Zieleńszy odcień doliny

Wojciech Gogoliński25.06.2012 12:21

Zaczął pradziadek Anthony’ego Rawbone’a-Viljoena. Mieszkał w namiocie, zanim wybudował dom. Jego syn był senatorem, więc do Elgin poprowadzono kolej z Kapsztadu. Pozostawił po sobie okazały dwór, w którym dopiero jego syn zajął się interesami.

Następny potomek studiuje enologię w Australii i powoli przejmuje schedę po ojcu. Ale rodzinne sprawy są bardziej skomplikowane w Oak Valley.

Elgin to malutki region winiarski leżący trzy kwadranse samochodem od Kapsztadu. To bodaj jedyne takie miejsce na ziemi – dolina otoczona ze wszystkich stron hotentocko-holenderskim pasmem. Jest maleńka – jeśli podjechać na łagodne, dowolne zbocze, widać całość jak na dłoni. Gdyby istniały mierniki soczystości zieleni, Elgin byłoby na pierwszym miejscu. W dodatku to najchłodniejsze miejsce w RPA, z jednym z najwyższych wskaźników… nasłonecznienia!
Znad zimnego Atlantyku ciągną masy chłodnego powietrza, dostarczając wilgoć i chmury. Ale gdy się rozpogodzi lub przejdzie krótka burza, zieleń zniewala oczy. Idealne warunki do podmiejskiego życia i wegetacji roślin. Cud na ziemi.

Cholerne dęby

Fot. Elgin VintnersJednym z pierwszych, który to pojął, był wspomniany dziadek Anthony’ego. Był tak zachwycony, że postawił namiot i posadził tu… 600 dębów. Dziś to przekleństwo rodzinnych interesów, bo drzewa są wpisane na listę UNESCO. Zresztą klną wszyscy winiarze – całe połacie doliny krajowy rząd i UNESCO powycinały pod parki narodowe. Cieszą się tylko rowerzyści, którzy nie tylko jeżdżą tu przez cały rok, ale jeszcze urządzają światowe zawody.
Od tych dębów miejsce ma przydomek Oak Valley lub raczej Eikendal w języku afrikaans. Pożytek z drzew jest dla Anthony’ego tylko taki, że nie miał problemu z wyborem nazwy dla swojej firmy – Oak Valley. Gorzej, że nie bardzo wiedział, co tu sadzić. Jego posiadłość to zatem głównie sady jabłkowo-gruszkowe. Tak samo zrobili inni i dziś 70 proc. eksportu tych owoców z RPA pochodzi z Elgin. Należą do najlepszych na świecie.
Ponieważ rodzina Rawbone-Viljoen to pionierzy w Elgin, ich posiadłość ma prawie dwa tysiące hektarów! Anthony dołożył do tego kilkanaście hektarów szklarni i dziś niemal wszystkie kwiaty cięte w całym gigantycznym Kraju Przylądkowym pochodzą właśnie stąd. Dopiero wtedy zorientował się, że to idealne miejsce na uprawę winorośli. Posiada 48 hektarów winogradu i ciągle sadzi nowe krzewy – na zboczach, bo na dole już nie ma miejsca. To dlatego syna wysłał na enologię do „sąsiedniej” Australii.
Bo Eikendal klimatycznie przypomina Tasmanię, choć niektórzy mówią, że nawet Burgundię. W każdym razie ich chardonnay, sauvignon, pinoty i mieszanka bordoska to dziś światowa czołówka. Jak niemal wszyscy tutaj zaczynał od odsprzedawania winogron innym. Wkrótce okazało, że ich jakość jest tak wysoka, że stać na nie tylko jedną winiarnię w RPA, spółkę Rupert & Rothschild z Franschhoek. Gdy sprawa się rozniosła, wszyscy rzucili się, by robić tu wina. Jeszcze dziesięć lat temu były tu ledwie 2–3 winiarnie, dziś jest 25, a ziemia należy do najdroższych w Afryce Południowej, zarówno rolnicza, jak i grunty pod domy.

