Między morzem a Atlasem

 

Wreszcie dojrzałam do tego, by przyznać, że tak, to prawda, jestem uzależniona od wina.

 

Moje życie – czy to w domu w Londynie, czy w podróży, gdy odwiedzam regiony winiarskie na całym świecie – jest tak przesiąknięte winem, że codzienną dawkę mojego ulubionego trunku traktuję jako coś oczywistego. Mój nałóg wychodzi na jaw głównie wtedy, kiedy znajdę się poza zwykłym środowiskiem, czyli tam, gdzie brak mocno zakorzenionej kultury wina. Nasz niedawny rodzinny wypad do Maroka brutalnie uzmysłowił mi, jakie odległości zdolna jestem przemierzyć, by zapewnić sobie obowiązkową dzienną dawkę.

Na szczęście dotarło do mnie również, że nie jestem uzależniona od alkoholu per se. Piwo i inne trunki, ogólnodostępne w riadach, a także w naszym hotelu, mnie akurat niezbyt interesowały. Moim celem było spróbowanie tylu win marokańskich, ile tylko się da. Wina importowane dostępne były tu i ówdzie, w cenach porównywalnych do cen win lokalnych, ale kiedy przyszło mi wybierać między białym burgundem – okazja! – a marokańskim roussanne w zbliżonej cenie, nie mogłam się oprzeć temu drugiemu, o intrygująco brzmiącej nazwie białemu winu z Domaine(fr.) posiadłość, majątek, gospodarstwo.. du Val d’Argan znajdującej się w pobliżu Essaouiry na marokańskim wybrzeżu.

Moja rodzina już się do tego przyzwyczaiła. Pielęgnowanie mojego nałogu skutkowało w czasie naszych wyjazdów nie tylko dodatkowym bagażem w postaci skrzynki wina podczas urlopu na St. Lucia na Karaibach, ale i czasochłonną wyprawą z willi wynajmowanej na Mauritiusie do magazynu z winami w najbliższym mieście, rendez-vous z producentem tajskiego wina w niemożliwym do odnalezienia zaułku w Bangkoku, odpłatną degustacją niewiarygodnie paskudnego miejscowego wina w Egipcie, a nawet długotrwałym i mało owocnym eksperymentowaniem z winami hinduskimi o nieprzyzwoicie zawyżonych cenach podczas wakacji w Indiach w 2002 i 2005 roku.

O ileż życie stałoby się prostsze, gdybym pozbyła się całego balastu i ograniczyła do poruszania w bezpiecznej strefie winiarskiej, ale tego uczynić nie mogę. I nie chodzi o nałóg, ale o moje The Oxford Companion to Wine i The World Atlas of Wine, które mają być au fait ze wszystkim, co dzieje się w świecie wina, i wymagają aktualizacji na bieżąco!

Muszę przyznać, że raczej niewiele obiecywałam sobie po naszej ostatniej wycieczce do Maroka (czyli poza klasyczne tereny winiarskie). Pierwsze degustowane wina, o nazwach w rodzaju Domaine de Sahari, nie dawały żadnych nadziei. Białe były zwykle zbyt wodnisteokreślenie wina o zbyt małej zawartości ekstraktu i kwas... (...), czerwone przesadnie mocne i ciężkie. Już chciałam się poddać, kiedy podczas naszego ostatniego posiłku w Marrakeszu w zadziwiająco zielonym otoczeniu rozległego dziedzińca Les Jardins de la Medina podano mi listę win, która jakby wyszła spod pióra rasowego miłośnika wina. Prezentowała szeroki wybór interesująco opisanych win marokańskich i zagranicznych, o zachęcających cenach.

Ponieważ była to pora obiadowa, zamierzałam wypić tylko lampkę, i moją uwagę przyciągnęło na wskroś egzotyczne marokańskie roussanne. Zastanawiałam się, czy będzie choć trochę dobre… Okazało się wspaniale klasyczne – ziołowy, aromatyczny nos, w ustach dobry, solidny owoc i mocny taniczny kręgosłup. Rzadko zdarza się tak reprezentatywna roussanne (Château de Beaucastel Vieilles Vignes cieszy się zasłużoną sławą, ale jest tak intensywne i dębowe, że daleko mu do klasyka, a Chignin-Bergeron z Sabaudii zazwyczaj jest nieco za lekkie. Kalifornijskie roussanne zaś wydają mi się zbyt słodkiewino o dużej zawartości cukru naturalnego lub dodanego..).

