Hubert w krainie harnasiów

Hubert w krainie harnasiów

Nasi południowi sąsiedzi spokrewnieni z Josefem Švejkiem zwykli mawiać z charakterystycznym tylko sobie kpiarskim poczuciem wyższości: „Pivo, víno, holky hezké – to jsou dary země české”. Każdy, kto choć raz przekroczył bramę Moraw, musi chyba przyznać im rację.

Ale dla wielu zaskakujące jest również to, że Słowacy – temperamentni pobratymcy Juraja Janosika – mogą poszczycić się naprawdę przednim winem. Musującym.

Sered’ to chyba ostatnie miejsce, które można by podejrzewać o jakąkolwiek winiarską tradycję. Nieciekawe słowackie miasteczko robotnicze znane głównie jako miejsce narodzin Filipa Müllera – słynnego na całym świecie więźnia Auschwitz. Mijając nieciekawe uliczki ociekające lepką nudą i atmosferą postkomunistycznej prowincjonalności, w pierwszym odruchu mam ochotę zawrócić. Ale pierwsze wrażenie podobno bywa mylące. Enolożka dr Ingrid Vajcziková i Miloslav Popovič z przedsiębiorstwa Hubert J. E. szybko przekonają mnie jak bardzo.

Napoleon, Kaiser i pielęgniarka

Fot. Hubert J. E. spol. s r.o.Gospodarze prowadzą mnie przez długi hol, pokazując reprodukcje rycin i starych fotografii dokumentujących historię firmy. Kiedy pytam, jak się to wszystko zaczęło, dr Vajcziková uśmiecha się filuternie i pyta, czy chcę poznać „oficjalną”, czy „legendarną” wersję. Odpowiadam, że obie – najwyraźniej po jej myśli, bo już po chwili słyszę dobrze mi znane pierwsze słowa legendy. Legendy, którą Słowacy dzielą się z lubością i przy każdej niemal wzmiance na temat ich najpopularniejszego wina musującego. W tej nieco łzawej historii występują najbardziej egzystencjalne komponenty, a więc wojna, śmierć, miłość i winonapój uzyskiwany na drodze całkowitej lub częściowej fer... (...).
– Wszystko zaczęło się od napoleońskiego żołnierza Huberta, który ranny w czasie odwrotu spod Moskwy znalazł się w lazarecie w Preszburgu (ówcześnie Bratysława) – opowiada Vajcziková. – Był bliski śmierci, ale udało mu się z tego wylizać dzięki troskliwej i pięknej siostrze Paulinie, w której się koniec końców zakochał i osiadł na Słowacji. Ponieważ Hubert pochodził z jednej ze słynnych rodzin winiarskich z Szampanii, a słowacki klimat sprzyjał uprawie winogron na takie wino, w 1825 roku otworzyli fabrykę.
– Oczywiście to tylko legenda, ale można w niej znaleźć sporą dozę prawdy – dodaje, zatrzymując się przy portrecie mężczyzny na pierwszy rzut oka podobnego do Bolesława Prusa. – Produkcja rzeczywiście ruszyła w 1825 roku i warto odnotować, że Bratysława stała się pierwszym miejscem na świecie, poza Szampanią, gdzie rozpoczęto produkcję wina musującego metodą tradycyjną – opowiada. Zapytana przeze mnie, kim jest ten tajemniczy mężczyzna, Vajcziková odpowiada: – To właśnie Johann Evangelist Hubert. To on ze swoją żoną Pauliną (kolejne powiązanie z legendą) doprowadził przedsiębiorstwo do rozkwitu.
Ich wino już w 1846 roku zdobyło pierwsze nagrody, zaś na wystawie w Budapeszcie w 1896 roku sam Franciszek Józef określił smak tego szampana (wtedy jeszcze była to uprawniona nazwa) jako „wyborny” – kontynuuje opowieść moja przewodniczka. – Huberta docenili również niezwykle wymagający Francuzi, czego potwierdzeniem był prestiżowy francuski krzyż zasługi przyznany na konkursie w Bordeaux w tym samym roku. Później otrzymał jeszcze złoty medal w Paryżu jako pierwsze w historii wino musującewino zawierające dwutlenek węgla.CO2 może znaleźć się ... (...) spoza Francji.
Wykład, którego wysłuchuję, spacerując korytarzami, jest jak baśń z pięknym początkiem, przejściowymi trudnościami i wielce obiecującym zakończeniem. Epoka rodziny Hubert dobiegła końca wraz z nastaniem powojennych porządków w Czechosłowacji, kiedy to na mocy dekretów beneszowskich cała produkcja została w 1949 roku upaństwowiona i przeniesiona do Seredi, gdzie znajduje się do dziś. Reprywatyzowana w 1995 roku firma jest obecnie własnością niemieckiego przedsiębiorstwa Henkell & Co Sektkellereien KG, wchodzącej w skład rodzinnego koncernu Oetker Gruppe.

