Dawid znowu pobił Goliata?

Sztandar Compagnons de la Clairette de Die | fot. Wikimedia Commons / Pierre Lannes
grafika © Czas Wina

Francuska Rada Stanu wydała w styczniu wiekopomną decyzję. Otóż producentom win musujących z Doliny Rodanu z apelacji Clairette de Die od tej pory nie będzie wolno wytwarzać win różowych. Tym, którzy posiadają takową butelkę z rocznika 2017, radzę ją zachować – jej cena może wkrótce poszybować wyżej niż kiedyś bitcoin. Następnych butelek bowiem nie będzie. To jedyny rocznik, który się pojawił.

Apelacjakontrolowana nazwa pochodzenia.. Bugey jest mała, a Bugey-Cerdon jeszcze mniejsza, właściwie kieszonkowa, bo znajduje się w gminie Cerdon, w której mieszka około 800 osób. Jest winiarska, ale dokładnie nie wiadomo, gdzie leży. Raz pojawia się w Sabaudii, innym razem w Jurze, dalej – w obu jednocześnie, ewentualnie samodzielnie w alpejskim departamencie Ain, ale ten nie jest oficjalnym regionem winiarskim. Nie jest to ważne, choć dziwne, bo wszechmocna, przyznająca i korygująca francuskie apelacje paryska INAO (Institut National des Appellations d’Origine) skrupulatnie dba o papierkową robotę i z reguły wie, gdzie co jest położone.

W każdym razie, jeśli ktoś zna tę apelację, to tylko z wyśmienitych (i nie najtańszych) musujących win różowych wytwarzanych z odmiany gamay (czasem z dodatkiem lokalnej poulsard) metodą wiejską (méthode rurale lub ancestrale). Na ich etykietach dopiero w 2009 roku INAO pozwoliło umieszczać skrót AOC.

Metoda wiejska to żywa skamienielina – polega na jednokrotnej fermentacji wina w butelce. Jest starsza od tej szampańskiej i skomplikowana, ale właściwie to jedyne, co o niej wiadomo, bo nie jest znany moment, kiedy dokładnie się pojawiła. Najbardziej jest znana z opactwa benedyktynów w Saint-Hilaire w Limouxfrancuskie białe i (od niedawna) czerwone wina klasy AOC z... (...) (Langwedocja), gdzie blanquette de limoux robi się co najmniej od 1531 roku. Jednak mieszkańcy okolic Gaillac (Południowy Zachód) też robią winonapój uzyskiwany na drodze całkowitej lub częściowej fer... (...) tym sposobem i twierdzą, że czynią tak od czasów rzymskich. To wątpliwe, ale ważne, że metoda nie jest, co oczywiste, opatentowana i każdy może sobie jej używać, podobnie jak tej tradycyjnej, szampańskiej (choć bez tego określenia).

Sprawiedliwości szukaj w Paryżu

Górale z Cerdon przez kilka lat cieszyli się niezmiernie ze swojej apelacji, póki w leżącej 200 kilometrów na południe ogromnej rodańskiej apelacji Clairette de Die, słynącej z białych win musujących, nie pojawiło się wino różowe, wyrabiane klasycznie, ale także z wiejska, z odmiany muskat. Śledztwo zawiodło górali z Cerdon do Paryża, wprost do siedziby INAO, gdzie okazało się, że instytucja ta wyraziła na to zgodę. I nie miała wcale ochoty zmieniać decyzji. Cedrończycy wydali zażartą walkę winiarzom z Die, a sprawa wlokła się przez kolejne instancje sądownicze, aż trafiła do Rady Stanu (Conseil d’État), czyli najwyższego sądu administracyjnego dla całego państwa. Ci z Die bronili się, że właśnie znaleźli u siebie czerwoną mutację muskata, że podobno już w XIX wieku ktoś widział tu butelkę różowego „wiejskiego” wina musującego, że ich metoda to „méthode dioise ancestral” („dioise” od Die) i wymyślali kolejne argumenty.

