Lotnisko wita was i wina!

tekst ukazał się w „CW” nr 96, grudzień 2018 – styczeń 2019 | kup ten numer | prenumerata | e-wydanie

Święto wina w Kiszyniowie, 2018 | fot. Stanislav71 / shutterstock
Święto wina w Kiszyniowie, 2018 | fot. Stanislav71 / shutterstock

Wszystkie samoloty lądują w Kiszyniowie na lotnisku imienia Wine of Moldova. Niewielu o tym wie, bowiem wielki napis z tą nazwą znajduje się na zewnątrz budynku, ale wielu fakt ten mocno by zastanowił. Nie jest bowiem standardem, by port lotniczy promował wina. Ba, jest to jedyny taki przypadek na świecie!

Z lotniskiem to świetny pomysł, podobnie jak z nazwą największego centrum handlowego w mieście – Mall Dova. W lecie tego roku narodowy przewoźnik Air Moldova świętował obsługę 10-milionowego pasażera. Nie jest to wielka liczba, ponieważ te linie lotnicze powstały już 25 lat temu. Jednak o wadze kwestii winnej świadczy choćby to, że pokładowy magazyn „Altitude” pełen jest reklam i tekstów związanych z narodowym produktem tego kraju. I nie jest to pomyłka – wina wnoszą (według różnych szacunków) aż 17 procent do budżetu państwa. A można przypuszczać, że ten udział może być większy. Raz – niemal wszystkie mołdawskie wina trafiają na eksport lub są w większości kupowane przez przybywających do kraju turystów. Dwa – Mołdawianie od lat nie mogą się doliczyć, ile własnych winnic faktycznie mają.

Czytaj więcej o Mołdawii.

I nie chodzi tu o problem z liczeniem samym, ile o sposób kwalifikacji winogradów. Według zbieranych przeze mnie wielokrotnie informacji jest tego około 100–120 tysięcy hektarów. Ale to tzw. winnice komercyjne, zarejestrowane i służące do wyrobu oficjalnie sprzedawanych win.

Jednak nie jestem pewien, czy jest to nawet połowa faktycznie istniejących winogradów. Pisałem kiedyś o Grekach, którzy z zasady nie kupują wina w sklepach – pozostawiają ten zabieg turystom. Sami kupują na wsi, u chłopa. Identycznie jest w Mołdawii. I nikt się z tym nie kryje, taki zwyczaj. Mało kto idzie w Kiszyniowie do sklepu po winonapój uzyskiwany na drodze całkowitej lub częściowej fer... (...), za to każdy ma rodzinną winniczkę na prowincji lub kogoś, kto takową posiada. Wino można kupić na każdym targu w każdym mieście i wątpię, by kto kupował flaszki do odkorkowywania w domu.

Piwnice w Cricovej | FrimuFilms / shutterstock
Piwnice w Cricovej | FrimuFilms / shutterstock

Widać to było podczas dorocznego Narodowego Dnia Wina, który odbył się w Kiszyniowie zwyczajowo w pierwszy weekend października. Swoje stoiska mieli tu wszyscy liczący się producenci win i winiaków. Był premier, byli ministrowie, przemówienia i tańce oraz zabawa do późnych godzin nocnych. Jednak podejrzewam, że spora część wina lała się z dużych zbiorników przywożonych ze wsi. I w obrębie placu, na którym odbywał się festyn, i parku obok, przed Soborem Narodzenia Pańskiego.

Dla mnie święto wina (oraz kilka dni spędzonych w Mołdawii) to przede wszystkim wyborna okazja do obserwacji trendów, którymi podąża miejscowe winiarstwo. A sporo jest tu rzeczy nowych. Choćby to, że już wszystkie bodaj winiarnie wzięły się za wyrób win musujących i – co niezwykłe – najtrudniejszą metodą klasyczną (szampańską). Jest to bez wątpienia pokłosie bezprecedensowego, światowego sukcesu takich win ze słynnej Cricovej. Sama firma też nie spuszcza z tonu – jej musiakom trudno cokolwiek zarzucić, ale podziw budzi też szybkie reagowanie na trendy rynkowe. Takim odzewem jest choćby pojawienie się wina musującego Crisecco, w odpowiedzi na globalną popularność włoskiego prosecco(wino) – zbiorcza nazwa białych win, głównie włoskich .... A – przypomnijmy – Cricova to ciągle wytwórnia państwowa! Choć wiele koncernów zapewne robiło już pod nią podchody.