Szampany i sekty

Fot. D. LeszczakWychodzimy z głównego budynku i zmierzamy do hal produkcyjnych i leżakowni. W białym fartuchu czuję się trochę nieswój, ale lodowaty ziąb i specyficzny kwaskowaty aromat szybko sprowadzają mnie na ziemię. Miloslav Popovič pokazuje wielkie beczki, dzieląc się tajnikami produkcji. Sześć milionów butelek wina musującego to wynik imponujący jak na państwo tej wielkości. Ale trudno się dziwić! – Hubert jest na Słowacji tak popularny, że przyćmił same szampany. To trochę zabawne, ale niemal każdy Słowak zapytany, jaki jest najlepszy szampan, odpowie w ciemno, że Hubert, pomimo że nie jest to formalnie szampan – uśmiecha się Ingrid.
Czym udało mu się zaskarbić uznanie aż tylu Słowaków (90 proc. rynku wg oficjalnych danych)? – Hubert ma nieco specyficzny smak – ciągnie Ingrid. – Do produkcji używamy metody zbiornikowej oraz klasycznej. Produkujemy też wina ciche. Ale bezsprzecznie największą popularnością cieszy się właśnie Hubert de Luxe o przyjemnej, „jesiennej” woni – opowiada.
A jak przedstawia się spożycie Huberta w skali kraju? Moje pytanie wyraźnie wzbudza wesołość pani enolog: – Cóż, myślę, że najwięcej pije się go w Bratysławie i całym regionie Małych Karpat, które słynną z wyrobu wina już od czasów rzymskich wojaków (znowu te militarne konotacje!) – wyjaśnia. – Jeśli chodzi o północną Słowację, to nasi górale raczej na co dzień pijają mocniejsze alkohole – Ingrid rzuca znaczące spojrzenie. – Ale nawet oni przyznają, że jak sylwester – to tylko z Hubertem!

Coś dla siebie

Przeniesienie produkcji do Seredi jeszcze w czasach Czechosłowacji miało swoje znaczenie. Tak jak kiedyś Bratysława jako przedmieście Wiednia dostarczała wino musujące na cesarsko-królewski dwór, tak i dziś to przedmieście zaopatruje stolicę Słowacji. Kolejny dowód charakterystycznej dla naszych czasów regionalizacji. Austro-węgierskie echa pobrzmiewają zresztą do dziś.
Na stronie firmy znalazłem informację, że w październiku 2010 Hubert de Luxe otrzymał złote medale na międzynardowym konkursie w… Wiedniu. Małe Karpaty nie są może regionem tak znanym jak sąsiednie Morawy, ale mając „słowacką Szampanię” pod nosem, żal byłoby jej czasem nie odwiedzić. Zwłaszcza że nie samym sektem stoi i mogę zapewnić, że nawet najbardziej wybredny enoturysta odnajdzie w Karpatach coś dla siebie.