Bratankowie w winie?

Węgier, Polak, dwa bratanki, i do szabli, i do szklanki!

Tak powiada dziś do podszewki już zużyte przysłowie z XVIII wieku, łączone z węgierskim wychodźczym epizodem przywódców konfederacji barskiej. Ha, ale do jakiej szklanki, jakimże trunkiem wypełnionej? Winem, rzecz jasna! I to węgierskim, które u dawnych Polaków było w wielkim użyciu. „Takem myślił” – że użyję mickiewiczyzmu – czytając błyskotliwy tekst „In vino(wł.) wino.. fabula” Marka Bieńczyka, pisarza i konesera.

Autor Przezroczystości przywołuje – w kontekście rozważań o Filozofii wina Beli Hamvasa – klasyczny podział narodów na pijące winonapój uzyskiwany na drodze całkowitej lub częściowej fer... (...) i pijące wódkę: te pierwsze mają w sobie taneczną lekkość, te drugie cały ciężar świata („Tygodnik Powszechny”, nr 4, 2010). Nie żebym chciał kwestionować czy wchodzić w dyskusję, ale się po prostu zadumać: na ile bratankowie Madziarzy wirują w „tanecznej lekkości”, na ile zaś gną się pod „ciężarem świata”? Potomkowie (rzekomi) Attyli to niewątpliwie naród bardziej winny niż wódczany, ale pokażcie mi u Włochów, Francuzów czy Hiszpanów wódki tak dla ich tradycji fundamentalne, jak dla Węgrów palinka czy śliwowica. Szklanka wprawdzie winu pasuje, ale może właśnie czereśniówką czy morelówką napełnionymi szklanicami trącali się nasi uchodźcy z węgierskimi bratankami?

Przysłowiowe pokrewieństwo ludów znad Dunaju i Wisły nie o przyjaźni jedynie mówi, ale i o bliskości charakterów narodowych, a ten już u Polaków nieodłącznie z całym „ciężarem świata” związany. Od stuleci cierpimy za miliony, Węgrów nie wyłączając, cośmy się im z niewoli osmańskiej pomogli wydobyć wiedeńskim triumfem Sobieskiego. Jako i my, Madziarzy równie srogo ciężarem klęsk, powstań, wojowań, podziałów doświadczeni, od których ucierpiała ich winna kultura – przyniesiona pono przez włoskich i francuskich osadników w XIII wieku, stłumiona chwilowo przez nieżyczliwego winu Turczyna. Daliśmy Węgrom króla (Władysława Jagiellończyka), oni nam tako (Stefana Batorego), Porta Otomańska i Austria obu narodom bobu zadały. Węgrzyna szlachta polska miała za najprzedniejsze wino, a jadła suto, tłusto i prawie tak ostro jak węgierska. A jeszcze Franciszek Rakoczy, a jeszcze generał Bem… Tradycja bratania długa i wszechstronna, losy, charaktery i jadło podobne, ale jako żywo tanecznej lekkości u pobratanych narodów na przestrzeni dziejów nie widać. Nie przetańczyliśmy – my i Madziarzy – także i XX wieku, który czarę klęsk i cierpień dopełnił. Ciężar istnienia, a nie lekkość bytu wypełnia też książki węgierskich klasyków XX-wiecznej literatury – Maraia i Kertesza. Cóż więc począć z tą przynależnością Węgrów do narodów klasycznie „winnych”, skoro przecie nie tanecznym krokiem przeszli przez dzieje Europy? Może to podział klasyczny jest winny i fałsz w nim jakiś siedzi?

Mam ja na ten temat swoją tezę – czując do dziś na języku strumyczek rzeźwego badacsonyi i uroczysty aromat egri pinot noirjedna z najbardziej rozpowszechnionych i najstarszych czerwo... (...), obiekty mej stałej tęsknoty. Teza brzmi: treścią i naturą wina jest czas, jego światem – spokój. Nie godzą się z nim nomadyzm i koczownictwo, zmienność i zawierucha. Naturalną koleją rzeczy w świecie, który jest constans, wino przychodzi do człowieka. Madziarzy zaś (podobnie jak Chorwaci, Bułgarzy) przyszli do wina, ledwie co przygalopowali na swych niestrudzonych wierzchowcach. Dopiero z trudem nabywają tanecznej lekkości. Ale i tak – gdzież nam do nich, bratanków?