„Kamień milowy”

Czy butelkatyp butelek o różnym kształcie, pojemności i kolorze, pr... po winie może stanowić kamień milowy? W pewnych okolicznościach zdecydowanie tak.

Mam to wielkie szczęście, że mieszkam obok Lasu Wolskiego. To kawałek leśno-parkowej przestrzeni ciągnący się pomiędzy dwoma krakowskimi kopcami: Kościuszki i Piłsudskiego.

W pobliżu tego ostatniego, na malowniczej Srebrnej Górze, swój klasztor przed wiekami postawili kameduli. To z tego właśnie klasztoru wymyślnym fortelem uwalniał Wołodyjowskiego Zagłoba. Dzisiaj, jak przed wiekami, rozległe zbocza Srebrnej Góry porasta winnica, która przywróciła w tym roku historyczny zwyczaj picia wina na świętego Marcina. Tak jak to drzewiej bywało, gdy Polacy (nie wiedząc jeszcze, że kiedyś ten dzień zostanie nazwany Dniem Niepodległości) 11 listopada świętowali tłustą pieczoną gęsią popijaną młodym winem, właśnie co zrobionym.

Przedstawienie całego tego historyczno-geograficznego kontekstu potrzebne jest, by uzasadnić twierdzenie o kulturowym przełomie w kraju nad Wisłą, który uznałem za kamień milowy zaklęty w pustej butelce po tanim hiszpańskim winie (Wisła zresztą przepływa kilkaset metrów od miejsca, o którym chcę opowiedzieć).

Kiedy codziennie rano dzielnie przemierzam biegiem leśne ścieżki i dukty, obserwuję ślady odbywających się tam poprzedniego dnia towarzyskich spotkań rodaków. Badania te prowadzę już od kilkunastu lat, odkąd zamieszkałem w tej okolicy. Wyniki potwierdzały dotychczas wszystko to, co i tak wiemy. Zmieniały się tylko marki puszek i butelek po piwie i wódce, które jako niemi świadkowie owych spotkań zalegały okoliczne krzaki i polany. I oto na  tydzień przed wigilią, biegnę ci ja sobie jak zwykle ostro w dół do małej dolinki pod klasztorem, kiedy wzrok mój pada na stojącą spokojnie na leśnym pieńku pustą butelkę po winie. Hiszpańskie tempranillo to było. Stała sobie dumnie pusta butelka po winie i nawet nie przypuszczała, że nie jest taką ot sobie pustą butelką po tanim hiszpańskim winie z Kastylii. Nie przypuszczała, że oto stała się metaforycznym kamieniem milowym zmian, jakie zachodzą w nadwiślańskich smakach i zwyczajach. Jakaś grupa ludzi, a może zakochana para, wybrała się poprzedniego popołudnia do lasu. W lokalnym sklepie przeglądali półki z napojami zdolnymi udźwignąć doniosłość tego wydarzenia. I ręka ich nie sięgnęła po raz pierwszy po pospolite piwo, czy jeszcze pospolitszą wódkę. Wybrali winonapój uzyskiwany na drodze całkowitej lub częściowej fer... (...). Być może po raz pierwszy w nowoczesnej historii Polski.

Stałem tak zadumany (i zasapany) nad tą butelką tempranillo. Daleką drogę przebyliśmy. Może nie poszło to szybko. Ale po dwudziestu latach od pamiętnego przełomu na Srebrnej Górze znów rośnie winnica, a młodzi ludzie (choć oczywiście nie mam żadnych dowodów w kwestii ich wieku) na leśnej polanie miast piwa i wódki, sięgają po czerwone wino.

Długą drogę przebyliśmy, ale udało się dotrzeć na drugą lepszą stronę.