Long Island – amerykańskie Bordeaux

John Sambrook, niezależny ekspert winiarski z Kanady, twierdzi, że historia tego regionu do złudzenia przypomina początki Bordeaux. Trudno jednak zgodzić się z tą opinią, biorąc pod uwagę czas, schedę doświadczeń i otoczenie oplatające Long Island. Niemniej kilka podobieństw dostrzec można.

Aby z Nowego Jorku dostać się do winiarni położonych na Long Island, trzeba przejechać ponad sto kilometrów na wschód. Wyspa rozpoczyna się już w administracyjnym obrębie Big Apple, a dzielnice Queens i Brooklyn są już jej częścią. Winiarsko znaczenie ma tylko niewielki jej skrawek – malutki cypel wysunięty na północny-wschód, otoczony z trzech stron wodami Atlantyku. Podobnie jak wiele lat temu Holendrzy w Bordeaux, tak i tutaj  Amerykanie próbują okiełznać podmokłe tereny, przeznaczając je pod uprawę winorośli. Stworzono system apelacyjny (na szczęście dużo mniej skomplikowany niż francuski), sklasyfikowano tereny, przyprawiono łatki producentom i… machina promocyjna ruszyła.

Operacja „optymizm”

Wina stamtąd są jednak mocno nierówne. Dominują klasyczne szczepy. Największym powodzeniem wśród czerwonych cieszy się malbecfrancuska odmiana czerwonych winogron uprawianych głównie ... (...), a wśród białych chardonnayfrancuska odmian białych winogron, jedna z najbardziej rozp... (...). Według mnie wina białe są dużo ciekawsze i twierdzę, że mają wielkie szanse podbić świat, jeśli ich jakość będzie się utrzymywać na obecnym poziomie, a ceny zostaną obniżone. Niech nie idą w ślady Bordeaux, gdzie ceny są stanowczo zbyt wysokie w stosunku do czysto kupieckiej przyzwoitości.
Oczywiście prócz wspomnianych szczepów mamy też całą plejadę bordoskich klasyków. Najciekawsze są kupaże, pod warunkiem że wychodzą spod ręki dobrego enologa. A takich tutaj nie brakuje. Kevin Zraly opisuje Bedell Cellars jako największą gwiazdę regionu, Macari Vineyards święci zaś triumfy wśród lokalnej społeczności. Peconic Bay Winery epatuje swoimi malbekami, a latem – gdy Long Island przeistacza się w wielki turystyczny kurort – sprzedaje na pniu całą produkcję chardonnay i sauvignon blancjedna z najbardziej rozpowszechnionych na świecie białych ... (...).
Amerykanie są niepoprawnymi optymistami. Obecnie organizują się w silny lobbingowo winiarski cech i planują wielką promocję swojego regionu. Ten społeczny odruch współpracy dla osiągnięcia wspólnego celu, z którego korzystać będą później jednostki – tak charakterystyczny dla różnych (nie tylko biznesowych) środowisk amerykańskich – fascynuje mnie od dawna. Widzę oczami wyobraźni, jak lada moment usłyszymy o kolejnym winiarskim boomie. Obok win kalifornijskich na sklepowych półkach pojawią się „longajlandy”.
Jestem też przekonany, że historię sadzonych w tamtym miejscu ziemniaków (później wypalanych kwasem bojowym) przekują w marketingowe atuty i symbol prawdziwie wartościowej i koniecznej do docenienia rekuperacji tych ziem. (Jest bowiem tajemnicą poliszynela, że w latach 50. ubiegłego stulecia rolnicy zamiast mozolnie wykopywać i plewić rośliny, w czasie zbiorów używali pozostałych w magazynach środków bojowych do niszczenia niepotrzebnej części plonów i w ten sposób upraszczali sobie pracę.)
Bodegi odwiedzaliśmy w towarzystwie przyjaciół z International Wine Club Association. Wolny czas wykorzystaliśmy na zwiedzanie okolic, a przedstawione przeze mnie opinie na temat win podziela wielu kolegów po fachu z wszystkich kontynentów. Ciekawe, kiedy te wina pojawią się w ofercie któregoś z dużych klubów winiarskich… Na razie pozostają bowiem tylko lokalną ciekawostką. Całą roczną produkcję wykupują restauracje z dolnego Manhattanu.