Dziesięć rzeczy, których możemy nie zrobić w Toskanii jednego lata

 

Subiektywny przewodnik Redaktora Seniora

 

1. Nie wypić ani kieliszka chianti
Choć to najbardziej znane lokalne winonapój uzyskiwany na drodze całkowitej lub częściowej fer... (...), region ma tak niesamowitą liczbę wspaniałych (czerwonych) butelek, że chyba trudno gdziekolwiek o większą różnorodność. „Ledwie” ósma część tutejszych win to chianti – warto więc spenetrować tę resztę. Zwłaszcza że szkoda towarzyska będzie żadna – i tak nikt ze znajomych nam nie uwierzy, że nie piliśmy chianti.

Fot. shutterstock.com / Luciano Mortula2. Uniknąć wielkiej wody we Florencji
Nic prostszego. Miasto nawiedziły dwie gigantyczne powodzie – czwartego listopada 1333 roku oraz czwartego listopada 1966. Domyślam się, że nie trafimy do Florencji za 633 lata. Ale dla pewności – początek listopada możemy spędzić gdzie indziej.

3. Nie wysłuchiwać mitycznych bzdur o brunello di montalcinio
Zwykła strata czasu. Niemal każdy na świecie, kto zacznie publikować o włoskim winie, pisze o „legendarnym” brunello di montalcino. Nigdy nie słyszałem żadnej legendy o tym winie. Jedynie fakty o rodzinie Biondi-Santi i o blisko 150-letniej historii stuprocentowego sangiovesewłoska odmiana czerwonych winogron.Jest to jedna z najważn... (...). Żadnych duchów ani śpiących rycerzy w niej nie ma.

4. Nie zwiedzać wszystkiego, ale wybiórczo i z rozmysłem, by nie zmitręzyć
Toskania ma tylko o oczko mniej niż Egipt na liście spuścizn UNESCO, a w sumie ma dziesięć procent całej światowej spuścizny UNESCO we wszystkich kategoriach. Zwiedzić zabytki Egiptu w dwa tygodnie nie sposób. Potrafią to tylko turyści z Japonii – a ich program na Toskanię (w jednej z wersji, o jakiej słyszałem) przewiduje na cały region półtora dnia (Piza, Siena, Florencja), z posiłkami i degustacjami. I jeszcze zdążą drugiego dnia wrócić do Rzymu na samolot, np. do Aten, chyba że wygospodarują jeszcze godzinę ekstra, by zwiedzić całą Umbrię (Orvieto, Perugia, Asyż…). Nam lepiej będzie wrócić do Toskanii ponownie, choćby za kilka lat. I „posmakować” dokładniej tutejszych zabytków i widoków.

Fot. shutterstock.com / SoWhat5. Nie pójść we Florencji pod Duomo
Niestety, to niemożliwe, wielu próbowało. Nie ma mocnych i chyba takiego przewodnika ani pieszego GPS-a, który by nam wytyczył inną trasę. W którą stronę się nie ruszymy, zawsze zahaczymy o plac św. Jana (choćby po to, by wstąpić do Gucciego), i tym samym trafimy pod bazylikę. To przeznaczenie i nie warto z nim walczyć.
Zresztą szybkie przejście obok tego budowanego przez 600 lat kościoła zrzuci nam z serca ciężar paskudny jego niezobaczenia, poczujemy nadzwyczajną ulgę i będziemy mogli z czystym sumieniem oddać się dalszemu zwiedzaniu.

6. Kupić butelkę słomkowej
Jeśli jeszcze nie mamy butelki chianti w słomkowej oplotce, czyli fiasco, służącej nam jako świecznik, pewnie nie będziemy jej mieli, bo złote lata jej świetności i takiego wykorzystania owej dawno już minęły. Do dziś nie wiadomo za to, skąd ta nazwa się wzięła. Po włosku fiasko to butelka z dłuższą lub wydłużoną szyjką. Stąd fiaschetteria, to knajpa, w której gęsto krążą między bywalcami takie flaszki (z wyjątkiem Caffé Fiaschetteria w Montalcinio – to dziś jeden z najlepszych adresów w miasteczku, kawiarnia w stylu triesteńsko-secesyjnym).
Tymczasem w różnych językach europejskich pochodzące z włoskiego słowo fiasco oznacza po prostu… „fiasko”, czyli „klapę jakiegoś przedsięwzięcia”. Nie da się dowiedzieć, czemu tak postanowiono, choć da się znaleźć dziś związek między naszym wyborem chianti i totalną klapą.

