Slow life kłopotliwy w tłumaczeniu

W świecie rośnie moda na slow life. Każda akcja wywołuje reakcję, więc ruch ten jest naturalną odpowiedzią ludzi na gnającą (któż wie, w jakim kierunku) rzeczywistość.

Rozpoczęło się w połowie lat osiemdziesiątych XX wieku we Włoszech, kiedy w odpowiedzi na otwarcie pierwszego McDonalda w Rzymie Carlo Petrini rozpoczął gastronomiczno-polityczny ruch protestu, nazywając go slow food. Wokół niego szybko zaczęli gromadzić się inni, którzy też nie zgadzali się na to, by nasi wnukowie czy prawnukowie spożywali posiłki jedynie na stacjach benzynowych, nie wychodząc do tego w ogóle ze swoich samochodów. Problemem jest zresztą nie tylko, gdzie i jak szybko się je, ale też oczywiście – co się je. Czy znormalizowane smaki i porcje mają zastąpić tradycyjne przepisy oparte na lokalnych produktach, stanowiące przecież ważny składnik naszej materialnej kultury.

Co – w takim razie – z piciem? Co jest „slowfoodowe”, a co „fastfoodowe”?

Najszybciej rosnącą kategorią alkoholu jest whisky. Udało się jej dobrze wkomponować w gnający w pośpiechu świat. Podawana z lodem, z wodą przy barze, szybko, prosto, tak w piciu – jak w działaniu. Zepchnęła skutecznie do niszowej obecności koniak, przed laty święcący triumfy (czy wiecie, że najwięcej whisky na świecie piją Francuzi?). Ostatnio pewien producent koniaku pokazywał mi, w jaki sposób odbijają powoli rynek. Podają go z lodem i wodą. Boże, widzisz i nie grzmisz!

Ale przed około dziesięciu laty świat ogarnęła moda na Single Malt whisky – szlachetną słodową odmianę whisky. Szybko rośnie liczba jej miłośników, choć kosztuje średnio dwa do trzech razy więcej, a w dodatku nie pija jej się z lodem.

A co z piwem? Świat zalany jest hektolitrami jednolitego piwa produkowanego przez globalnych gigantów. Czasy kiedy żywiec ważony był w arcyksiążęcym browarze, dawno minęły. Dziś jest on jedynie filią światowego koncernu. Ale kilka lat temu i w tej dziedzinie zabłysło slow life’owe słońce. Na rynek przebojem weszły małe browary i zdobyły dusze Polaków gotowych płacić dwa razy więcej za taką butelkę niż za piwa znane z telewizyjnych reklam marki.

Winonapój uzyskiwany na drodze całkowitej lub częściowej fer... (...), zawsze było – i mam nadzieję, zawsze będzie – slow life’owe. Choć specjaliści od szybkiego życia usilnie starają się je przyspieszyć przez wprowadzanie zakrętek, kartoników czy wina z kegi, mężnie stawia opór. Taka już jego natura, choć te „najwolniejsze” gatunki jak sherry, porto, malagi i madery niestety słabiej opierają się pośpiechowi. Ciągle jednak cenimy winną celebrację, powolne wkręcanie korkociągu, dekantację, kryształowe kieliszki – inne do białego, a inne do czerwonego wina.

Jest więc wino „ważnym szańcem obronnym” slow life’u. Zamknięte w butelce, zakorkowane naturalnym korkiem i pochodzące od małego rodzinnego producenta. Udało mu się obronić się przed globalną urawniłowką.
Powolne życie – jakoś to źle brzmi w tłumaczeniu. Często tłumaczenie jest wręcz niemożliwe, i to nie tylko z lingwistycznych względów.