Członkowie Rady Stanu to jednak nie urzędnicy z INAO, nie wydają wyroków na gębę, tylko opierają się na dowodach. A z tych niezbicie wynikało, że w Die zwietrzono interes na rosnącym rynku różowych win musujących, w dodatku wytwarzanych rzadką metodą. Rada kazała więc im iść do diabła, czyli cofnęła prawo do apelacji na musujące różaki z Die. Różowy clairette robiono tylko przez rok, ale winiarze są tam tak rozjuszeni, że zapowiedzieli, że nadal będą go robić jako wino krajowe (vin de France), czyli stołowe. Apelować nie mają już gdzie, bo nad Radą Stanu już nikt nie stoi.

fot. shutterstock / macumazahn | mapa © Czas Wina

Ale po co?

Gdy śledzi się relację z tej potyczki (ja podglądałem m.in. portal wine-searcher.com), to w pierwszej chwili sercem staje się po stronie winiarzy z Cerdon – to naturalny odruch. I ja tak zrobiłem, jednak po chwili pojawiły się wątpliwości. Dotarło do mnie – także, gdy pomyślałem sobie, ile ta cała akcja musiała kosztować podatników – że cały ten spór jest idiotyczny, jeśli spojrzeć na niego chłodnym okiem.

Otóż dziś zakładanie apelacji zupełnie nie ma celu. Być może (w co i tak coraz częściej wątpię) na celowniku działaczy w początkowej fazie ich tworzenia było chronienie nazwy pochodzenia, obrony autochtonicznych odmian czy też ewentualnie utrwalanie rzadkich, miejscowych praktyk. Dziś przeciwnie – celem tworzenia kolejnych AOC jest po prostu wycinanie (najlepiej w pień) konkurencji, według zasady: „my mamy prawo do tej nazwy i metody, a wy już nie – i co nam zrobicie?”. Tak np. rozwalono i wystawiono do wiatru sąsiadujące z dzisiejszym Bordeaux gminy winiarskie, które kiedyś, ale geograficznie także i dziś, leżą na obszarze zwanym historycznie Górne Bordeaux. A w dodatku robią tam często lepsze wina od tych podstawowych ze słynnego regionu, który w 90 procentach swą produkcję opiera na sklepowej masówce. A co jeszcze gorsze – często takie renomowane apelacje spetryfikowały w swoich przepisach różne praktyki, niedopuszczalne u sąsiadów czy nawet w Unii Europejskiej, jak choćby zasady szaptalizacji. Ta podła praktyka jest legalna dla win jakościowych (z apelacją), ale dla krajowych (stołowych) i regionalnych już nie, choć na zdrowy rozum winno być odwrotnie.

Ale jak tu mówić w ogóle o zdrowym rozsądku? Wystarczy wyobrazić sobie łkającego Amerykanina, ocierającego łzy nad gazetą z doniesieniami o zwycięstwie winiarzy z Cerdon. Szlochającego nie ze wzruszenia, że oto znowu Dawid pokonał Goliata, lecz z wściekłości, że za cholerę nie może zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. Dlaczego tym, co kilkudziesięciu wieśniaków może u siebie robić z własnych owoców, zajmuje się Rada Stanu. Przecież to ciało powołane jest, by zajmować się kwestiami kluczowymi dla całego narodu, nie zaś duperelami pokroju, jakie informacje powinny zawierać metki na butach. Gdyby było odwrotnie, Rad Stanowych (czy Sądów Najwyższych) musiałoby być kilkaset w każdym amerykańskim stanie, bo pojęcie wolności osobistej i własności prywatnej jest u Amerykanów niezwykle rozwinięte, więc sporów jest pewnie wiele, ale rozstrzygają je władze najniższego szczebla.

Czytelnik ów amerykański umarłby już pewnie zupełnie, porażony faktem, że dla francuskich Rady Stanu i Sądu Kasacyjnego (odpowiednik naszego Sądu Najwyższego) nie były to pierwsze decyzje, które musiały podjąć w winiarskich sporach. I pewnie nie ostatnie, bo biedny Amerykanin nie jest też świadom, iż Francja jest bodaj najbardziej scentralizowanym państwem demokratycznym, więc każda lokalna decyzja musi dostać pieczątkę w Paryżu. Choćby właśnie taką, o jakiej piszę wyżej.