Kraj Długiej Białej Chmury

Różnica między czasem polskim z nowozelandzkim wynosi dokładnie 12 godzin. Gdy w Polsce północ – tam świeci południowe słońce. Gdy to sobie uświadomiłem, poczułem, że naprawdę znajduję się na końcu świata i dalej od domu już być nie można.

Przed wylotem do Nowej Zelandii bacznie obserwowałem tamtejszą prognozę pogody, która raczej nie wróżyła niczego dobrego. Deszcz, wiatr, chmury i nie więcej niż 17ºC. W sumie trudno narzekać, bo w Polsce w lutym jest jeszcze zimniej i te kilkanaście stopni na plusie to wystarczająca różnica, by zirytować wszystkich znajomych w kraju, którzy marzną w oczekiwaniu na wiosnę.
Prognozy na szczęście się nie sprawdziły. Gdy tylko wylądowaliśmy w Wellington i przejechaliśmy do portu, aby przeprawić się na Wyspę Południową, widać było, że zapowiada się piękny dzień.

Promem lub pirogą

Fot. W. GiebutaCieśnina Cooka oddzielająca od siebie dwie największe wyspy, to pierwszy kontakt z tym, co tu najpiękniejsze, czyli z widokami i bezkresną przyrodą. Jest jednym z najtrudniejszych szlaków morskich. Często wieją tu wiatry zwane przez żeglarzy „ryczącymi czterdziestkami”. Tym razem jednak morze było spokojne, niebo błękitne, a z oddali widać już było wysokie brzegi wyspy spowite delikatną mgiełką. Być może taką właśnie wyspę zobaczyli jej pierwsi odkrywcy – Polinezyjczycy, którzy przybyli tu na swoich pirogach około 800 roku naszej ery. To oni nazwali wyspę Aotearoa, czyli Kraj Długiej Białej Chmury.
Nam los na szczęście oszczędził chmur, a cały pobyt na tym końcu świata był słoneczny i pogodny. Jedynym cieniem była świadomość, że chwilę wcześniej, w położonym o kilka godzin jazdy Christchurch miała miejsce tragedia. Podczas trzęsienia ziemi zginęło niemal 200 osób, wiele straciło dach nad głową i dorobek całego życia. Zniszczone zostało historyczne centrum miasta, zawaliła się wieża katedry – najpiękniejszego kościoła w Nowej Zelandii.
Gdy przyjechaliśmy na wyspę dzień po tragedii – kraj był w szoku, we wszystkich telewizjach pokazywano zrozpaczonych ludzi i ruiny domów. Flagi z krzyżem południa opuszczone były do połowy masztów. Nowozelandczycy to jednak silny, choć bardzo młody naród. Już kilka dni później dotarła do nas informacja, że do Christchurch z całego świata zjechali się architekci i urbaniści, by odbudować zniszczoną katedrę i wybudować nowe – jeszcze piękniejsze miasto.

Zielono mi i spokojnie

Wszystkich, którzy przybywają na antypody, zachwycają zapierające dech w piersiach widoki. Góry, jeziora, wcinające się w głąb lądu doliny. Mnie przede wszystkim urzekło to, że jedzie się kilkadziesiąt kilometrów wzdłuż wybrzeża i niemal nie widać śladów ludzkiej obecności. Jedynie gdzieniegdzie słupy wysokiego napięcia lub zagrody dla owiec zdradzają, że ta zielona wyspa zamieszkana jest przez człowieka.
Fot. D. RomanowskaNa obu wyspach żyje dziś niewiele ponad cztery miliony mieszkańców, z tego niemal jedna trzecia w Auckland – największym mieście Nowej Zelandii. Jednocześnie na tutejszych pastwiskach pasie się ponad 40 milionów owiec. Łatwo przeliczyć, że daje to średnio 10 wełnianych czworonogów na mieszkańca. I to jest właśnie największy atut tego kraju. Minimalne zaludnienie i ogromne obszary, niezamieszkane i niemal nienaruszone ręką człowieka.
Na co dzień żyje się tu szczęśliwie i spokojnie. A odkąd w Marlborough zaczęli robić naprawdę dobre winonapój uzyskiwany na drodze całkowitej lub częściowej fer... (...), Nowa Zelandia stała się jednym z rajów na ziemi – szkoda tylko, że tak daleko od nas.

O Enoturystyce w Nowej Zelandii czytaj na: Złowrogie pomruki Matki Ziemi, a o kuchni nowozelandzkiej na: Uczta w Krainie Kiwi