. To przedziwne pszeniczne dymione piwo o niewielkiej zawartości alkoholu uwiodło wielu poszukiwaczy wyjątkowych i nieoczywistych połączeń smakowych. To piwo typu kochaj albo rzuć. Dla jednych jest ohydną wodą po wędzonce, dla innych nietuzinkowym i niezwykle smacznym eksperymentem.
Ale w Polsce jak grzyby po deszczu wyrosły nowe festiwale, które prześcigają się w liczbie piw czy spektakularnych premier. Jednym z największych jest wrocławski Festiwal Dobrego Piwa trwający od 2010 roku, który co roku gromadzi największe rzesze zwolenników napitku doprawianego chmielem. Popularność piwa w ostatnich latach sprawiła jednak, że nawet w mniejszych miastach organizuje się często jednodniowe wydarzenia, dające szansę na promocję lokalnym markom. Nawet nie zdajemy sobie sprawy, ile skarbów skrywa nasz region. Pełnymi garściami czerpią z nich chociażby wspomniany już browar Kormoran czy opisywany w tym numerze browar Nepomucen, który warzy piwa z dodatkiem wspaniałych borówek z milickich lasów oraz z chmielem z lokalnej plantacji.
Dlatego zamiast wyruszać na podbój Oktoberfest, żeby sączyć karmelowe marzenbier z wielkich i koszmarnie nieopłacalnych kufli, warto wybrać się na jeden z rodzimych, lokalnych festiwali. Smak piwa uwarzonego z dodatkiem lokalnych surowców w towarzystwie znanych Państwu regionalnych smaków – wędlin, serów, grzybów i innych skarbów lasu – najdobitniej chyba pokaże, czym jest idea terroir w świecie piwa.

Czas Wina nr 88

Zdjęcia

FB