Australia: Na dole, w kącie świata

„Ponad sześć milionów osób przemierzyło morza i oceany, by osiedlić się w Australii” – taki napis znajduje się na Welcome Wall w Darling Harbour w Sydney.

Mnóstwo polskich nazwisk. Obok nazw statków, którymi przybyli na australijski ląd. Ściana powitalna to część morskiego muzeum, dobre miejsce, by zacząć zwiedzanie Australii.
Darling Harbour to nowoczesna dzielnica Sydney, w której znajduje się muzeum, szokuje nowoczesnością. Trudno uwierzyć, że wszystko zaczęło się niecałe dwieście czterdzieści lat temu, kiedy to w 1770 roku do wybrzeży Australii zawitał pierwszy Europejczyk, poddany brytyjskiej korony kapitan James Cook. Dlaczego nowo odkryte ziemie nazwał „Nową Południową Walią” pozostaje tajemnicą. Dlaczego był aż tak precyzyjny? Dlaczego nie po prostu Nową Walią?

Sydney na trzech poziomach
Życie w Sydney przebiega na trzech poziomach: na wodzie, lądzie i powietrzu. Pierwszy, najważniejszy to woda. Miasto wydaje się organicznie z nią zintegrowane. Na wodzie toczy się życie Sydney. Wodnymi autobusami jest najwygodniej i często najszybciej przemieszczać się pomiędzy dzielnicami rozciągniętymi wzdłuż brzegów zatoki. Ci, którzy nie chcą się wlec autobusami, mogą skorzystać z usług wodnych taksówek krążących przy nabrzeżu.
Na starych „emerytowanych” krypach funkcjonuje wiele świetnych knajp. Nic to, że obecnie zacumowane są na stałe przy kei, ważne, że ciągle cieszą ludzi swoją elegancją i gracją. Prawie na wodzie znajduje się też ikona Sydney – tutejsza opera. Futurystyczny, skrzydlaty budynek z lądem łączy tylko wąska grobla.
Ląd jest na wskroś nowoczesny. Jeśli chcesz znaleźć stare uliczki, klimaty z dawnych czasów, lepiej od razu wracać do Krakowa. Symbolicznie pozostawiono kilka starych ulic pełnych tradycyjnych pubów, uliczny targ, gdzie możesz kupić kangurze skóry i jakże przydatne w codziennym życiu bumerangi. Winomaniacy zapewne odwiedzą Odyssey Wine Club, gdzie można kupić kompletne degustacje win od najlepszych australijskich producentów. Klub prowadzi też bar podający dobre i niedrogie dania.
Biznesowe życie Sydney odbywa się wysoko nad ziemią. Drapacze chmur są siedzibą nie tylko biurowców, ale też najlepszych restauracji i hoteli. Kilka wieżowców – wolno obracających się wokół własnej osi – ma restauracje na sześćdziesiątym czy siedemdziesiątym piętrze, skąd można w czasie posiłku zobaczyć całą panoramę miasta.
Powietrzna, bo zawieszona na wysokiej na 4 metry szynie, jest szybka i bezgłośna miejska kolejka Monorail Train.

Jak pierogi to w Adelajdzie
Tłumy ludzi ciągną na centralny targ w Adelajdzie. To miejsce, gdzie można kupić i zjeść prawie wszystko. Prym wiodą oczywiście Azjaci. Niezliczone chińskie, japońskie, indonezyjskie, tajskie, malajskie bary podają przyzwoite jedzenie za jeszcze bardziej przyzwoite pieniądze.
Nieco wyżej lokują się Hindusi. Ich restauracje znajdują już poza kompleksem targowym, na przylegających uliczkach. W sąsiedztwie liczne knajpki włoskie, greckie, francuskie oraz z kuchnią fusion – właściwie wszystko, o czym można zamarzyć w sobotni wieczór.
Ale Australia otwarta jest na wszystko i wszystkich. Chodząc alejkami targowymi, spotykamy wiele polskich produktów, od kiełbasy krakowskiej po porządne pierogi. Podobno polskie pierogi (dla niepoznaki zwane ruskimi) Australijczycy upodobali sobie najbardziej.

Winna (i smaczna) Barossa
Maggie Beer to taka australijska Makłowicz. Prowadzi kulinarne programy telewizyjne, jest autorką najbardziej poczytnych australijskich książek kucharskich. To właściwie ona rozbudziła zainteresowanie Australijczyków dobrą kuchnią i gastronomią. W centrum Barossy posiada farmę bażantów, od której rozpoczęła swoją przygodę z kulinariami.
Dziś posiadłość to spory kompleks, gdzie oprócz sklepu z produktami wytwarzanymi (lub firmowanymi) przez Maggie można również dobrze zjeść, ale przede wszystkim uczestniczyć w kursach kulinarnych prowadzonych przez zespół ludzi pod dowództwem córki Maggie.
„Dlaczego w Australii robicie aż tyle rodzajów wina?” – zapytano kiedyś znanego tutejszego winiarza Petera Lehmana. „Because we can” – bo jesteśmy w stanie, brzmiała krótka odpowiedź.
Rzeczywiście tutejsi winiarze robią wszystko, od maślanych chardonnayfrancuska odmian białych winogron, jedna z najbardziej rozp... (...) poprzez mięsiste shirazy do zadziwiająco dobrych sherry i porto. A wszystko to przy „otwartych drzwiach winiarni”. Instytucja cellar door rozpowszechniła się ostatnimi laty niezwykle. Właściwie każdy tutejszy winiarz otwiera swoje drzwi odwiedzającym. U większości z nich wina można posmakować zupełnie gratis. Niektórzy tylko wprowadzili cenniki dla swoich najdroższych wyrobów.
Będąc obcokrajowcem z odległej Europy, wdając się w sympatyczną rozmowę na temat win i nie tylko, ma się praktycznie gwarancję zaproszenia do spróbowania wszystkiego, co najlepsze z każdej piwnicy.

Uwaga na nocne koale
Jak spotkasz taki znak drogowy, znaczy: niechybnie jesteś w Australii. Trochę kuriozalny to znak, zważywszy, że misie koala ponad dwadzieścia godzin na dobę spędzają we śnie zaszyte w eukaliptusowych konarach. A może to takie australijskie poczucie humoru. Tego zresztą Australijczykom wcale nie brakuje. W wielu księgarniach można spotkać mapy skonstruowane w taki sposób, że południe znajduje się u góry, a centralnym miejscem świata jest Australia. Na tej mapie to my, w Europie jesteśmy gdzieś tam w dolnym prawym rogu. A może to nie australijski humor, a prorocza grafika. Może przyszłość należy do Australii i Azji, a nasze wnuki takich map będą się uczyć na lekcjach geografii w szkole, w której obowiązkowym językiem obcym będzie chiński.
Tego nikt nie wie. Wiadomo jednak, że warto odwiedzić Australię.