Czasem jednak sacrum

Pisząc o winie, staram się nie popadać w emfazę, sentymentalizm czy drażniący patos.

Mam zrozumienie dla tych, którzy – słysząc o zniewalających i otchłannych aromatach oraz smakach – wzruszają ramionami i deklarują, że po prostu lubią pić winonapój uzyskiwany na drodze całkowitej lub częściowej fer... (...). Często się z nimi solidaryzuję.

Czytam teksty ludzi mądrych i z enologicznym doświadczeniem, zazwyczaj zazdroszcząc im wrażliwości powonienia i podniebienia oraz wyobraźni i literackiej biegłości w utrwaleniu jej darów. Chciałbym się więc nieustannie uczyć wina i jestem zdecydowany trwać w tym zamiarze, choć wiem, że z wyroku natury jestem po prostu skazany na wieczne terminowanie.

Fot. W. GogolińskiJednak czasem, nie tak znowu często, ale też nie od wielkiego dzwonu – ot, tak raz na jakiś czas, niekiedy, jakby sporadycznie, ale przecież na tyle regularnie, że dobrze to pamiętam – zatem: od czasu do czasu zdarza mi się przygoda z winem, której wspomnienie we mnie trwa, żyje, szlachetnieje, nabiera barw i smaków, w końcu – upewnia mnie, że wino to coś więcej. Dlatego dziś będzie poważniej, niż to się zwykle dzieje w rubryce pod szyldem VINUM PROFANUM.

Los chciał, że ostatnio trzykrotnie – na różne sposoby – doświadczyłem wina w wymiarze wyjątkowym, choć tylko jedno z tych doświadczeń łączyło się z poznaniem zawartości zacnej butelkityp butelek o różnym kształcie, pojemności i kolorze, pr.... Najpierw przypadkowo usłyszałem w pewnym dzienniku radiowym wiadomość, że podczas aukcji w jednej z wielkich stolic Europy sprzedano butelkę wina z XVIII wieku, za którą nabywca zapłacił ponad 50 tysięcy euro. Rychło ją zresztą odkorkował i sprawił ponoć sobie oraz przyjaciołom nieziemską ucztę. Wino było znakomite…

Trwałem w oszołomieniu: jak to jest – wypić łyk  t a m t e g o  słońca,  t a m t e g o  wiatru, skosztować ponaddwustuletniego upału i chłodu, deszczu i spiekoty. Jak to jest posmakować przeszłości, zaczerpnąć jej, poczuć ją na języku, złączyć się z nią, wchłonąć ją w siebie, zatrzymać w sobie… Czyja ręka to grono zerwała? Nieważne, czym pachnie takie wino, jego aromat jest duchem   t a m t e g o  czasu. Może warto tyle zapłacić, żeby choć na chwilę w nim się rozpłynąć.

Krótko później zdarzyło mi się otworzyć – przechowywaną czas jakiś – butelkę burgunda z Mercurey, nie tak wprawdzie starego, jak owo XVIII-wieczne wino, ale też szacownego, bo sześcioletniego. „Osładzaliśmy” sobie w ten sposób z żoną jej rezygnację z wyjazdu do niespokojnego Egiptu, okupioną słonym datkiem na rzecz skąpego biura podróży. Już pierwszy kieliszek zmył wszelki żal po zostawionej gdzieś hen, daleko, rafie koralowej. Tego wina nie trzeba było mieszać, wzburzać, bełtać, wystarczyło nalać ciemnopurpurowy płyn do kielichów, by uwolnić nie zapach, nawet nie aromat, ale jakiś powiew, podmuch, jakiegoś ducha, który kusił i czarował.

Nie byłem zdolny odgadnąć, czym to wino pachniało, ale pamiętam  j a k  – ogarniająco. Smak nie pozostał dłużny wonnej chmurze – wypełnił usta, napełnił serce, rozgrzał zmysły i trwał. Już od pierwszego łyku wino było z nami, czuliśmy je nieustannie, poddaliśmy się… Nie ma sensu pisać o tym dłużej – ten burgund totalny woła o osobne wspomnienie…

Niedługo po tym zdarzeniu obejrzałem w pustawym kinie Ludzi Boga Xaviera Beauvais. Algieria, góry Atlas, lata 90., czas Bożego Narodzenia, klasztor Cystersów, wieczór, bracia siadają za stołem. To czas terroru islamskich mudżahedinów (byli już w klasztorze i jeszcze tu wrócą), niedługo w kraju wybuchnie wojna domowa. Jeden z zakonników przynosi dwie butelki wina i włącza muzykę z baletu Jezioro łabędzie. Muzyka rozpływa się w przestrzeni, wino połyskuje w kieliszkach, łzy w roześmianych oczach braci.

Patrzę i szklą mi się oczy, wspominam scenę i czuję to samo. Wiem, że nie wino tu najważniejsze, choć ważne w każdej wieczerzy, zwłaszcza ostatniej. Ale ono tu jest, towarzyszy tej chwili, która lotem błyskawicy łączy się z inną magiczną nocą świata i z mocą symbolu wyjawia sens życia. Nie ma co pisać, bo i scena w filmie obywa się bez słów. Trzeba zobaczyć, trzeba posłuchać, trzeba poczuć. To tak rzadkie w kinie – a tu się pojawia w cudownym zespoleniu: światło twarzy, muzyka, wino, mistyka.

Czyli wino to zazwyczaj zmysłowe i błogie, niezastąpione, tajemnicze, głęboko ziemskie i ludzkie, epikurejskie profanum. Ale czasem jednak sacrum.