Ile jesteśmy w stanie wybaczyć… kiedy oceniamy stare wino

Rudy Kurniawan na pewno był spryciarzem – wodził za nos świat winiarskich ekspertów i kolekcjonerów przez wiele lat.

Ale przy okazji był idiotą – dał się złapać z manelami, więc sąd skazał go po 45-minutowych obradach ławy przysięgłych. Hardy Rodenstock był w tej kwestii znacznie przebieglejszy – fałszował butelkityp butelek o różnym kształcie, pojemności i kolorze, pr... o wiele dłużej, nikomu nie udało się ustalić, gdzie to robił, a jego flaszki do dziś leżakują w piwnicach wielu bogatych winomanów. Takie przykłady można mnożyć, ale mnie w tej chwili ciekawi bardziej to, co faktycznie było w tych butelkach, i jak w ogóle właściwie ocenić takie wina.

M iałem okazję kilkukrotnie smakować bardzo stare wina i koniaki. W przypadku win, były to egzemplarze wzmacniane, np. maury z końca XIX wieku lub bardzo stare tokaje. Sprawa była więc nieco ułatwiona – z grubsza jesteśmy sobie w stanie wyobrazić, jakimi powinny być takie wina w dobrym wydaniu. Choć i tu pewności nie ma, bo mimo że tokaj wzmacnianym winem nie jest, to podejrzewa się, że najlepsze, tużpowojenne roczniki wzmacniano rektyfikatem, czego dziś już wykryć się nie da.
Czego natomiast oczekiwać po 100- lub 150-letnim Château Lafite-Rothschild, Château Latour, Romanée-Conti czy choćby mozelskim rieslingu od Egona Müllera? Przecież nawet dziś to wielki przywilej, jeśli w ogóle mamy okazję obcować ze znacznie młodszymi wersjami takich win. Podejrzewam, że nie ma na świecie specjalisty, który byłby ekspertem w ocenie tak starych wyrobów. I nigdy nie będzie, bo ktoś taki musiałby to robić non stop. Dziwię się, że największe sławy podejmują się w ogóle takich ocen i potwierdzają autentyczność takich butelek. Dlatego z kolei nie dziwię się, że Rodenstock wodził je latami za nos i w dodatku ciągle jest „na powietrzu”.
Do tego dochodzi fakt, że jeśli mamy do czynienia z takimi próbkami, jest niemal pewne, że wpadniemy w sidła autosugestii. Już sama sytuacja jest krępująco-emocjonalna: kiedy ktoś otwiera nam tak starą butelkę, że budzi to w nas dreszcz podniecenia. Takiemu winu – jak wyczytałem w wielu miejscach – jesteśmy w stanie wybaczyć niemal wszystko: lotną kwasowość, cierpkość, utlenienie, wielocentymetrowy osad, a przypuszczam, że i nawet korkowość. W wielu z nas ciągle tkwi słynne powiedzenie: „im starsze, tym lepsze”, choć to wierutna bzdura. Za to pochwalenie się na salonach, że piło się takie winonapój uzyskiwany na drodze całkowitej lub częściowej fer... (...), bardzo nas nobilituje. Choć z drugiej strony – jest też coraz więcej bardziej rozumnych relacji, które wytykają masę wad takim winom, a co najciekawsze, pojawiają się i takie, w których znani autorzy dopiero po latach opisują swoje prawdziwe odczucia – wcześniej nie wypadało krytykować autorytetów.
Kilka dni temu koleżanka dała mi do oceny wino, które zwrócił jej klient, podejrzewając, że jest zepsute. Znałem je w miarę dobrze (o tyle, o ile), bo dostaliśmy w prezencie takie samo od Javiera Carrau-Pujola, kiedy wizytowaliśmy razem z Wojtkiem Giebutą jego wytwórnię pod Montevideo. Nie mogliśmy się podzielić „łupem”, więc „zdegustowaliśmy” flaszkę w hotelowym pokoju. Było to równie znane, co rzadkie urugwajskie
Vilasar 2000 (sto procent nebbiolo!).
Korek danej mi teraz próbki był zalakowany, ale sam się rozsypał, kiedy klient go wyciągał. Na powierzchni pływały jego strzępy. Wino nie było korkoweoprócz wielu innych, negatywnych znaczeń, określenie ozna... (...), choć z początku korek było czuć, ale korek jako korek – nie TCA. Nie nosiło też uchybień biologicznych ani chemicznych. Ewidentnie przez długi czas stało, a nie leżało, w najmniejszym stopniu nie było jednak utlenioneokreślenie wina, które zbyt długo przebywało w kontakcie... (...). Powiedziałem więc, że jest OK, ale gdy sięgnąłem po odstawiony kieliszek po kilku godzinach, zniewoliło mnie symfonią eleganckiego, dojrzałego bukietu. Zdaję sobie jednak sprawę, że niewątpliwie dla nieprzygotowanej na to osoby, mogło zrazu być w nim coś niepokojącego. Sam też nie jestem do końca pewien swojej oceny, bo ileż to ja miałem do czynienia ze starymi, urugwajskimi nebbiolo? Czy mogło być lepsze, gdyby leżało w idealnych warunkach? I czy rocznik 2000 był dla urugwajskich nebbiolo pięcio- czy też trzygwiazdkowy? Porównywać podzwrotnikowe wino z jego piemonckim odpowiednikiem to już zupełny bezsens.
A tu chodziło ledwie o 14-letnie wino! Zatem chętnie pokosztowałbym stuletnich win, ale na własne konto. Tylko że na taki „interes” nikt by chyba nie poszedł…