Szwagier kolejarz

Cluverowie to z pochodzenia Niemcy (kiedyś, rzecz jasna, Klüverowie), w dodatku od pokoleń żeniący się z rodaczkami z odległego kraju. Nie z sentymentu – tak im jakoś wychodzi. Paul, szczupły, niespełna 30-letni blondyn, wygląda tak, jak kiedyś przedstawiało się Niemców w czarno-białych polskich filmach wojennych, choć pewnie o tym nie wie, bo nie oglądał Czterech pancernych. Nie streszczałem mu fabuły.
Paul senior, jego ojciec, z gromadki dzieci właśnie jego wyznaczył na następcę i szefa 90-hektarowej winiarni, choć pracuje tu całe rodzeństwo. – Jeszcze siostrze znalazłem przedniego kandydata i „kazałem” wyjść za Andriesa Burgera, winemakera, no i teraz wszystko mam pod kontrolą – zrywa boki ze śmiechu Paul junior. Sam w maju zeszłego roku poślubił poznaną we Frankfurcie pracownicę Deutsche Banku, która przeniosła się dla niego do filii firmy w Kapsztadzie.
To „kazałem” to przedni dowcip, ale „pod kontrolą” już nie. Młody Paul prowadzi firmę żelazną ręką. Ale oprócz wielu nagród ekologicznych, jest także wyróżnienie międzynarodowe za wzorowe traktowanie pracowników. Fragment posiadłości to też pomnik natury UNESCO. W jego portfolio są sauvignony i pinoty, germańskie rieslingi i gewürztraminery oraz „miody” – czyli wina botrytyzowane.
Podziwiałem wszystkie, ale uśmiałem się do łez przy przednim rieslingu Close Encounter (bliskie spotkanie) nazwanym tak na cześć szwagra-winemakera, który jadąc swoim jeepem, wpadł pod pociąg (tak, ten sam, którego linię wybudowano dla senatora z Oak Valley). Cudem wyszedł z wypadku tylko ze złamanym barkiem, więc dowcipny Paul uświetnił ten fakt nazwą wina.
Restauracja w podcieniach przy oczku wodnym, kuchnia z bambusowymi ścianami, sklepik – to moje kolejne odkrycia. I jeszcze kilkudziesięcioletni winiak – paręset butelek rocznie, w kryształach. Robiony dla zabawy, niesprzedawany. Ale gdyby go pokazać producentom koniaku, przynajmniej jedna trzecia z nich pomyślałaby: „Merde! Excusez-moi! Pomyliłem się”, po czym spakowaliby się i przenieśli do Alzacji sadzić kapustę, najlepiej od razu kiszoną. Dlatego po wina Paula kolejka jest długa. Cholernie długa.

Wespół, w zespół…

Fot. Oak ValleyKażdy z nich próbował osobno, ale praca w Kapsztadzie i produkcja wina w Elgin jako weekendowe hobby nie dały się pogodzić ze sobą. Parcele mają po ojcach, dziadkach. Od dawna byli świadomi jakości swoich owoców, ale sprzedawanie tak drobnych ilości większym wytwórcom to żadna chluba.
W końcu przy piwie w Grabouw (stolicy Elgin) doszli do wniosku, że do kitu z takim „interesem”. No i wymyślili spółkę – Elgin Vintners. Jest ich siedmiu, a ich prowodyr Paul Wallace wziął na siebie obowiązki szefa, winemakera, logistyka oraz w ogóle całe dowództwo. I dobrze, bo typowo afrykanerski Paul, treściwy ciałem (podobnie jak jego żona, która kieruje spółdzielczym sklepikiem wspólników), robi to z lubością i przejęciem. Aż do bólu.
Zanim dotknąłem piórem notesu przy pierwszej próbce wina, już wiedziałem wszystko o dwóch następnych, które nalewała jego żona. Wkurzali mnie na maksa, choć sami pęcznieli z dumy i usta im się nie zamykały (oczywiście ryczeli jednocześnie, a ja przy degustacjach przełącznik mam ustawiony na „mono”).
– Albo przywyknę, albo trzasnę drzwiami i wyjdę stąd – pomyślałem i… posmutniałem, bo nie miałem, gdzie wyjść. Przypominałem sobie, że akurat tego ranka (i w ogóle) Kraków jest ponad 10 tysięcy kilometrów stąd… – Dobra, niech kłapią dziobami, ja robię swoje –  zadecydowałem. Nie wiem w końcu, jak to się stało – może to świetne wina, może brak perspektyw wyjścia, a może wnoszone co chwilę przez gospodynię góry przekąsek sprawiły, że wpadłem w ich styl bycia. Przełącznik z „mono” sam przestawił się na „trio” – i teraz już wszyscy ryczeliśmy na całą dolinę, opowiadając sobie kawały.
Wina naprawdę są git, ponaddolinowa przeciętna, choć nie wiem, gdzie ta przeciętna jest! Bo, żeby tu zrobić złe wino, trzeba w to włożyć sporo wysiłku. Oni jako jedyni są „nowi”, więc może dlatego szukają kontaktów, miejsc zbytu. Choć po kilku próbkach widać, że gdy tylko ruszą w świat, role się odwrócą. To handlowcy będą się im kłaniać w pas, a ceny win poszybują wysoko.

