Krwawa rozprawa czołgów z czekoladą

 

Uwielbiam potyczki, ale przez słowo „potyczki” rozumiem „przygodę” albo odkrywanie nowych rzeczy, ewentualnie napawanie się nową wiedzą. Dlatego lubię też winiarskie wyzwania. Oj, jak lubię! W redakcji ostatnio wszyscy przejęci są czekoladą.

 

Moje potyczki z czekoladą i winem były na tyle szokujące, że zapamiętałem je do dziś. Valrhona, Galler, mistrz świata – Pierre Marcolini… Takie nazwy przelatują mi przez głowę, gdy próbuję kawałek darowanej przez współpracowników kostki… Z przyjemnością. Jestem, co oczywiste, czystej krwi łasuchem.

Mieścina Tain-l’Hermitage i Valrhona, najlepsza czekolada na świecie, zakład niemal tajny, otoczony wysokim murem, który nigdy nie wpuszcza dziennikarzy. Mnie wprowadził przyjaciel dostarczający tam… winonapój uzyskiwany na drodze całkowitej lub częściowej fer... (...) maury, które później w zestawach z batonikami sprzedawano w skrzynkach. Obszukano mnie, zabrano aparat i urządzenia piśmiennicze. Ale byłem w środku! Pamiętam smak półkilogramowych tabliczek, widziałem gigantyczne młyny, które mieliły rozrąbywany przez pracowników siekierami wystygły grylaż. Pamiętam dwa rzędy pracownic, które ręcznie stawiały czekoladowe paski na sunących, oblanych już aromatyczną pokrywą pralinach. Dlaczego one robią to ręcznie? – spytałem. Pamiętam też zdziwienie dyrektora: bo każda musi być inna! One kosztują po dwa euro za sztukę.

Fot. shutterstock.com / Stefano CavorettoDegustowałem też wtedy owe maury z czekoladą. Szok, to wszystko grało jak orkiestra. A przecież kiedy ponad 20 lat temu uczyłem się podstaw wiedzy sommelierskiej, wszystko było jasne i klarowne. W idealnym porządku i takie mądre – przewidujące wszelkie możliwe ludzkie słabości i potknięcia. Najszybciej nauczyłem się tego, czego z winem nie wolno, bo nie było tego dużo, zaś przykłady oczywiste. Czekolady nigdy nie podaje się do wina, krzyczały ostrzeżenia w książkach!

Pierwsze wyjazdy na duże imprezy winiarskie oraz kontakty ze starymi wygami sommelierskimi zburzyły mój spokój. Szybko okazało się, że skoro nie wolno, to czemu nie… I bynajmniej nie prywatnie, w domowym zaciszu, ale od razu z wielkim zadęciem, w światłach jupiterów i kamer telewizyjnych.

Tak oto w pierwszej połowie lat 90. ub. wieku trafiłem pod rynnę – podczas jednej z gigantycznych imprez targowych zostałem zaproszony na wielką degustację produktów słynnej belgijskiej firmy czekoladowej Galler (później zresztą odwiedziłem ją w Liège) pod tytułem Accords vin et chocolade („Połączenia wina z czekoladą”).

Pamiętam jak dziś, pomyślałem wówczas: przecież to kompletna bzdura, jakiś nowy trik reklamowy, ale pójdę, przynajmniej czekolady się nawsuwam, ile wlezie. Z tym nie miałem nigdy kłopotu. I tak się to zaczęło – próbki czekoladek potraktowałem więc jako swoiste entrée i natychmiast zjadłem. Szczęśliwie obsługa – przygotowana na taki obrót spraw – szybko i bezszelestnie uzupełniła braki, zanim zaczęła się faktyczna degustacja.

Ale w miarę smakowania dobór win już nie był taki oczywisty. Istotnie – półwytrawneokreślenie wina, w którym nie cały cukier – na drodze f...półsłodkieokreślenie wina zawierającego sporą ilość cukru resztow... szampany były do kitu. Podobnie tokaje i niemieckie beerenauslese radziły sobie słabo.

Ale czerwone lampki zapaliły mi się, kiedy podano pod rząd dwa australijskie czołgi, model shiraz, napędzane potężnymi silnikami o mocy 15,5%. Siła rażenia ich armat była tak potężna, że miast bawić się z czekoladkami, po prostu zmiotły je z podniebienia w ułamku sekundy.

Podobny wybieg zastosowały 20-letnie porto tawny, a potem młode i mocne maury vintage(fr., ang.) – winobranie, rocznik.. – okopy wroga przestały istnieć, nim załoga pomyślała o jakiejkolwiek obronie.

Niestety, nigdy nie udało mi się sprawdzić, jak ziejące żywym ogniem monstra poradziłyby sobie z moim niedoścignionym wzorem – bombajkami. Wraz z upadkiem komunizmu przestano je produkować. I chyba nigdy nie dowiem się, dlaczego…