Szczęśliwym trafem okazało się z informacji zawartej w karcie, że winonapój uzyskiwany na drodze całkowitej lub częściowej fer... (...) to produkowano w pobliżu Essaouiry, miasta, gdzie mieliśmy się zatrzymać na kolejne trzy dni. Kiedy w końcu tam dotarliśmy, spędziwszy dwie i pół godziny na jeździe po jałowych, acz fascynujących marokańskich ziemiach, chłonąc po drodze niezapomniane widoki (w górze dziesiątki kozich kopyt balansujących na gałęziach bogatych w olej drzew arganowych, przed nami wózki zaprzężone w osiołki oraz mężczyźni w szatach do ziemi z kapturami w szpic, wałęsający się to tu, to tam i popijający miętową herbatę) nie wierzyłam własnym uszom, kiedy mój mąż, z własnej nieprzymuszonej woli (!) zasugerował wyprawę do pobliskiej Domaine du Val d’Argan, źródła tego zachwycającego roussanne.

Boże, błogosław e-mail! W ciągu zaledwie kilku godzin nawiązałam kontakt z Charles’em Mélią, właścicielem winiarni, zorganizowałam wycieczkę do Domaine i powiązanej z nią restauracji, a także odkryłam, że Charles jest emigrantem z Châteauneuf-du-Pape, gdzie obecnie jego starsza córka prowadzi wraz z mężem rodzinną winnicę Font du Loup (przed naszym rendez-vous rzuciłam okiem na moją stronę, z ulgą stwierdzając, że w ciągu ostatnich lat oceniałam ich wina dość pochlebnie).

Z Essaouiry zawieziono nas (woleliśmy nie podróżować po Maroku na własną rękę) w głąb lądu i po półgodzinnej przejażdżce znaleźliśmy się w majątku reklamowanym w internecie jako dysponujący nie tylko riadą (zakwaterowanie w iście marokańskim stylu), ale również butikiem oraz restauracją oferującą wspaniałe widoki, która może nie lansowała się w stylu Napa Valley, ale jedzenie mieli tu niesamowite (Nick opisuje je tutaj), a właścicielowi nie można zarzucić braku inwencji. Jego winnica – zaczynająca w 1994 roku swoją karierę od nieśmiałych pięciu hektarów, obecnie powiększona do 40 – wciąż jest jedyną w tej południowej, nadmorskiej części Maroka. Większość marokańskich winnic leży na północy, u podnóża Gór Atlas. Charles Mélia to typowy niespokojny duch. Do tego stopnia, że jego najnowsza żona Marie-Ange, prowadząca w tygodniu luksusową riadę w Marrakeszu, wyznaje, że codziennie rano budzi się pełna obaw, co nowego wymyśli jej małżonek. Odosobnienie Domaine du Val d’Argan dla niego było atrakcją. – Chciałem robić coś zupełnie nietypowego. – Charles wychował się w Maroku, gdzie jego dziad prowadził dochodowy biznes zbożowy, a arabski od zawsze był dla niego językiem ojczystym.

Wprawdzie szerokość geograficzna, na której obecnie się znajdujemy, jest niebezpiecznie niska, właściciel jednak potrafił przekonywująco dowodzić, że niezmiennie wieje tu chłodny wiatr. Są studnie nawadniające, a gaj oliwny rosnący na jego ziemi umocnił go w przekonaniu, że winorośle obrodzą. Niemniej nawet on przyznaje, że pewnego razu, po utracie całych zbiorów z winy palącego słońca, chcąc zapanować nad oślepiającym gorącem, musiał całkiem niedawno zasadzić pomiędzy rzędami winorośli sorgo i niestandardowo rozciągnąć nad nimi gałęzie. Jest dumny, że zaistniał na rynku „bez banków i bez koneksji”. Konkuruje z dużymi firmami, takimi jak choćby Castel z Bordeaux i wszechobecną Cellier de Meknes z jej tysiącami hektarów, ale szczyci się, że „jego wina stały się punktem odniesienia do tego, co potrafi Maroko”.

Opędza się przed nieuniknionym pytaniem, jak to jest produkować wino w muzułmańskim kraju. „Jeśli zabroniono by produkcji wina” – wzrusza ramionami, a w tle słychać wezwanie do modlitwy – zająłbym się hodowlą bydła”. I niewątpliwie tak by się stało, ale na razie słyszę: „Jeżeli już masz zamiar o mnie pisać, to nie zapomnij wspomnieć o moich pokojach gościnnych i o restauracji, a także dodać, że moje wina czekają na zagranicznych importerów”.

Więcej na: JancisRobinson.com, valdargan.com i winegrapes.org

Tłumaczenie: Magdalena Mirecka-Liana