Cricova zresztą, zdaje się, w ogóle postawiła na jakość – nawet zestawy „turystyczne”, które podaje się zwiedzającym jej piwnice do szybkiego próbowania, są świetne. Ich wina czerwone – których próbuję za każdym razem – budzą doprawdy podziw, szczególnie te z serii „Prestige”. W dodatku nie urywają kieszeni.

Niemal o każdym winie z każdej odwiedzanej wytwórni można coś powiedzieć, a to już dużo wśród masy „niemych” win zalegających nasze półki. Na słabe, choć nie tragiczne, białe wino trafiłem tylko raz w niedrogiej restauracji. Innym razem na poślednie różowe. Wina w tym kolorze to kolejny mołdawski trend, postępujący za światowym. Ale w przeciwieństwie do sytuacji z musiakami, tutejsi winiarze mają chyba jeszcze za słabe doświadczenie. W każdym razie różowych win produkuje się dużo i zapewne większość z nich jest bardzo przyzwoita. Nie mogłem tego sprawdzić, bo te z ostatniego rocznika rozeszły się na pniu, nowych jeszcze nie ma.

Băbească neagră (rară neagră) tutaj w połączeniu z malbekiem i syrahem.
Băbească neagră (rară neagră) tutaj w połączeniu z malbekiem i syrahem. | czytaj więcej

Najbardziej cieszy mnie trwały powrót „czarnej babuni”, mojej ulubionej od dekad odmiany rumuńsko-mołdawskiej. Băbească neagră, znana w Mołdawii jako rară neagră, była kiedyś podstawą najlepszych tutejszych win, potem rozpleniła się po wsiach, dając domową (ale często dobrą) masówkę, by ponownie wrócić w chwale na pańskie stoły. Z niebytu w Mołdawii wyciągnęła ją słynna wytwórnia Château Purcari, potem poszło za nią Château Vartely oraz kilka innych winiarni. Dziś w ofercie musi ją mieć absolutnie każdy – stała się niemal narodową ikoną. I dziś spróbowanie takiego wina w Mołdawii to mus! Pobyt bez tego punktu uznaje się nieważny!

Czy wiesz, czym jest enoturystyka?

Kraj bardzo mocno stawia na wino i turystykę bądź – łącząc obie rzeczy – enoturystykę. To bardzo trudne, gdy nie posiada się gór i dostępu do morza. Ani żadnych poważnych zabytków rozsianych po kraju – opowiadanie o historii od czasów dackich po dzisiejsze „na sucho” nikogo nie przyciągnie. Dlatego Mołdawia stawia na różne formy agroturystyki, bo „niecywilizowanych” terenów leśno-jeziornych jest tu aż nadto. W dodatku świetne warzywa, miody, sery oraz inne produkty wiejskiej proweniencji, w tym oczywiście słynna plăcintă z różnymi nadzieniami, z której uczyniono narodowy symbol, a jej wyrobu uczyć się można na warsztatach. Przybywa także lokacji mieszkalnych w winiarniach.

Mimo napływu różnych funduszy jedna sprawa jest w Mołdawii nierozwiązywalna od zawsze. To fatalny stan dróg, nawet w niektórych kwartałach Kiszyniowa. Z miasta zniknęły już całkowicie łady i wołgi, które jeszcze dziesięć lat dominowały w pejzażu stolicy, ale jeździć trzeba ostrożnie. Pytanie o drogi będzie powracać, bo bez tego turystyka się nie rozwinie. Choć winiarstwo sobie poradzi!

Kiszyniów stolicą wina