Krótka sukienka

Rozmowa z Xavierem Ausásem, winemakerem w winiarniach Vega Sicilia i Alión

Wojciech Gogoliński: Kiedy tu byłem ostatnim razem, Vega budziła niemały szacunek swoim wyglądem – piwnicami, kaplicą, wiekowymi pomieszczeniami, ogrodem japońskim. Teraz – z całym szacunkiem – wygląda to, jakbyście tu budowali nowy stadion dla Realu Valladolid!

Xavier Ausás López de Castro: Cóż, przyszedł czas na niewielką przebudowę zaplecza.

 

Niewielką? To żart! Ile to ma kosztować?

Tobie tylko kasa w głowie, a tu chodzi o najszacowniejszą bodegę w Hiszpanii. Zamkniemy się mniej więcej w ośmiu milionach euro.

 

Jezusie Nazareński, Królu Żydowski…

To dużo? Może z innej beczki – przynajmniej raz na dekadę nie robimy Único z powodu warunków pogodowych albo gdy coś pójdzie nie tak i winonapój uzyskiwany na drodze całkowitej lub częściowej fer... (...) nie spełnia standardów, jakie sobie narzuciliśmy. Wiesz, ile wtedy tracimy?

 

No?

Około 12–15 milionów euro. W ciągu jednego roku!

 

Hm, to rzeczywiście robicie tylko przybudówkę.

Nic ze starej Vegi nie zniknie, cała inwestycja jest robiona na zapleczu.

 

Tylko że waszej istotnie cudnej Vegi z N-122 nie widać – same krzewy i drzewa. A tej nowej bodegi z tyłu, to już wcale.

Przecież wiesz, dlaczego. Musimy dbać o bezpieczeństwo firmy, naszych win i samego Pabla. Wiesz, że jest pochodzenia baskijskiego.

 

Mówił mi kiedyś. Ale sporo tracicie na tym, że nie można was zobaczyć, zrobić zdjęcia, spokojnie wjechać i bez angażowania najważniejszych osób w firmie kupić parę gadżetów, bo samego wina – oczywiście nie. Po całym obiekcie kręcą się uzbrojeni strażnicy, wjazd do bodegi i odprawa na rampie przypomina formalności z czasów istnienia granicy polsko-enerdowskiej. Do toalety odprowadzał Pawła strażnik i stał pod drzwiami (sic!).

Mamy od dekad swoje wypracowane metody. Nieraz próbowano tu się włamać.

 

Macie problem z podróbkami? Wielu walczy z tym dość ostro. Problem wraca na łamy gazet co kilka lat.

Oczywiście – my też to zwalczamy, ale stawiamy przede wszystkim na ludzki rozsądek. Jeśli kto kupuje Único za 30 euro, to tak, jakby kupował nową torebkę Louisa Vuittona za tę samą kwotę pod dworcem Atocha w Madrycie i uważał, że nabywa oryginał. Mamy cały system zabezpieczeń, ale najważniejsze to fakt, że posiadamy od dekad stałych, alokacyjnych odbiorców, których znamy. Myślimy też o pewnych nowych rozwiązaniach.

 

Jakich?

Powiem ci, jeśli tego nie napiszesz. (śmiech)

 

Oczywiście, że nie napiszę. (śmiech)

Już na etykietach w sposób niewidoczny dla oczu wskanowywujemy numery i dane o każdej butelce i kupującym. W ten sam sposób pojawią się na butelkach widziane tylko w promieniach UV odciski palców naszych stałych odbiorców. Oczywiście tylko tych, którzy tego zechcą.

 

Z korkami też nie macie problemu? Ludzie sporo płacą za te kilka butelek.

Żadnego. Bo my płacimy jeszcze więcej. Także dla nich. Kupujemy korki tylko u sprawdzonych dostawców. Dodatkowo zamknięcia przechodzą jeszcze szereg analiz w naszym laboratorium. Z każdej partii wina pozostawiamy kilka butelek na próbę, gdyby do jakiegoś nieszczęścia jednak doszło. Wtedy każdy klient ma prawo wymienić taką zainfekowaną butelkę na nową. I tak jest niemal od zawsze. Z tego, co wiem, Vega Sicilia płaci za korki najwięcej na świecie.

 

Dwa tygodnie temu (rozmawiamy pod koniec czerwca) ogłosiliście oficjalnie spółkę z baronem Benjaminem de Rothschildem (Château Clarke, Listrac-Médoc). A właściwie oznajmiliście, że macie ją już od pięciu lat. Jak wam się udało anonimowo skupić tyle ziemi w regionie RiojaLa Rioja – Hiszpania – reg. winiarski w pn.-środ. Hiszp..., by budować nową winiarnię? Jeździliście tam przez pięć lat w kominiarkach?

Był i taki pomysł. (śmiech) Ale wystarczyły samochody z przyciemnionymi szybami, okulary przeciwsłoneczne i bejsbolówki. Założyliśmy też fikcyjną firmę w Madrycie, która skupowała dla nas wskazane parcele. Gdybyśmy pojawili się tam oficjalnie, ceny ziemi oszalałyby od razu, a projekt trafiłby do kosza. Takie są reguły rynku. Poza tym, stosując się do nich, mieliśmy spokój, czas na zastanowienie, analizy. No i prasa nie deptała nam po piętach, nie było spekulacji.

 

Hm, czyli wycięliście taki sam numer, jak kiedyś w Toro z winiarnią Pintia?

Identyczny!

 

Gdzie teraz skupujecie ziemię?

Na księżycu są ponoć świetne siedliska. (śmiech)

Tak… A czy Vega nie staje się nieco zbyt monotonna, ustabilizowana i zglobalizowana. Stała jakość, stali odbiorcy, stała sława itp.

Coś ci się pokręciło. My ciągle ewoluujemy. To jest tak, jak z kobietą w sukience. Wiele firm robi wina przypominające ją w stroju mini lub nawet krótszym. My tworzyliśmy wina wyglądające jak nobliwa pani z rąbkami sukni dotykającej ziemi. W ostatnich latach nieco skróciliśmy ten strój. Ale są granice, których nigdy nie przekroczymy.

 

Kolana?

No, gdzieś tak. Ale i to musi nieco potrwać. To, że mamy stałych odbiorców, zawdzięczamy także temu. Musimy ich szanować, podobnie jak oni nas. Muszą być pewni tego, co kupują, a nie kupować losu na loterii. Nie możemy wszystkiego przewrócić do góry nogami i nagle zrobić wina w stylu zupełnie nowoświatowm czy próbować wyprodukować wino lżejsze lub prostsze. Ludzie płacą także za tradycję. Naszą tradycję.

 

I to się sprawdza?

Pilnuje tego wielu ludzi.