Lis pustyni

Teoretycznie Julio Viola jest Urugwajczykiem. To znaczy Włochem z Urugwaju, którego rodzina przybyła tam tak dawno, że już nawet sami nie pamiętają, z której części Italii. Do Argentyny przyjechał na studia i za pracą. Został u rodziny. Ale żonę też przezornie ściągnął z Urugwaju.

Julio Viola namierzył Michela Rollanda w Nowym Jorku. Nie udało mu się do niego podejść podczas seminarium winiarskiego, ale cudem Francuz usiadł przy stoliku obok, kiedy Julio jadł po zajęciach steka w małym, lokalnym barze. Zgadali się, Michele zgodził się mu pomóc, jednak przez następny rok Viola mógł tylko wbijać chorągiewki na mapie, śledząc, gdzie Rolland akurat odbiera jego telefony, podróżując po świecie.

Szantaż na lotniskuFot. Del Fin del Mundo

W końcu trafił go szlag. Kiedy się dowiedział, że latający winemaker(ang.) twórca, kreator wina.Termin szeroko określający os... (...) jest właśnie w Mendozie, pożyczył od znajomych pieniądze i wysłał tam pusty odrzutowiec. Kiedy samolot wylądował, zadzwonił do Francuza: „Albo teraz, albo nigdy, samolot grzeje silniki na pasie”. „Akurat teraz nie mam czasu, ale zadzwoń…” – próbował się bronić Rolland. „Dość, psia mać, przyleć w końcu, bo krew mnie zaleje!” Powszechnie wiadomo, że Rolland współpracuje wyłącznie z szaleńcami i wizjonerami. Szantaż się udał i Michel wylądował dwie godziny później w Neuquén. Obejrzał posiadłość i winiarnię (wtedy w budowie), biznesplan całości, winograd. „Jesteś popaprańcem – rzekł do Juliana. – To się nie powinno udać, dlatego zrobimy tu genialne wino…”.
Rolland zabrał się do roboty od razu. Całe dnie spędzał pośród krzewów z miejscowym winogrodnikiem: klasyfikowali gleby i odmiany, ustalali zasady komputerowego nawadniania, przebieg kanałów, sposoby przycinania, określali wydajność oraz wyznaczali miejsca pod następne nasadzenia. Dalej robota przebiegała w gigantycznej winiarni. Nie pytałem, jaka jest potencjalna moc przerobowa tego molocha, ale wygląda z grubsza na 2–3 miliony litrów rocznie. W Patagonii nie projektuje się butikowych, kieszonkowych winiarni. Tutaj wszystko robi się na zapas, bo istotą tego miejsca jest ciągły wzrost. A właściwie – rozrost.
Rolland poklasyfikował zbiorniki, ustalił co i gdzie ma trafić z poszczególnych parcel, czyli co winifikować osobno, a co razem z różnych siedlisk. Temperaturę pracy każdego tanku, czas maceracji czerwonej miazgi oraz tysiące innych detali. Zdegustował też setki próbek z pierwszych, eksperymentalnych zbiorów. I poleciał.
Wrócił na zbiory. Znowu żmudne dni degustacji, kupaże, dziesiątki różnych zestawień, krążenie między beczkami, butelkami, menzurkami i probówkami. No i stało się – kilka miesięcy później pierwsze komercyjne wina ujrzały światło dzienne. Od tej pory Patagonia i Argentyna zaczęła się na stałe kojarzyć z nową bodegą – Del Fin del Mundo – czyli: z Końcem Świata.

Ciągle za mało

Fot. W. GogolińskiJulio zaczynał w Argentynie od handlu nieruchomościami – to tak z grubsza. Dokładnie zaś wyspecjalizował się w kupowaniu ziemi lub opuszczonych gospodarstw, doprowadzał je do standardu luksusowego i odsprzedawał. Miasta się rozrastały, potrzebowały przestrzeni, więc kupował ziemię na przedmieściach, budował osiedla i wystawiał na sprzedaż.
Po II wojnie światowej lokalna gospodarka była w rozkwicie. – W latach 60. ubiegłego wieku wybraliśmy się z całą rodziną w kilkumiesięczną podróż po Europie – mówi dziś Julio. – Boże, takiej biedy jak na południu Włoch czy w Portugalii nie widziałem wtedy nigdzie w Argentynie. To był dla nas szok. Dziś oczywiście wygląda to inaczej, ale wtedy gospodarczo stąpaliśmy mocno po ziemi – dodaje.
Winiarnia była jego marzeniem. A ponieważ Julio uwielbia wyzwania, więc nie zainwestował w Mendozie, tylko tam gdzie wszyscy mu odradzali – na pustynnych, patagońskich pustkowiach. I od razu do głowy przyszła mu ta najgenialniejsza nazwa przyszłej winiarni – Koniec Świata.
Dziś, gdy do swojego pomysłu przekonał (zmusił) Michela Rollanda, jego wina trafiają do 35 krajów świata. I mimo wielkiej produkcji, ciągle ich brakuje. Przyczyna jest prosta – nie ma takiego sklepu, baru czy restauracji w Argentynie, gdzie nie byłoby ich win. Nazwa i jakość robią swoje.

Czysty koniec
W Del Fin del Mundo myślą już o następnych przedsięwzięciach – w tym roku obsadzą kolejne 300 hektarów winnic. W Patagonii to drobnostka, raptem powiększenie przydomowego ogródka. – Będzie również woda mineralna Del Fin del Mundo, a także… wódka o tej samej nazwie – wymienia jednym tchem Julio.
Od naszego powrotu do kraju, woda pojawiła się już na rynku. Wódka z dodatkiem andyjskiej wody pewnie też będzie, a jeśliby trafiła do Polski, to z uwagi na nazwę – pewnie miałaby u nas spore wzięcie…

ARTYKUŁ PROMOCYJNY