Wiking na plaży

Nienawidzę też takich degustacji, kiedy winiarz w ogóle nie interesuje się, tym co myślę i co notuję. Ja robiłem swoje, a Andrew Gunn z flegmą patrzył w stronę okna. Moją ekscytację miał wyraźnie gdzieś. Spokojnie odpowiadał na pytania dotyczące winifikacji. Potem oprowadził mnie po winiarni. Nie potrzebował komplementów. Zna je na pamięć. Wszystko robi spokojnie, konsekwentnie, do końca. Z precyzją zegarmistrza. Nieśpiesznie. Choć nie ma nawet holendersko-afrykanerskiego pochodzenia.
Fot. Paul Cluver WinesJego przodkowie wywodzą się ze szkockiej szlachty z wyspy Iona (stąd nazwa winiarni), a jeszcze dokładniej – spośród osiadłych tam… wikingów. Ale Andrew nie lubi mówić o przeszłości i swych konotacjach. Jakby się odciął od tego. Dorobił się w branży medycznej, a potem rzucił to wszystko w diabły i kupił zrujnowany dwór w Elgin. Odbudował go z żoną Rozy (ach, jak ona gotuje!) z zachowaniem każdego detalu. Jest pełen bibelotów i pamiątek. Sam stół w jadalnym ma takie rozmiary, że można przy nim rozgrywać jednocześnie dwa mecze w ping-ponga. Dobudował domek myśliwski, głównie dla masy londyńskich i nowojorskich restauratorów (oraz dziennikarzy), którzy tu ściągają, by przekonać go, że to właśnie im powinien sprzedawać swoje wina.
Dobiegający sześćdziesiątki Andrew garnitury i krawaty rozdał, sam chodzi przez cały rok w krótkich spodniach, rozpiętej koszuli i nie musi już korzystać z usług fryzjera. Jeździ najpiękniejszym modelem land-rovera, tą słynną wojskowo-kolonialną wersją pustynną (znaną mi wcześniej z północnej Afryki), gdzie oprócz siedzeń (dzięki Bogu!) oraz silnika i kierownicy nie ma żadnych mechanizmów. Nawet szyby wciąga się skórzanym paskiem. Żonie to nie przeszkadza i zadawala się innym klasykiem – starym jagiem XJS.
Gunn ani myśli jeździć po świecie i reklamować swoje wina, z flegmą przyjmuje informacje o kolejnych nagrodach, opędza się od ściągających go potencjalnych kontrahentów. – Bywanie mam za sobą, spotkania, narady, biznes i całe to… (pewnie gdyby nie był dżentelmenem, powiedziałby „gówno”) zamieszanie – wyjaśnia. – Mieszkam w raju na ziemi i zdaję sobie z tego sprawę, to moja emerytura, robię to, co lubię, chcę spokoju. A spokój znajduję, robiąc wina – kończy i nie wraca do tematu.
Jeśli Elgin jest Waldorf Astorią w RPA, to Andrew i Rozy faktycznie mieszkają w jego prezydenckim apartamencie. Zaledwie trzy kilometry od morza. To jedyny przesmyk, który otwiera dolinę na zimny Atlantyk. Piaszczyste wydmy, metrowe głazy pośród sosnowych lasów otaczających jego winnice i zatokę. Gdybym był Paris Hilton, takie miejsce jako pierwsze na ziemi wybrałbym na nową inwestycję. Ale Andrew z wrodzoną flegmą od razu by ją zastrzelił, zanim zdążyłaby coś powiedzieć. Po czym otworzyłby lufę sztucera, przedmuchał ja i wrócił do codziennych zajęć.

Niespokojne flaszki

Z braku czasu nie udało mi się tylko spotkać z Rossem Gowerem, którego znam sprzed lat z Klein Constantii. Tam zakotwiczył na kilkanaście lat i to on stoi za świetnością tej jednej z najbardziej znanych dziś winiarni na świecie. Choćby dlatego, że dla właścicieli, rodziny Jooste, odtworzył słynne Vin de Constance, słodkie wino, dla którego przez wieki na królewskich dworach konkurentem był tylko tokaj.
Wcześniej ustawiał produkcję w innych winiarniach, zna wszystkie regiony RPA od podszewki, ale na wczesną emeryturę wybrał właśnie Elgin. Mogę się tylko domyślać, co i jak robi, bo nawet inni lokalni producenci się nim chwalą. To ikona południowoafrykańskiego winiarstwa starszego pokolenia, no, przynajmniej starszego w sensie takim, że nie jest młodszy od Ebena Sadiego czy André van Rensburga. To niespokojny duch, więc kiedy z przekazów dowiedziałem się, że robi najlepsze w okolicy… wina musujące, wcale się zdziwiłem. Nie dlatego, że nikt inny ich nie robi – po prostu Ross zawsze musi być inny. I perfekcyjny. Jak ta dolina obok Kapsztadu jest różna od całego RPA…
Krótko – jeśli znajdą się Państwo w Kapsztadzie, to proszę wybrać znaki kierunkowe na Elgin lub Grabouw (droga N-2). Na pewno Państwo nie pożałują!


Elgin

Klimat – chłodnawy, wietrzny, wilgotny, ale o dużym nasłonecznieniu
Opady – 1000 mm
Główne odmiany – chardonnay, riesling, sauvignon blanc, pinot noir, shiraz, sémillon, gewürztraminer
Liczba winiarni – ok. 25

 

O enoturystyce w RPA czytaj na Kraj dobrej nadziei

Czas Wina nr 56

Zdjęcia

FB