7. W ogóle nie pojechać do… Toskanii

Warto przynajmniej zastanowić się nad faktami. Florencję odwiedza rocznie około 10 milionów turystów, Kraków – 9,25 miliona. I coś w tym jest – we Florencji zjemy prawdziwego, oryginalnego, orientalnego kebaba, ale miejsca, gdzie go podają, trzeba poszukać. W Krakowie zjemy kebaba wszędzie, nawet nad ranem. Więc, po co wyjeżdżać…

8 Nie zjeść bistecca alla fiorentina*, czyli florenckiego steka
Niekoniecznie we Florencji – podaFot. shutterstock.com / Lisovskaya Nataliają go w całej Toskanii (także we „wrogiej” Sienie) i innych miejscach na świecie. Dla wielu Polaków może to być trudne, bo raz – że o tym „przysmaku” będziemy słyszeć przez cały pobyt w Toskanii, dwa – że wielu i u nas oddaje się barbarzyńskiej „sztuce” jedzenia surowego mięsa z surowym jajkiem. „Na rany Chrystusa!” – wołał Kmicic do Oleńki. Czyliż wieki cywilizacji i osiągnięć umysłu racjonalnego nic nie znaczą? – dodam. Ale kto chce – niech popróbuje krwi zwierzęcej w mięsie surowym.

*w tej kwesti stanowisko Redaktora Seniora jest w redakcji odosobnione

9. Nie pojechać do San Cassiano in Val di Pesa
(to Val di Pesa jest ważne, bo miejscowości San Cassiano jest więcej) leżącego 20 kilometrów od Florencji. Nic tu nie ma, z wyjątkiem okazałego COOP-u obsługującego całą okolicę oraz białego jelenia postawionego bez sensu na fragmencie starych murów. Nikt się do tego kiczu nie przyznaje, nawet jelenie z okolicznych lasów. Rzeczka Pesa jest wielkości większego strumienia i nie wnosi wiele do krajobrazu, za to okolice miasteczka to ważna siedziba producentów chianti colli fiorentini i chianti classico (ale możemy je kupić także we Florencji). Jest tu pięknie, zielono i pagórkowato, ale gdzie w Toskanii tak nie jest (OK, w Bolgherimiasteczko oraz niewielki nadmorski obszar i gmina w środko... (...) tak nie jest…), więc nie ma sensu jechać tam specjalnie.
Tutejszy święty Kasjan, choć nie jest patronem piszących, może być dla nich przestrogą – zginął w IV wieku męczeńską śmiercią zakłuty rylcami do pisania przez swoich uczniów, sposobiących się do… sztuki pisania.

10. Pogadać sobie po włosku
Włoski to język „martwy” – wszyscy go znają, piszą w nim, oglądają filmy, ale nikt nim nie mówi na co dzień. Każdy mówi po swojemu, chyba że ktoś go nie rozumie. Włoski wywodzi się z dialektu toskańskiego, ale toskański dialekt istnieje sobie nadal. Jednym z pierwszych, który pisał po łacinie, a gdy mu się znudziło, pod koniec życia, po toskańsku, był Dante Alighieri. Ale „literacki” toskański był wówczas mieszanką sycylijskiego, prowansalskiego (oksytańskiego lub katalońskiego – zależy od badacza) i czegoś miejscowego. Dante fragment Boskiej komedii w ogóle napisał po prowansalsku. W każdym razie Toskańczyk dziś by się raczej nie dogadał po swojemu z Sycylijczykiem lub Katalończykiem.