Mouton w podróży

Ten pociąg francuskich kolei TGV wlókł się niesamowicie. Prędkość z rzadka przekraczała 200 km/h, a w dodatku zatrzymywał się na każdej większej stacji.

Mówię o relacji Lyon–Perpignan, czyli o prowincjonalnym połączeniu, gdzieś na peryferiach Francji. Bardziej z nudów niż z prawdziwej potrzeby zawitaliśmy do pociągowego baru – francuskiego „Warsu”. Marny wybór dań, za to na ladzie – ładnie wyeksponowana – spoczywała mała butelkatyp butelek o różnym kształcie, pojemności i kolorze, pr... Mouton Cadet od Rothschilda. Dziewięć euro nie wydawało się wygórowaną ceną w tych okolicznościach. Mouton to przecież bordoski klasyk, a ponieważ – jak już wspominałem – jeść nie było co, domówiliśmy butelkę wody San Pellegrino – znaną w świecie winiarskim i częstą popitkę do wina.

Jak wiadomo, winonapój uzyskiwany na drodze całkowitej lub częściowej fer... (...) rozjaśnia zmysły, a wino z dobrą popitką – co już tak oczywiste nie jest – owe zmysły rozjaśnia jeszcze lepiej. Zaczęliśmy więc snuć pomysły na temat ciągnącej się od niepamiętnych już czasów reformy PKP. Ile hektolitrów atramentu (oczywiście do komputerowej drukarki) temu poświęcono, ile ton papieru na to zużyto (nie mówiąc już o hektarach wyciętego lasu), ile godzin, ile złotówek na to wszystko poszło. A jakie tego są namacalne efekty? Pociągi zaczynają zbliżać się do prędkości przelotowych osiąganych w czasach II RP, a zdjęcia ze skutych lodem pociągowych toalet w światowych przeglądarkach internetowych osiągają rekordy oglądalności.

Prowadzi to powoli do jednego wniosku. Kolei w Polsce zreformować i polepszyć się po prostu nie da. Należy się z tym pogodzić: wtedy życie stanie się łatwiejsze i dużo przyjemniejsze. Z czym nie da się walczyć, z tym należy się zaprzyjaźnić. Ale w kolejowym tunelu niemożności widać wyraźne światło. Tym światłem jest kolejowa gastronomia. Bez wielkich nakładów, bez mądrych (czy głupich) ministerialnych pomysłów można wszak zreformować kolejową gastronomię. Na dobry początek zezwolić kolejowym wagonom restauracyjnym na serwowanie wina. Wiem, że nie będzie to łatwe. Pamiętam jeszcze niedawno wielki telewizyjny news – graniczący z triumfalnym ogłoszeniem kolejnego zwycięstwa Adama Małysza – że zezwolono kolejarzom sprzedawać piwo. Teraz trzeba zrobić kolejny śmiały reformatorski krok: wprowadzić wino. Potem pójść za ciosem i złamać monopol „Warsu” w kolejnictwie. Dalej – powrócić do tradycji restauracji dworcowych. Czy ktoś jeszcze pamięta, że na początku XX wieku najlepsze restauracje na polskich ziemiach mieściły się właśnie na dworcach kolejowych? (słynna restauracja kolejowa w Suchej Beskidzkiej). Pomysłów na kolejne reformy w kolejnictwie można wymyślać wiele: konkursy na najlepsze dania, na karty win, na desery, na wystrój, na nastrój itp., itd.

Spytacie, czy przez taką reformę będziemy podróżować szybciej? Odpowiedź brzmi: nie. Ale na pewno będziemy podróżować lepiej i przyjemniej. Może idea slow life’u nie do końca odnosi się do podróżowania, ale właściwie dlaczego nie. Może to być nasz polski wkład w tę wielką ideę.

Proszę Państwa, nasza PKP potrzebuje wina. Dobrego wina. Może to być Mouton Cadet od Rothschilda, może być coś innego. Wtedy Francuzi z tymi swoimi TGV będą się mogli schować. Wprawdzie będą ciągle jeździć szybciej, ale pić gorzej.

Czego sobie i Państwu życzę.