Droga przez góry

Dawno zapomniałem, co to znaczy chodzić po górach. Na cudach też się nie znam. A jednak te dwie rzeczy mają sporo wspólnego. W Ameryce Południowej. W północnej części Argentyny. Będzie też o palmach i śniegu.

Zacznijmy od pierwszego cudu na górze w Salcie. Wzniesienie panuje nad miastem i jest wyposażone w kolejkę linową. Sama góra jest celem towarzysko-rodzinnych wypadów dla wszystkich mieszkańców miasta. Magnesem jest, rzecz jasna, widok andyjskich pagórków i leżącego u ich stóp miasta oraz podróż wagonikami.

Aglomeracja na piechotę

Sama kolejka przypomina raczej wehikuł ze Szczyrku niż na Kasprowy, a jeżeli mam być bardziej precyzyjnypołączenie Szczyrku z Górą Parkową w Krynicy. Ze szczytu jest landszafcik prima sort! Palce lizać!

Przedziwne zjawisko – można objąć wzrokiem całe miasto. Na płaskowyżu pomiędzy Andami ledwie się zmieści krakowskie Stare Miasto. Więc jak – u licha – mieszka tu 500 tysięcy ludzi, i to w niskiej zabudowie? Cud? Ano cud, ale do tych w Ameryce Południowej już się przyzwyczaiłem.

Miałem kiedyś nieco wolnego czasu na spacer po Buenos Aires. Dwaj młodzieńcy próbowali mi natychmiast wytłumaczyć za pomocą maczet, że mój aparat właśnie postanowił zmienić właściciela. Uszedłem i to też uważam za zjawisko nadprzyrodzone.

Saltańską „aglomerację” obszedłem w jedno przedpołudnie, a nie jestem osobą zbyt ruchliwą. Ponadto można tu wszędzie błyskawicznie dojechać taksówką za równowartość 4–6 złotych. Szybko, bo ruch w mieście – z wyjątkiem weekendów – jest symboliczny w porównaniu z polskim.

Z jedzeniem tutaj nieco krucho, jeśli się nie wie, jak do tego podejść. Warto ominąć drogie punkty i poprosić przewodnika, aby nas zawiódł tam, gdzie sam jada, albo udać się samemu do knajpek, gdzie w czasie lunchu kłębi się najwięcej przedstawicieli klasy średniej.

Palmy w śniegu

Drugą pięknością jest położona wysoko w Andach, nad Cafayate góra, której nazwy nie pomnę. Nigdy czegoś takiego nie przeżyłem, bo cały podstęp zasadzał się na jednym klepnięciu w ramię i rozkazie: „teraz, koleś, odwróć się!”. Gdzie cud? To proste – kiedy ja podziwiałem andyjskie śniegi, za moimi plecami pojawiła się tropikalna dżungla z palmami. Jasny gwint!

Nie widziałem jeszcze czegoś tak porażająco dziwnego. Smutek powrócił, kiedy przypomniałem sobie, że nie mam nic wspólnego z twórcami Panoramy Racławickiej i nie sfotografuję tego żadną miarą. Oba zjawiska były zresztą w gigantycznej odległości.

Ale wracając do samego okręgu Cafayate – to także zjawiskowe miejsce, tym razem winiarskie.

Temperatura podczas zbiorów wynosi około 25ºC, ale trzeba bez przerwy mieć okrycie na głowie. Powód? Rozrzedzone powietrze. Dlatego trzeba też okrywać krzewy lub stosować wychodzące już z użycia pergole.

Winnice usytuowane są na wysokości dochodzącej niemal do 2 tys. m n.p.m. – najwyżej na świecie. Ale są już tacy „sportowcy”, którzy sądzą je jeszcze wyżej. Próbowałem już wina musującego z wysokości 2,5 tys. metrów. I nim właśnie świętowałem kolejny cud regionu.